Archiwum z Marzec, 2014

Na śniadanie? Kaya!

Marzec 21st, 2014

Dżemy i wszelkie chlebowe smarowidła to wymysł europejski. Jak wszystko inne – wiąże się to z klimatem: Po co ktoś w Azji miałby robić dżem owocowy, skoro świeże owoce dostępne są tu cały rok? Ba! Po co robić dżem, skoro nie ma z czym go jeść, bo nie robi się tu pieczywa.
A jednak! Kilka wieków obecności europejczyków doprowadziło do powstania czegoś fantastycznego.

Kaya (bądź Srikaya, Seri Kaya) to nic innego jak dżem kokosowy. Oczywiście, z unijna definicją dżemu specyfik ten ma niewiele wspólnego. Ot – gotowane razem jajka, mleko kokosowe i cukier. Proste – genialne, jak powiedziałby Makłowicz. Mikstura jest pyszna – nic dziwnego, że stała się tradycyjnym dodatkiem śniadaniowym wszędzie tam, gdzie Anglicy i Holendrzy wprowadzali pieczywo: w Malezji, Singapurze i Indonezji. Dziś prawdziwych Cyganów Anglików już nie ma, ale Kayę można kupić w każdym sklepie wybierając spośród kilku rodzajów i firm. Słoiczek kosztuje 3-4 zł.

Wbrew pozorom nic nie majstrowaliśmy przy kolorach na zdjęciu. Zielony kolor chleba to zasługa liści pandanu – kolejnej malajskiej ciekawostki. Pandan (wg wikipedii polska nazwa to Pochutnik amarylkolistny) to bardzo ciekawa roślinka, której liście są bardzo szeroko wykorzystywane kulinarnie. Lekko słodki aromat idealnie pasuje do deserów, ale np. nasza przyjaciółka Apel z Kuala Lumpur dodaje zawsze listek do gotowanej wody coby ją „zdezynfekować”.

Kokos i pandan idą w parze: w Malezji jedliśmy rewelacyjne zielone naleśniczki ze smażonym kokosem, tu możemy przypominać sobie ten smak co rano jedząc zielone kanapki.



Spacerek do domu

Marzec 17th, 2014

Nie lubimy znęcać się nad zdjęciami. Szkoda nam czasu na ślęczenie w fotoszopie: wystarczy, że przeglądając setki zdjęć spędzamy godziny wybierając te kilka najlepszych kadrów. Poniższa galeria dowodzi, że od każdej reguły jest jednak wyjątek.

Nasza okolica, dzielnica Kelapa Gading (dosłownie: „Kokos z Kości Słoniowej”) wbrew swojej uroczej nazwie nie należy do najpiękniejszych. Pomysł, żeby udokumentować drogę Łukasza z pracy do domu był więc dość ryzykowny. Tu właśnie z ratunkiem przyszły najnowsze zdobycze techniki. Odpowiednie filtry, chwilę kombinowania i brudna, błotnista droga zmieniła się w piękne holiłudzkie kadry…

Widok na Italian Walk, jedną z uliczek Mall of Indonesia.
Ada pracuje 50 metrów dalej, zaraz za 7-Eleven.Widok na Italian Walk, jedną z uliczek Mall of Indonesia.
Ada pracuje 50 metrów dalej, zaraz za 7-Eleven.

Widok na Italian Walk, jedną z uliczek Mall of Indonesia.
Ada pracuje 50 metrów dalej, zaraz za 7-Eleven.

Czarny kot wspomniany w poprzedniej notce. Rano łazi, wieczorem leży na schodku.Czarny kot wspomniany w poprzedniej notce. Rano łazi, wieczorem leży na schodku.

Czarny kot wspomniany w poprzedniej notce. Rano łazi, wieczorem leży na schodku.

Kelapa Gading Bukit Indah, czyli "centrum biurowe", w którym pracuje Łukasz.Kelapa Gading Bukit Indah, czyli "centrum biurowe", w którym pracuje Łukasz.

