Archiwum z Kwiecień, 2014

Belitung, Palau Lengkuas i okolice – garść zdjęć

Kwiecień 27th, 2014

Belitung

Witamy na Belitungu!Witamy na Belitungu!

Witamy na Belitungu!

Plaża przy przystani.Plaża przy przystani.

Plaża przy przystani.

 
Molo przy przystani.Molo przy przystani.

Molo przy przystani.

Czy to jeszcze zabawa, czy to już obiad?Czy to jeszcze zabawa, czy to już obiad?

Czy to jeszcze zabawa, czy to już obiad?

Nasza ulubiona knajpka przy Tanjung KelayangNasza ulubiona knajpka przy Tanjung Kelayang

Nasza ulubiona knajpka przy Tanjung Kelayang

 
Ciekawostka. Toaleta... bez toalety. Wprawiła nas w niemałe zakłopotanie.Ciekawostka. Toaleta... bez toalety. Wprawiła nas w niemałe zakłopotanie.

Ciekawostka. Toaleta... bez toalety. Wprawiła nas w niemałe zakłopotanie.

Synu, zabiorę Cię na spacerSynu, zabiorę Cię na spacer

Synu, zabiorę Cię na spacer

 
"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu""Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu"

"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu"

Śniadanie milordaŚniadanie milorda

Śniadanie milorda

 
Wczorajsza "bezkresna" plaża podczas odpływuWczorajsza "bezkresna" plaża podczas odpływu

Wczorajsza "bezkresna" plaża podczas odpływu

Plaża Tanjung TinggiPlaża Tanjung Tinggi

Plaża Tanjung Tinggi

 
 
Mała SyrenkaMała Syrenka

Mała Syrenka

Lekcja wf-u na plaży?Lekcja wf-u na plaży?

Lekcja wf-u na plaży?

 
Plaża miejska Tanjung PendamPlaża miejska Tanjung Pendam

Plaża miejska Tanjung Pendam

 
Nogi czy parówki?Nogi czy parówki?

Nogi czy parówki?

Pamiątkowe foto (warto zwrócić uwagę na żółtą koszulkę)Pamiątkowe foto (warto zwrócić uwagę na żółtą koszulkę)

Pamiątkowe foto (warto zwrócić uwagę na żółtą koszulkę)

Dłuższy fragment Tanjung Tinggi widoczny z kamieni odgradzajacych plażę od zatoczki - fragmentu krótszego.Dłuższy fragment Tanjung Tinggi widoczny z kamieni odgradzajacych plażę od zatoczki - fragmentu krótszego.

Dłuższy fragment Tanjung Tinggi widoczny z kamieni odgradzajacych plażę od zatoczki - fragmentu krótszego.

Palau Lengkuas w oddali.Palau Lengkuas w oddali.

Palau Lengkuas w oddali.

 
Mała zatoczka Pantai Tanjung Tinggi widoczna ze skał.Mała zatoczka Pantai Tanjung Tinggi widoczna ze skał.

Mała zatoczka Pantai Tanjung Tinggi widoczna ze skał.

 
Ta sama zatoczka od drugiej strony - w środku skały, przez które zerkaliśmy wcześniej.Ta sama zatoczka od drugiej strony - w środku skały, przez które zerkaliśmy wcześniej.

Ta sama zatoczka od drugiej strony - w środku skały, przez które zerkaliśmy wcześniej.

Grillowana Jebong czyli (po polsku) Abalistes - ryba z gatunku rogatnicowatych. Wcześniej rogatnicowate widzieliśmy tylko wśród koralowców na Seszelach.Grillowana Jebong czyli (po polsku) Abalistes - ryba z gatunku rogatnicowatych. Wcześniej rogatnicowate widzieliśmy tylko wśród koralowców na Seszelach.

Grillowana Jebong czyli (po polsku) Abalistes - ryba z gatunku rogatnicowatych. Wcześniej rogatnicowate widzieliśmy tylko wśród koralowców na Seszelach.

Tanjung Tinggi - jak każda plaża z krystalicznie czysta woda wyglada różnie w zależności od wygladu nieba.Tanjung Tinggi - jak każda plaża z krystalicznie czysta woda wyglada różnie w zależności od wygladu nieba.

Tanjung Tinggi - jak każda plaża z krystalicznie czysta woda wyglada różnie w zależności od wygladu nieba.

 
Ciemne chmury - ciemna woda.Ciemne chmury - ciemna woda.

Ciemne chmury - ciemna woda.

Typowe wyglad domu na Belitungu.Typowe wyglad domu na Belitungu.

Typowe wyglad domu na Belitungu.

 
 
 

Okolice Belitungu – Palau Lengkuas, Palau Kepayang, Bird Island

Dętka bardzo się przydaje podczas połowów: złapane ryby trafiają w zamontowaną na niej siatkę.Dętka bardzo się przydaje podczas połowów: złapane ryby trafiają w zamontowaną na niej siatkę.

Dętka bardzo się przydaje podczas połowów: złapane ryby trafiają w zamontowaną na niej siatkę.

 
Płyniemy na wyspy.Płyniemy na wyspy.

Płyniemy na wyspy.

 
Niektóre z nich to tylko łachy piachu widoczne w trakcie odpływów.Niektóre z nich to tylko łachy piachu widoczne w trakcie odpływów.

Niektóre z nich to tylko łachy piachu widoczne w trakcie odpływów.

 
Przybijamy do Palau Kepayang.Przybijamy do Palau Kepayang.

Przybijamy do Palau Kepayang.

 
"Sklep dla nurków" na Palau Kepayang."Sklep dla nurków" na Palau Kepayang.

"Sklep dla nurków" na Palau Kepayang.

Na horyzoncie widać Belitung.Na horyzoncie widać Belitung.

Na horyzoncie widać Belitung.

 
Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

 
Domek rybacki u brzegu Bird Island.Domek rybacki u brzegu Bird Island.

Domek rybacki u brzegu Bird Island.

Bird Island.Bird Island.

Bird Island.

 
Ocean widoczny ze skał na Bird Island. Kilkaset metrów rafy.Ocean widoczny ze skał na Bird Island. Kilkaset metrów rafy.

Ocean widoczny ze skał na Bird Island. Kilkaset metrów rafy.

 
Dopływamy do Palau Lengkuas.Dopływamy do Palau Lengkuas.

Dopływamy do Palau Lengkuas.

 
Made in Haga, 1882Made in Haga, 1882

Made in Haga, 1882

Niesamowite, żelazne puzzle - każdy element układanki podpisany.Niesamowite, żelazne puzzle - każdy element układanki podpisany.

Niesamowite, żelazne puzzle - każdy element układanki podpisany.

Latarnia.Latarnia.

Latarnia.

 
 
 


Belitung praktycznie – plaże i wyspy

Kwiecień 24th, 2014

Na Belitungu odwiedziliśmy kilka plaż oraz wybraliśmy się na całodniową wycieczkę na okoliczne wyspy. Póki co nie napisano o nich ani słowa po polsku więc zrobimy to bardziej szczegółowo niż zwykle:

Pantai Tanjung Kelayang to długa, kilkukilometrowa plaża na północy wyspy, około 30 km od miasta Tanjung Pandan. W jej najdalszym, zachodnim fragmencie mieści się przystań, a najbardziej na wschód znaleźć możemy jedyną w okolicy restaurację przypominającą typowy polski „zajazd”. Przed restauracją kilka stolików.

Nasza ulubiona knajpka przy Tanjung Kelayang

Nasza ulubiona knajpka przy Tanjung Kelayang

 

Cisza, spokój – jedynie w trakcie weekendu na plaży znajdziemy kilkanaście osób, a wieczorem możemy usłyszeć organizowane w knajpce chińskie karaoke. Niedaleko brzegu rozpoczyna się rafa pełna ogromnych koralowców.

Pantai Tanjung Tinggi to dwie plaże w jednej. Pierwsza, większa rozpościera się na kilka kilometrów. Spory jej fragment znajduje się vis a vis resortu na który składa się kilkanaście identycznych wymuskanych bugalowów (stąd plaża jest czyściutka i stoją na niej znaki informujące o zakazie śmiecenia). Plaża jest piękna, piasek na niej biały, o konsystencji mąki. Morze – czyste, przejrzyste i turkusowe.

Spędziliśmy tam kilka godzin – oprócz nas nie było na niej nikogo innego. Cudo. Najdalej na zachód znajduje się restauracja wyglądem i rozmiarami przypominająca dom weselny.