Kelapa Gading Bukit Indah, czyli "centrum biurowe", w którym pracuje Łukasz.

Piękny chodniczek, jeszcze na terenie Bukit Indah...Piękny chodniczek, jeszcze na terenie Bukit Indah...

Piękny chodniczek, jeszcze na terenie Bukit Indah...

 
...niespodziewanie kończy się bramką prowadzącą wprost do ulicznej knajpki....niespodziewanie kończy się bramką prowadzącą wprost do ulicznej knajpki.

...niespodziewanie kończy się bramką prowadzącą wprost do ulicznej knajpki.

Dalej, przed knajpką, chodniczek nie jest już tak fajny.Dalej, przed knajpką, chodniczek nie jest już tak fajny.

Dalej, przed knajpką, chodniczek nie jest już tak fajny.

Kolejne knajpki, na mniej zatłoczonym odcinku drogi.Kolejne knajpki, na mniej zatłoczonym odcinku drogi.

Kolejne knajpki, na mniej zatłoczonym odcinku drogi.

Kierowcy Ojeków godzinami tną w szachy.Kierowcy Ojeków godzinami tną w szachy.

Kierowcy Ojeków godzinami tną w szachy.

 
Widoczek na Mall od Indonesia od strony wschodniej. My mieszkamy, po stronie zachodniej.Widoczek na Mall od Indonesia od strony wschodniej. My mieszkamy, po stronie zachodniej.

Widoczek na Mall od Indonesia od strony wschodniej. My mieszkamy, po stronie zachodniej.

Ostatni fragment spaceru do domu - tu "chodnik" pozostawia najwięcej do życzenia, a ruch i smog jest zdecydowanie największy.Ostatni fragment spaceru do domu - tu "chodnik" pozostawia najwięcej do życzenia, a ruch i smog jest zdecydowanie największy.

Ostatni fragment spaceru do domu - tu "chodnik" pozostawia najwięcej do życzenia, a ruch i smog jest zdecydowanie największy.

Nie jest źle - gdy pada w tej okolicy tworzy się ogroooomna kałuża.Nie jest źle - gdy pada w tej okolicy tworzy się ogroooomna kałuża.

Nie jest źle - gdy pada w tej okolicy tworzy się ogroooomna kałuża.

 
Home Sweet Home. Główne wejście do MOI.Home Sweet Home. Główne wejście do MOI.

Home Sweet Home. Główne wejście do MOI.

Na zakończenie codziennego spaceru - kapliczka pod świątynią. Świątynią, nietypową, bo zajmującą jedno z biur w Centrum Handlowym na Italian Walk.Na zakończenie codziennego spaceru - kapliczka pod świątynią. Świątynią, nietypową, bo zajmującą jedno z biur w Centrum Handlowym na Italian Walk.

Na zakończenie codziennego spaceru - kapliczka pod świątynią. Świątynią, nietypową, bo zajmującą jedno z biur w Centrum Handlowym na Italian Walk.

 


Mleko i bambus – opowieść o mutantach

Marzec 13th, 2014

W Indonezji nie ma sera.
W dużych, dobrze zaopatrzonych supermarketach cośtam się nawet znajdzie (np. 2 kilogramy na cały, ogromny sklep), ale wtedy z kolei odstrasza cena.
Mleko? Na pierwszy rzut oka jest z nim trochę lepiej – ceny tylko trochę wyższe niż w Polsce. Dopiero przyglądając się bliżej zwrócimy uwagę, że zawartość kartoników powstała w większość z mleka w proszku.

Czemu? Tak jest od zawsze. W Południowo-Wschodniej Azji mleka się nie pije i już. Skoro się nie pije, to się też nie produkuje.
Żeby nie być gołosłownym: W Finlandii roczne spożycie mleka na mieszkańca to ponad 300 litrów, w Polsce – 190 litrów. W Indonezji litrów 13.
Skąd te dysproporcje?
Wbrew pozorom ma to swoje logiczne wytłumaczenie. Logiczne, bardzo proste i na tyle ciekawe, że bardzo nas dziwi, że w szkołach nie mówi się o tym ani słowa.