Plaża Tanjung Tinggi

Plaża Tanjung Tinggi

 

Druga część plaży to malutka zatoczka otoczona ogromnymi granitowymi głazami. Niesamowicie piękna, ale i dużo bardziej popularna. Stoi przy niej kilka „restauracyjek”. Ten fragment Tanjung Tinggi jest chyba największą atrakcją Belitungu – na plaży cały czas jest przynajmniej kilkanaście osób. Cóż – to właśnie tu kręcono owe rozbudzające wyobraźnie sceny do filmu „Tęczowe oddziały”. Można zaryzykować stwierdzenie, że to widok tej plaży rozkręcił turystykę na Belitungu.

Jeśli chodzi o snorkeling – również warto zabrać tu maskę i rurkę. Rafa zaczyna się 5 metrów od brzegu, tam też znajdziemy pasące się ryby: błazenki, pokolce, rogatnice.

Z przystani na pierwszej z wymienionych plaż, Kelayang, wypłynąć można na okoliczne wyspy:

Pulau Lengkuas to najdalsza i najbardziej charakterystyczna wyspa w okolicy Belitungu.

Na skrawku ziemi o wymiarach 300×50 metrów znajduje się latarnia morska strzegąca przesmyku pomiędzy Belitungiem, a odległą o kilkadziesiąt kilometrów większą wyspą Bangka. Latarnia liczy sobie ponad 100 lat – wyprodukowano ją w Hadze, a niedługo później przetransportowano w częściach na Lengkuas i w 1889 roku złożono do kupy. Stalowa konstrukcja wznosi się na 60 metrów stanowiąc punkt orientacyjny doskonale widoczny ze znajdującej się 5 kilometrów dalej Pantai Kelayang. Najważniejsze w latarni jest jednak to, że można ją zwiedzać. Wspinaczka schodami na 16 piętro opłaca się – widok z góry robi fantastyczne wrażenie.

Jakby tego było mało – Lengkuas to też fantastyczna, doskonale widoczna z latarni rafa koralowa. Wspinaczkę na szczyt można więc wynagrodzić sobie godziną spędzoną w podwodnym świecie.

Palau Kepayang to wyspa największa. Prostokąt 600×200 metrów w większości porasta dżungla. Prócz lasu znajdziemy na niej centrum pomocy żółwiom morskim, knajpkę, sklep dla nurków i bungalowy. Chociaż uwielbiamy żółwie – widok lokalnych turystów wyciągających zwierzaki z wody i pozujących z nimi do zdjęć odstraszył nas na tyle, że wyszliśmy stamtąd po minucie.

Na horyzoncie widać Belitung.

Na horyzoncie widać Belitung.

 

Bird Island to wyspa wyróżniająca się niesamowitymi formacjami skalnymi. Spędziliśmy na niej blisko godzinę i, chociaż znaleźliśmy kilka drewnianych chałup, wydawało nam się, że jest bezludna. Zapamiętamy ją nie tylko z (nieudanej) próby znalezienia świeżych kokosów, ale głównie za sprawą ulewy jaka nas tam złapała. „Do suchej nitki” to mało powiedziane.

Podsumowując: Raptem kilka atrakcji sprawiło, że w fajny, aktywny sposób spędziliśmy 4 dni wakacji. Gdybyśmy mieli zostać tam dwa razy dłużej – nadal nie można by mówić o nudzie. Według Ady przyroda Belitungu niczym nie ustępuje tej z Bali. Bardzo nas ciekawi czy kiedykolwiek zdobędzie choć w połowie taką popularność, czy może na zawsze zostanie spokojną rybacką wysepką.
Jutro – pełna relacja fotograficzna.



Belitung – rodzący się raj

Kwiecień 23rd, 2014

Belitung to nazwa, która nawet znającym Azję Południowo-Wschodnią mówi tyle co nic. Próżno jej szukać w przewodnikach turystycznych czy na podróżniczych blogach. Jedyne, dość „suche” informacje znajdziemy na Wikipedii:

„Wyspa w Indonezji w prowincji Wyspy Bangka i Belitung.
Leży pomiędzy Sumatrą a Borneo; od północy oblewa ją Morze Południowochińskie; od południa Morze Jawajskie; od zachodu cieśnina Gaspar oddzielająca od wyspy Bangka; od wschodu cieśnina Karimata oddzielająca od Borneo. Otoczona przez 189 mniejszych wysp. Powierzchnia 4833 km²; pagórkowata (najwyższe wzniesienie Gunung Tajam 510 m n.p.m.); niegdyś cała porośnięta lasem równikowym, obecnie ponad 40% powierzchni zajmują plantacje palmy olejowej. Część powierzchni została zdewastowana wskutek eksploatacji złóż cyny. Piękne piaszczyste plaże.”


Brzmi średnio zachęcająco, prawda?

Dla turysty najważniejsze jednak, że wyspa leży raptem 450 kilometrów od Dżakarty. Dolecieć tam można w niecałą godzinę, a weekendowa podróż w obie strony to wydatek rzędu raptem 250 złotych („okazje” można znaleźć nawet za 160 zł).
Korzystając więc z dłuższego, czterodniowego weekendu daliśmy się porwać rekomendacji znajomego Francuza i wyruszyliśmy w, coby nie mówić, nieznane.

Witamy na Belitungu!

Witamy na Belitungu!

 

Okazało się, że Belitung to destynacja bardzo nietypowa. Wyspa pod każdym względem znajduje się „pośrodku niczego”. Przez ponad 100 lat była de facto jedną wielką kopalnią cyny. To właśnie tu zaczęła swoją działalność angielsko-australijska firma Billiton. Jej nazwa jest nieprzypadkowa – tak nazywano wyspę za czasów kolonizacji holenderskiej. Dziś Billiton to największa na świecie (zatrudniająca ponad 50 tysięcy ludzi) firma wydobywcza o kapitalizacji bliskiej 200 miliardów dolarów (!!!).
Na Belitungu firmy już nie ma. Zasoby cyny i kaolinu powoli się wyczerpują, kopalnie są zamykane. Dziewiczą niegdyś wyspę wypełniają plantacje rosnących w równych szeregach palm olejowych.

Wyspa zmieniła się na zawsze także pod względem ludności. Praca w górnictwie przyciągała znanych z pracowitości Chińczyków. Niedługo po otwarciu kopalni Billitonu migracja na wyspę była tak silna, że Chińczycy zaczęli stanowić niemal połowę stutysięcznej populacji. Nawet dziś – 60 lat po nacjonalizacji kopalni i latach antychińskiej polityki wewnętrznej ponad 10% mieszkańców ma Chińskie korzenie.
Na szczęście cyna, kaolin i palmy olejowe to nie jedyne zasoby wyspy. Dziś znacznie ważniejsze są walory przyrodnicze.

Dla turystyki Belitung został odkryty raptem kilka lat temu za sprawą niezwykle popularnego tu filmu „Tęczowe oddziały”. Dziejący się na wyspie obraz na tyle zauroczył widzów pięknymi widokami, że dopiero wtedy linie lotnicze zdecydowały się na regularne połączenia. Doprowadziło do turystycznego boomu, jeśli można tak powiedzieć o circa 300 osobach przylatujących tu „na weekend”.

Pomimo tych kilku lat rozwoju ciężko mówić, że wyspa gotowa jest na przyjmowanie rzesz turystów. Szczególnie – turystów zagranicznych. Nikt nie mówi tu po angielsku, nie ma zorganizowanego transportu, baza noclegowa ogranicza się do kilku bardzo drogich hoteli (powyżej 150 zł za noc), jednego tańszego hoteliku i bardzo wielu tanich „pokojów gościnnych”. Sęk jednak w tym, że bardzo ciężko o pokój z prysznicem: większość miejsc oferuje łazienkę z jednym tylko kranem służącym jednocześnie za źródło wody do mycia oraz spłukiwania toalety (typu „kucającego”). Nic przyjemnego.
Jak poruszać się po Belitungu gdy nie ma mowy o autobusach czy tanich taksówkach? Najprościej „za jeden uśmiech”. Stopa z lotniska do miasta złapaliśmy bez najmniejszego problemu (pierwszy mijający nas samochód zatrzymał się, ale jechał w inną stronę – drugi już nas zabrał).
Zaskoczyła nas za to bardzo mała ilość miejsc noclegowych. Przez kilkanaście minut spaceru po mieście nie znaleźliśmy choćby jednego „Home Stay”. Palące przedpołudniowe słońce sprawiało, że na ulicy nie było nawet kogo zapytać o drogę. W końcu spróbowaliśmy dość nietypowego manewru: Łukasz wszedł do jakiegoś biura/urzędu/posterunku i tam zapytał o najbliższy nocleg. Chociaż pracujący tam panowie nie mówili po angielsku – okazali się być bardzo pomocni. Po obowiązkowej sesji fotograficznej z kierownictwem (biali turyści nie trafiają się codziennie!) wykonali kilka telefonów po czym wsadzili nas na skutery i zawieźli do znajomych, którzy mieli wolny pokój.
Kolejnym (a może nawet pierwszym i najważniejszym) niezbędnym do przeżycia na Belitungu punktem programu jest wynajęcie skutera. 90% ruchu na wyspie odbywa się na jednośladach – nie ma więc co liczyć na to, że zawsze bez problemu złapie się stopa. Na szczęście wynajęcie maszyny to koszt raptem 15 złotych za dzień, a benzyna jest za półdarmo (litr za 1.5 zł). Znów z pomocą przyszli nam nowi znajomi – wykonali kilka telefonów i poinformowali, że niebawem zjawi się ktoś ze skuterem dla nas.