Cały sekret w tym, że wbrew pozorom gatunek Homo Sapiens… nie trawi mleka!
Zawarta w mleku laktoza jest trucizną dla wszystkich organizmów, które nie wytwarzają laktazy: enzymu odpowiedzialnego za rozbicie laktozy na cukry przyswajalne przez ciało. Enzym ten wytwarzany jest w organizmach dzieci (dlatego one mogą pić mleko bez problemów) lecz z wiekiem przestaje być wydzielany. W rezultacie – dla wszystkich naszych prapraprzodków mleko było trucizną.
Dopiero 11000 lat temu jakiś niezwykle odważny, żyjący na Bliskim Wschodzi osobnik zauważył, że z trujące mleko można przetworzyć i sprawić, że nada się do spożycia. Jogurt, kefir czy zsiadłe mleko zawierają dużo mniej laktozy – na tyle mało, by hodujący je rolnicy mogli bezpiecznie je pić zapewniając sobie całoroczny dostęp do źródła białka. Odkrycie te miało gigantyczne konsekwencje. Niedługo później inni pionierzy mogli wyruszyć na północ i zasiedlić mniej przyjazne rejony ówczesnego świata.
Kilka tysięcy lat później na terenie dzisiejszej Polski po raz pierwszy wytworzono ser (który zawiera o 90% mniej laktozy niż mleko). Lata spożywania nabiału, przyzwyczajanie ciała do laktozy powoli owocowały – europejscy rolnicy zaczynali mutować… Gen odpowiadający za „wyłączenie produkcji” laktazy zmienił się sprawiając, że trucizna stała się przysmakiem.

Dziś, tysiące lat po rozpoczęciu tego procesu, laktozę toleruje zaledwie 30% ludności świata. Mimo to „nietolerancja laktozy” figuruje w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Ciekawe, prawda? „Choroba”, która jest w 100% naturalna i wrodzona dla większości ludzi na Ziemi…

W Polsce zmutowany gen występuje u 80% populacji. W Chinach, Kambodży czy Indonezji: u mniej niż 5%. Idealnie pokazuje to poniższa mapka:
Procent ludzi tolerujących laktozę.

To dlatego wszędzie na trasie naszej podróży łatwiej było o mleko sojowe, kokosowe czy ryżowe – nie chodzi o dostępność składników, a o to, że w odróżnieniu od mleka krowiego nie zawierają one laktozy.
Takie drobne różnice najbardziej nas zadziwiają: niby detal, a jednak sprawia, że inaczej patrzymy na cały świat.

Kolejną ciekawostką jest sposób smażenia potraw. Kuchnia azjatycka nie bez kozery kojarzy się z wokiem. Wszystko smaży się błyskawicznie, w wysokiej temperaturze – to dlatego w Polsce słowo „chińczyk” jest w zasadzie synonimem Fast foodu. Dlaczego wok, a nie zwykła patelnia? Czemu pijący mleko rolnicy z Europy żywili się gotowanym kilka godzin gulaszem, a w Indonezji potrawą narodową jest przyrządzany w 3 minuty smażony ryż? Tym razem obyło się bez mutacji genetycznych – jedynym powodem jest wykorzystanie bambusa.
Bambus, w odróżnieniu od „naszego drewna” rośnie bardzo szybko. Pali się dobrze – nic więc dziwnego, że przez wieki wykorzystywano go jako podstawowy materiał opałowy. Najważniejszą jednak różnicą jest jednak to, że bambus spala się błyskawicznie wyzwalając bardzo wysoką temperaturę. Tyle! Kuchnia chińska, którą dzisiaj znamy wzięła się – jak wszystko inne – z potrzeby dostosowania do warunków wokół.
Najśmieszniejsze jednak, że różnice te wyczuć możemy do dziś nie tylko w smaku potraw, ale i choćby w wielkości palników w kuchni. Mały ogień? Dobre sobie. Maleńki płomień mogliśmy ustawić w Warszawie – tu ten najmniejszy wciąż wygląda jak pochodnia.