Najciekawszym elementem wszystkich zawartych przez nas transakcji było to, że wszystko odbywało się na przysłowiową „gębę”. Nikt nie prosił nas o dokumenty, nikt nie kazał płacić z góry, nie było mowy o kaucji. Przyjaźni, chętni do pomocy i pełni zaufania ludzie zachowują się zupełnie inaczej niż w miejscach, gdzie „dojenie turystów” jest podstawą gospodarki.

Plaże na Belitungu dorównują tym seszelskim. Biały, gładziutki piasek; turkusowa, spokojna woda, palmy, granitowe skały, a niedaleko brzegu – rafa koralowa. Raj. Raj z jednym tylko problemem: dopiero powstaje.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

 

Co złego w rodzącym się raju? Wydawać by się mogło, że wprawieni w bojach podróżnicy szukają właśnie takich miejsc – nieznanych, nie odwiedzanych przez rzesze turystów. Że szukamy autentycznych doświadczeń, a nie turystycznego produktu.
Prawda, jak to najczęściej bywa, jest pośrodku. Belitung bez dwóch zdań jest autentyczny, ale nie w sposób, którego byśmy oczekiwali po „rajskiej wyspie”. Chociaż przyroda bardzo przypomina tą seszelską – z Seszelami póki co przegrywa. Czemu?

Większość plaż na Belitungu to plaże przy przystaniach rybackich. Nikt tu nie myśli o turystyce – ludzie zajęci są swoim życiem: łowią ryby, rzucają na plaże resztki plastikowych sieci i puste butelki, wokół ich motorówek widać unoszące się na wodzie plamy benzyny. Są bardzo mili, widząc białasa z daleka krzyczą i machają. Ale otoczenie miasta jest zwyczajnie brudne i zaśmiecone.

Plaża przy przystani.

Plaża przy przystani.

 

To, że znaleźć można również cudowne plaże to nie zasługa osławionego „autentyzmu” a właśnie rozwijającej się powoli turystyki: czyste są tylko te miejsca, przy których wybudowano restauracje lub resorty.
Plaże te położone są daleeeko na północnym wybrzeżu wyspy, około 30 km od miasteczka, w którym zamieszkaliśmy, i w którym jest większość hoteli. Na Seszelach sprawa miała się zupełnie inaczej – tam każda plaża była przygotowana na ewentualną wizytę zbłąkanego turysty. Czyściutkie były nie tylko miejsca najbliższe hoteli, ale i te położone najdalej, zupełnie na uboczu.
Mamy nadzieję, że z czasem będzie tu lepiej, chociaż oczywiście Belitung już teraz warto było odwiedzić.

Tyle filozofowania- jutro ciąg dalszy, tym razem garść informacji praktycznych.



Po Dżakarcie z Sienkiewiczem

Kwiecień 16th, 2014

Jeszcze 100 lat temu Dżakarta była rajem i piekłem jednocześnie. Świetna pogoda, pyszne owoce, cudowna przyroda, życie za bezcen. Z drugiej strony – zabójcze tropikalne choroby.
W polskiej literaturze niewiele jest relacji opisujących ówczesną Indonezję. Jedną z najciekawszych jest ta napisana przez… Henryka Sienkiewicza. Książka „Wspomnienia sierżanta Legji Cudzoziemskiej” wydana została nakładem Gebethnera i Wolffa w 1914 roku. Wbrew pozorom autor nie jest znanym wszystkim noblistą, a jego imiennikiem, dalszym kuzynem.