Starczy nauki na dziś, ale jakby ktoś chciał napisać na ten temat pracę magisterską, to służymy materiałami źródłowymi.



Jawajskie rozmaitości

Marzec 12th, 2014

O różnicach między Indonezją a Polską napisano wiele. Najciekawsze według nas są jednak drobne szczegóły, o których nie czytaliśmy i nie słyszeliśmy wcześniej. Język, klimat, wulkany – wspomina się o tym w każdej publikacji o Indonezji. Fajnie, ale… czemu nikt nie wspomniał o mrówkach i badmintonie? Czas na trochę informacji o drobnych detalach, które czasem dość mocno przekładają się na życie.

Zwierzątka
Nasza jeżyna została w Warszawie. Szkoda, bo dobrze by się bawiła. Tutejszy klimat sprzyja automatycznej biodegradacji wszelkich resztek: zostawione na wierzchu owoce czy jakiekolwiek słodkości szybko stają się ofiarą mrówek. Nie jest to domena naszego mieszkania – wszędzie wszystko żyje, wszelkie resztki znikają same z siebie. Co cieszy: karaluchów w naszym bloku jakimś cudem nie ma. Widzi się je za to na ulicy.
Na oddzielny akapit zasługują tutejsze bezpańskie (?) koty. W okolicy jest ich kilka. Każdy ZAWSZE siedzi w tym samym miejscu: rudy na wycieraczce salonu fryzjerskiego, czarny na schodkach przy biurze itp. Świątek, piątek czy niedziela – wracając z pracy muszę pamiętać, żeby nie stanąć na schodku, bo przestraszę kota, który leży tam cały czas.

Z jawajskiego garnka
Chociaż Indonezja to ogromny kraj – jej kuchnia bardzo różni się od tradycji kulinarnych innych dużych państw. W odróżnieniu od Indii czy Chin, które rozciągają się na tysiącach kilometrów z północy na południe – Indonezja rozciąga się na podobnym dystansie, ale WZDŁUŻ równika. Co z tego wynika?
Ano, zarówno w Chinach jak i w Indiach mamy kilkanaście kuchni regionalnych, a potrawy z mroźnej północy bardzo różnią się od potraw z tropikalnego południa. Są regiony słynne z owoców, ryb, a są takie znane z tłustych gulaszy i warzyw. W kuchni indonezyjskiej również wyróżnić można tradycje regionalne, ale nie są one aż tak różnorodne: klimat (a zatem i dostęp do składników) w całym kraju jest bardzo zbliżony. Tu każdy region obfituje w owoce, ryby, palmy kokosowe.
Innymi słowy: jest dość różnorodnie, ciekawie, PYSZNIE, ale różnych potraw są dziesiątki i setki, a nie tysiące jak w Chinach. Najważniejsze jednak, że jest to kuchnia skrojona dla nas – pełna wpływów indyjskich i chińskich, a jednocześnie nasycona mleczkiem kokosowym i orzechami.
Gado-gado, sate, soto, nasi uduk, nasi goreng… każdą z tych specjalności opiszemy osobno w przyszłości.

Hamburger i kimchi
Kultura centrów handlowych niesie ze sobą kulturę Food Courtów czyli… hmmm.. „dziedzińców z jedzeniem”? W Polsce podobne dziedzińce to chyba jednak rzadkość. Owszem, w Arkadii czy Złotych Tarasach można usiąść i zjeść hamburgera bądź sałatkę z jednej z kilku knajpek, ale w Indonezji zjawisko to jest o wiele potężniejsze. Food Court to kilkanaście bądź kilkadziesiąt małych restauracji oferujących przeróżne smakołyki. Tajwańskie pierożki? Sushi? Kimchi? Przysmaki z Jawy, Sumatry? Chińskie pieczone kaczki? Amerykańskie steki, włoskie spaghetti? Teriyaki? Ramen? Tokayaki? Wszystko na wyciągniecie reki. Podobnie z reszta w supermarketach: Ada wprost zaczęła się trząść po znalezieniu słoika z pesto… Nie ma mowy o kulinarnej monotonii.