Sierżant Sienkiewicz był jednym z pierwszych Polaków, którym przyszło odwiedzić Batawię, czyli dzisiejszą Dżakartę. W latach 1882-1883 żył tu służąc w Armii Holenderskiej w trakcie wojny z Sułtanatem Aceh na północnej Sumatrze. Jego wspomnienia czyta nam się rewelacyjnie: Przez 100 lat niektóre rzeczy zmieniły się zupełnie, a niektóre wcale. W pierwotnym tekście nie ma ilustracji – tu z pomocą przyszły nam zbiory holenderskich bibliotek. Zapraszamy do lektury!

Pierwsze wrażenie, jakie wywiera na europejczyku Jawa, trudno określić. Każdy jest zdumiony i oczarowany tą pięknością przyrody.

Batawja ma z górą 200,000 mieszkańców. Jest to miejscowość bardzo niezdrowa, zamieszkana przez Jawańczyków i Chińczyków. Europejczycy wszyscy, pomimo że mają rozległe interesy handlowe, przebywają tutaj tylko dorywczo, a mieszkają w miejscowości Veltenfriden [Welte Vreeden], położonej wyżej o jakie 10 kilometrów.

Nadzwyczaj miłe na nas robi wrażenie pierwsze przyjęcie. Oficerowie, którzy nas oczekują, prowadzą nas do specjalnych namiotów, gdzie kilku cywilnych z paniami krząta się koło stołów. Podają kawę mrożoną, jakieś ciasta, rodzaj plum-puddingu i wiele owoców zupełnie nam nieznanych. Jest także wino i limonada mrożona.

Po krótkim wypoczynku wsiadamy do tramwaju konnego. Całą droga do Veltenfriden [Welte Vreeden], a stąd do Mister-Cornelis nie da się opisać. Z jednej i drugiej strony drogi wspaniałe wille z werandami, rodzaj pałacyków, a wszystkie toną w otoczeniu palm najrozmaitszych gatunków, kokosów i bananów. Klomby ze wspaniałymi, nieznanymi mi kwiatami, a dalej pola, piętrzące się tarasami, najdoskonalej zirygowane, a wszędzie spotyka się mrowie ludzi, noszących w koszach na głowie, lub też na bambusach rozmaite produkty. Co jest charakterystyczne, że ci ludzie nie chodzą, ale biegną zawsze kłusem, pomimo szalonego gorąca.

Lud tu nie jest dziki i wszędzie nas witają uprzejmie. Co chwila słyszymy: „Tabe, tohan” (witaj, panie). To nie Algerja z Arabami, którzy z podełba na nas patrzą.
Przybywszy do Mister-Cornelis, umieszczeni zostaliśmy w wygodnych koszarach.

Wszystko tu zastosowane do warunków klimatycznych, sale wielkie, przewiewne, dachy spuszczające się nizko, korytarze na zewnątrz wzdłuż gmachu; przy każdej sali łazienki z natryskami.
Zdumieni jesteśmy temi wygodami dla żołnierzy, a co najwięcej nas zaciekawia, to setki kobiet krajowych, kręcących się po salach i korytarzach. W armji francuskiej kobiecie nie wolno przestąpić progu. Tutaj stoi garnizonem II-ty bataljon a wszystkie te piękności jawańskie należą do niego.

Po rozejrzeniu się w koszarach, wychodzimy na spacer do dzielnicy chińskiej. Jest to zupełnie odrębne miasto, odrębna struktura domów i inne sklepy. Cała ludność nadzwyczaj czynna i zarazem hałaśliwa. Podróżnikowi zdaje się, że jest w Państwie Niebieskiem. Pełno wszędzie smoków porcelanowych i jakichś przedpotopowych zwierząt, jako ozdoba domów.

Wchodzimy do jakiejś okazałej restauracji chińskiej, ale tu już wszystko po europejsku, bo oprócz pałeczek, są łyżki, widelce i noże.
Podają nam wcale niezłe wino francuskie, kurę pieczoną wprawdzie na oleju kokosowym, ale wcale smaczną i sałatę z młodych pędów bambusowych z krewetkami, a na deser gałki muszkatołowe w cukrze. Wszystko to nam smakuje, ale kawa czarna obrzydliwa, pomimo że gatunki kawy jawańskiej są najlepsze. Nie umieją jej dobrze palić ani mleć, a tem mniej przyrządzać. Wszędzie pije się niesmaczną, chyba, że ktoś sam ją sobie przyrządzi.