Wężowy owoc
Uwielbiamy tropikalne owoce. Uwielbiamy banany, mandarynki, mango, longana, papaje. Uwielbiamy też mangostan, chociaż znalezienie go w Polsce graniczy z cudem. Pyszny jest rambutan, lubimy karambole… Tu owoce te można dostać w każdym sklepie. Ba! Dostać można też śmierdzącego duriana w kilku odmianach, sawo, duku czy salak, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a który zadziwia wyglądem.
DSC_7448
Salak, czyli po naszemu Oszpilna Jadalna (??) rośnie wyłącznie na Jawie i Sumatrze. Wężowa skórka skrywa fajny, czosnko-podobny miąższ o ciekawym smaku: trochę jabłko-gruszka, trochę migdał.
To oczywiście nie wszystko – w sklepach widzimy dziesiątki owoców i warzyw, których nazwy nic nam nie mówią. O tym również będziemy pisać już niedługo.

Szara terenówka
Ciekawostka pierwsza: palące słoneczko sprawia, że kolorowe samochody są tu wyjątkowo niepraktyczne. W rezultacie – po ulicach jeżdżą wyłącznie samochody w odcieniach szarości.
Ciekawostka druga: stan dróg i ogromne korki sprawiają, że rolę samochodów osobowych przejmują skutery i motorki. Jeśli ktoś decyduje się na samochód – decyduje się raczej na vana lub samochód terenowy w wersji miejskiej.
Ciekawostka pierwsza w połączeniu z drugą: Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że parking przy centrum handlowym to dziwny komis samochodowy: 3/4 samochodów to szarobure vany i terenówki, pozostałe – szarobure osobówki.
Co tu dużo pisać – poniższe zdjęcie przedstawia obecną sytuację drogową pod „naszym centrum handlowym”.
Nasza okolica

Keep calm and wear hidjab
Chociaż Dżakarta to stolica największego i najludniejszego muzułmańskiego kraju świata i, przy okazji, największe muzułmańskie miasto świata – podejście do religii jest tu zupełnie inne niż na Bliskim Wschodzie. Obowiązuje tu, tak jak w Turcji, rozdział religii od państwa, religijność i jej eksponowanie jest więc sprawą zupełnie osobistą. Na ulicach widzi się dziewczyny w Hidżabach, ale stanowią może 10% wszystkich kobiet. Doskonale widać, że większość z nich nosi je z własnej, nieprzymuszonej woli. W Iranie przymus noszenia hidżabu owocuje tym, że dziewczyny noszą je od niechcenia – jak chustkę zarzuconą na włosy. Tu sytuacja jest zgoła inna: często widzi się wymalowane, fajnie ubrane dziewczyny, które traktują Hidżab jako naturalne uzupełnienie ubioru. Widok dziewuchy w obcisłych dżinsach, hidżabie i koszulce z hasłem „Keep calm and wear hidjab!” nikogo nie dziwi.