(…)
Na Jawie od lat kilkudziesięciu nie było nigdy żadnego buntu.
Salatiga jest uważana jako miejscowość najzdrowsza. Cholery tu nie znają, a i febry nie są tak złośliwe, a co najważniejsza, niema tu wcale moskitów. Miasteczko niewielkie, cywilnych europejczyków bardzo mało, za to Chińczyków pełno. Oni tu odgrywają tę samą rolę, co u nas w Polsce Żydzi.
(…)
Pożywienie żołnierskie bardzo obfite, przystosowane do tutejszych warunków. Podstawą jego jest ryż. Rano o godz. 5-tej i pół kawa czarna i bułka pszenna, pół funta naszej wagi, posmarowana masłem europejskiem, z serem lub szynką.
O godz. 9-tej i pół obiad, składający się z zupy na mięsie, zwanej „Sajor” ; jest to zupa narodowa, za podstawę ma mleko, wyciśnięte z orzecha kokosowego, pomieszana z rozmaitemi korzeniami. Jest to zupa bardzo smaczna. Je się ją z ryżem, który jest ugotowany na parze. Do ryżu robią rodzaj sosu z pieprzu djabelskiego [sambal]. Sos ten jest tak szalenie mocny, że aż język drętwieje. Z początku trudno się do tego przyzwyczaić, ale potem bardzo smakuje.
Już to wogóle wszystkie potrawy przyrządzają bardzo korzennie i ostro. Do tego dodają mięsa pół funta z jakąś jarzyną i owoce, ananasy, banany lub mangi.
O godz. 4-tej po południu takie samo danie, z tą różnicą, że mięso jest smażone, czasem drób je zastępuje. Kawa, herbata cały dzień, ile kto chce, zamiast wody, którą tu uważają za niezdrową.
(…)
W Mister Cornelis zadziwiała nas masa kobiet w koszarach. Rzecz ta jest zupełnie legalna i uprawniona przez rząd. Każdy żołnierz ma prawo mieć w koszarach tak zwaną urzędownie „opiekunkę domu”. Są to wogóle młode dziewczęta jawańskie; przepędzają cały czas w salach razem z żołnierzami, a wychodzą tylko na czas inspekcji oficerskich do specjalnie urządzonego baraku w koszarach. W razie jakiejś ekspedycji wojennej, kobiety pozostają w koszarach pod dozorem starszego podoficera, aż do powrotu swoich panów, a przez ten czas otrzymują pół racji żołnierskiej i czwartą część żołdu.
Dla kobiet tych jest specjalny regulamin. W razie wykroczenia przeciw niemu, co się rzadko zdarza, żandarmerja odprowadza je do miejsca urodzenia, czego one bardzo się obawiają.

Indje Wschodnie, holenderskie, składają się z grupy wysp. Do największych należą: Jawa, Sumatra. Madura, Borneo, Moluka, Celebes, Timor, Banka i wiele drobniejszych. Główny zarząd tych wysp jest na Jawie.
Generał-gubernator rezyduje w Boitenzorg [Bogor], niedaleko Batawji. Ogólna ludność dochodzi 60-u miljonów. Sama jawa ma przeszło 22 miljony i jest najludniejsza. Sumatra, która jest trzy razy większa, ma 12 miljonów ludności.
Najmniej znana ze wszystkich jest Borneo. Brzegi tylko są faktycznie w posiadaniu Holendrów. którzy tu mają kilka miast i posterunków wojskowych. W środku wyspy są obszary ogromne, lasy nie do przebycia, moczary.
W tych lasach zamieszkują dzicy Dajacy. jeszcze dotąd ludożercy.
Holendrzy powoli wdzierają się w głąb kraju. Trzeba go przedewszystkiem osuszać, bo najsilniejszy organizm europejski nie wytrzymuje wyziewów z tych rozpalonych nizin.