Ojek, angkot i bajai
Wspominaliśmy poprzednio, że komunikacja miejska pojawiła się w Dżakarcie raptem 2 lata temu i obejmuje dziś raptem kilkanaście linii autobusowych. Sytuacja nie jest jednak aż tak tragiczna: to, czego nie udaje się realizować władzom miejskim organizują prywaciarze. Oprócz taksówek i metrobusów korzystać można z szeregu innych rozwiązań.
Angkot to nic innego jak malutki autobus, „marszrutka” zrobiony ze zwykłego vana bądź osobówki combi. W środku, prócz kierowcy, mieści się (o dziwo!) 15 osób. Angkoty jeżdżą na trasach w obrębie jednej dzielnicy, a przejazd kosztuje 3000 rupii czyli 75 groszy: na tyle mało, że Łukasz codziennie jeździ tak do pracy.
Ojek to „motocyklowa taksówka”. Na każdym rogu, przy każdym wyjeździe z terenu centrum handlowego czeka grupka motocyklistów, która przechodzącego białasa wita serdecznym „ojek, ojek!”. Cena za usługę zależy tu od umiejętności negocjacyjnych pasażera – ustala się ją wcześniej.
Kolejnym tutejszym wynalazkiem jest motoriksza nazywana tu Bajai. Przejazd nią nie należy jednak do przyjemności: Brak wentylacji w połączeniu z ogromną ilością spalin, wysoką temperaturą i wysokim kosztem takiej podróży sprawia, że często dużo lepszym i tańszym rozwiązaniem jest regularna taksówka.

Taksówka regularna i nieregularna
Mieszkańcy Dżakarty spędzają w taksówkach mnóstwo czasu. Nic dziwnego, że korporacje taksówkowe wychodzą im na przeciw starając się w jakiś sposób urozmaicić im codzienne podróże.
Najdroższą, a mimo to polecaną przez każdego korporacją jest „Blue Bird”. Ich błękitne Toyoty stanowią bardzo charakterystyczny element krajobrazu wielu miast Indonezji. Jak słusznie zauważył nasz przyjaciel Kacper – korporacja traktowana jest (zwłaszcza przez obcokrajowców) jak instytucja zaufania społecznego.
Kierowca Blue Bird (każdy ubrany w batikową, błękitną koszulę z logo firmy) nie oszuka pasażera. Ba! Jeśli pasażer cokolwiek zostawi w taksówce – może być pewnym, że zguba do niego wróci. Świadczą o tym liczne świadectwa zadowolonych pasażerów zamieszczane w… magazynie pokładowym. Tak! W każdej taksówce znajdziemy miesięcznik „Blue Bird”, w którym rolę „listów od czytelników” stanowią maile i smsy opisujące perypetie pasażerów. Taksówki są dużo wygodniejsze, pojemniejsze od taksówek warszawskich. Pasażer może słuchać w nich przyniesionej przez siebie muzyki!
Luksusy „Blue Birda” to jednak dla niektórych za mało. Dla nich powstał „Silver Bird” – biznes klasa wśród taksówek. Więcej miejsca, najlepsi kierowcy…

Sport narodowy
Piłka nożna, zwłaszcza w zagranicznym wydaniu jest bardzo popularna. Publiczne kanały telewizji transmitują mecze ligi angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej, niemieckiej i, oczywiście, indonezyjskiej. Z tą ostatnią jest jednak jak w Polsce – interesuje wyłącznie największych zapaleńców. Koledzy z biura Łukasza mówią wprost: poziom słaby, a na meczach rozróby. Lepiej kibicować Arsenalowi lub Manchesterowi.
Indonezyjczyków fascynuje jednak również inna dyscyplina. Taka, w której bywają najlepsi na świecie.
„Skokami narciarskimi” Indonezji jest… Badminton. W niewdzięczną rolę Schmidta i Hannavalda wcielają się tutaj Chińczycy – rywalizacja z nimi trwa od dziesiątek lat. Spośród wszystkich 27 medali, które Indonezyjczycy wywalczyli na olimpiadach aż 18 zdobyto w tej dyscyplinie. Co ciekawe, z siedmiu pierwszych igrzysk Indonezyjczycy wracali z niczym. Przełomem były igrzyska w Barcelonie – to tam badminton zadebiutował jako dyscyplina olimpijska rozpruwając tym samym worek z medalami.
W pierwszym w historii turnieju singla mężczyzn Indonezyjczycy zdobyli komplecik: złoto, srebro i brąz, a kolejne dwa medale wywalczyły panie i debel.
Turnieje badmintonowe lecą w TV tak, jak u nas skoki albo piłka. Musimy się kiedyś na takowy wybrać.