Ze wszystkich wysp najwspanialsza jest Jawa. Nazywają ją też „królową wysp”. Zadna z miejscowości na kuli ziemskiej nie przewyższa jej pod względem roślinności i urodzajności, a w dodatku ma Jawa wszystko, co mają kulturalne państwa w Europie, a więc ład i porządek administracyjny i bezpieczeństwo dla europejczyków bezwzględne. Komunikacja: szosy, drogi, koleje, wszystko we wzorowym stanie.
W ludność wszczepione jest poszanowanie dla europejczyka, którego jawańczyk uważa za istotę uprzywilejowaną.
Zadne państwo nie może się poszczycić tak mądrą kolonizacją, nie wyłączając Anglików. Do utrzymania w karbach posłuszeństwa tych 60-u miljonów Holandja ma tylko 30 tysięcy żołnierzy, z których tylko połowę tworzą europejczycy. Na niektórych wyspach, jak na Sumatrze, Celebes i po części w Borneo, są szczepy bardzo wojownicze. Od czasu do czasu trzeba je poskramiać i nieraz duże straty w ludziach ponosić.
Holandja ma wielkie trudności z kompletowaniem armji kolonialnej. Konstytucja holenderska nie pozwala swych wojsk wysyłać za morza, posiłkować się więc musi tylko ochotnikami.
Jawańczycy – można powiedzieć – rządzą się sami: policja, żandarmerja, sądy. wszystko to jest w ich rękach, przy mądrym nadzorze holenderskim. Rząd ani nie narzuca im swego języka. ani nie gwałci ich zwyczajów narodowych. Wszędzie są szkoły z językiem malajskim, a w Batawji istnieje nawet akademja lekarska.
Niewolnictwo od bardzo dawna zniesione, każdy człowiek jest tu wolny. Poboru wojskowego niema, w armji służą tylko ochotnicy.
Lud jawański czuje się bez porównania szczęśliwszym, niż za dawnych czasów. Dla ułatwienia płacenia podatków rząd pobiera część ich w naturze. Każda gmina ma swoje magazyny z zarządem i kontrolą. Dwa razy do roku odbywa się sprzedaż. Kupcy się zjeżdżają i przez licytację kupują.

Jawa dotąd ma jeszcze swego cesarza i bardzo liczną arystokrację. Za moich czasów, w r. 1883-im, cesarz ówczesny był starcem 70-letnim. Na rezydencję miał wyznaczoną Surakarte. Pensji pobierał 3 miljony guldenów rocznie. Oddawano mu wszystkie honory, miał nawet tytuł generał-lejtnanta holenderskiego a ubierał się w mundur raz do roku, to jest w Nowy rok przy składaniu mu życzeń przez europejskiego gubernatora.
Gwardja jego składa się z pięciuset ludzi ale bez broni palnej. Dla oddawania mu honorów stoi przy nim szwadron kawalerji europejskiej; w rzeczywistości pilnują go. Jest to więzień w złotych kajdanach do tego stopnia, że nie może nawet poza miasto wyjechać bez zawiadomienia gubernatora. Pałace jego są pod strzałami armatnimi fortu, w którym zawsze stoi silny bataljon europejczyków.

Jawańczycy są wszyscy mahometanami, ale kobiety nie zakrywają twarzy, są wolne, może nawet za wolne w naszem pojęciu o moralności.


Życie na Jawie bajecznie jest tanie. Kura n.p. kosztuje 20 groszy, pikol kawy, to jest naszych 100 funtów, 10 guldenów; ryby, mięso bawole, wszystko za bezcen. A co za owoce i jaka ich rozmaitość! Ananasy, banany w kilku gatunkach, mangi różnych wielkości i smaku (rodzaj naszych brzoskwiń). Nanki [?] wielkości naszych dyń, dorium [durian], jamba [guawa], pompelmusy [pomelo] – rodzaj pomarańczy wielkości ludzkiej głowy i wiele innych owoców. A za to niema tu wcale winogron, fig, daktyli i żadnych europejskich owoców.
Wszystko co z Europy przychodzi jest bardzo drogie. Mleko, masło, sprowadza się z Europy. Funt masła kosztuje półtrzecia guldena. Piwo – guldena za butelkę. Wino, koniak – wszystko to się drogo płaci; a wymagania europejczyków są wielkie. Każdy chce mieć wszystko, jak u siebie.
Europejczyków pracujących fizycznie niema tu wcale, są tylko: armja, urzędnicy, plantatorzy i pracownicy domów handlowych. Biały nie może być kucharzem lub lokajem, nie jest to nawet tolerowane przez rząd. Cała służba składa się z jawańczyków, a kucharzami prawie wszędzie są Chińczycy.

c.d.n.