Archiwum z Luty, 2014

Wycieczki po Bali

Luty 27th, 2014

Ach, Bali… Na tę podróż czekałam przez całe życie. Trudno powiedzieć właściwie czemu, ale słowo to wzbudza w większości z nas wspaniałe skojarzenia – tajemnicza wyspa, niespotykana kultura i obyczaje, zupełny koniec świata, niebiańskie plaże i nieznane nam egzotyczne owoce.

Tym bardziej onieśmielona byłam, że wycieczkę w tak niesamowite miejsce muszę zorganizować… sama. Łukasz musiał zostać w Dżakarcie, gdzie od raptem dwóch tygodni pracuje w nowej firmie, a ja mimo wszystko nie mogłabym nie zabrać na Bali mojej rodzinki, która „wpadła” z odwiedzinami.

Zorganizowanie tego wyjazdu było dla mnie nie lada wyzwaniem. Pomijając względy osobiste, czyli fakt, że gdybym tylko mogła to najchętniej zabierałabym Łukasze ze sobą wszędzie, łącznie z nudnymi ćwiczeniami na uczelni i depilacją nóg, to mamy opracowany pewien wspólny schemat podziału zadań, który stosujemy zawsze podczas planowania naszych podróży. Tym razem ja musiałam wszystko zrobić sama.

Problemy pojawiły się od samego początku – niby na Bali, ale tak właściwie to dokąd? Wbrew pozorom Bali nie jest małą wysepką, gdzie wybierając jakikolwiek hotel wszędzie jest blisko. Wyspa jest porównywalna wielkością do województwa mazowieckiego, ale jest o wiele bardziej różnorodna i wszystkie atrakcje turystyczne są po niej równomiernie rozsiane. Centrum życia turystycznego i surferskiego zlokalizowane jest w Kucie, czyli kurorcie usytuowanym na południu wyspy. W tej okolicy wszystko znajduje się stosunkowo blisko siebie – łącznie z najważniejszym punktem dla wszystkich turystów, czyli lotniskiem. Niestety, poruszając się tylko po tym regionie traci się bardzo wiele. Zmuszeni więc byliśmy organizować sobie wycieczki.

O Kucie słyszałam wiele niepochlebnych opinii – że brudno, głośno, tłoczno i wcale nie tak ładne. Nie chciałam zgotować moim gościom wakacji w piekiełku rodem z południa Tajlandii, wybrałam więc hotel w bardziej zacisznej dzielnicy. Zatrzymaliśmy się w Nusa Dua, a właściwie na Benoa – charakterystycznym cypelku prowadzącym z południa na północ w stronę portu. Na pewno jest ciszej i spokojniej, nie mogę jednak powiedzieć, że gorąco polecam to miejsce – jest dość nijakie. Mieliśmy za to farta z hotelem. Za śmieszne pieniądze znalazłam ofertę zarezerwowania wysoko ocenianego hotelu, który – jak okazało się na miejscu – jest świeżo otwarty i przyjmuje gości od niewiele ponad miesiąca. My tylko na tym zyskaliśmy: za, jak już pisałam, super cenę mamy ciszę i spokój, bo jesteśmy prawie że jedynymi gośćmi hotelowymi. Tylko dla nas jest cały basen i obsługa, która intensywnie pracuje na to, żeby pierwsze opinie o nowym miejscu były tak pozytywne, jak to tylko możliwe.

Pierwszą wycieczkę zrobiliśmy nigdzie indziej, jak do Kuty, żeby zobaczyć przed czym uciekaliśmy. Najbardziej zszokowały nas śmieci na plaży. Sam piasek wyglądał jeszcze przyzwoicie (uff! – pomyślałam), ale podczas pierwszej próby kąpieli uciekaliśmy z wody jak poparzeni. Śmieci wirowały w wodzie z każdą falą, a było ich tyle, że nie sposób było ich uniknąć. Plastikowe opakowania oblepiające nogi i – szczyt obrzydliwości – zużyty bandaż sprawiły, że zrezygnowaliśmy z kąpieli. Nie wiem jak radzą sobie z tym ci wszyscy surferzy, których w Kucie jest naprawdę sporo, ale wiem jedno – na pewno im nie zazdroszczę. Resztę deszczowego dnia spędziliśmy snując się po sklepach z pamiątkami i znanym centrum handlowym Matahari. Dzień zakończyliśmy w Surf Barze Tubes polecanym gorąco przez moją przyjaciółkę Olę. Mniam!

ION Hotel i nasza pierwsza indonezyjska książkaION Hotel i nasza pierwsza indonezyjska książka

ION Hotel i nasza pierwsza indonezyjska książka

rondo na południu Kutyrondo na południu Kuty

rondo na południu Kuty

młody, zdolny, szybkimłody, zdolny, szybki

młody, zdolny, szybki

niespodziewane znajomościniespodziewane znajomości

niespodziewane znajomości

 
plaża w Kucie nazywana mekką surferów na Baliplaża w Kucie nazywana mekką surferów na Bali

plaża w Kucie nazywana mekką surferów na Bali

plaża w Kucieplaża w Kucie

plaża w Kucie

 
widok na pas startowywidok na pas startowy

widok na pas startowy

Kuta znana jest z najładniejszych turystek na całym BaliKuta znana jest z najładniejszych turystek na całym Bali

Kuta znana jest z najładniejszych turystek na całym Bali

 
samouwielbieniesamouwielbienie

samouwielbienie

przydrożna kapliczka, gdzie moja mama nawróciła się na hinduizmprzydrożna kapliczka, gdzie moja mama nawróciła się na hinduizm

przydrożna kapliczka, gdzie moja mama nawróciła się na hinduizm

 
Kuta Square, główna ulica handlowaKuta Square, główna ulica handlowa

Kuta Square, główna ulica handlowa

this is almost a Secret!this is almost a Secret!

this is almost a Secret!

 
sałatka Gado-Gado w Tubes Surfer Barsałatka Gado-Gado w Tubes Surfer Bar

sałatka Gado-Gado w Tubes Surfer Bar

surfersurfer

 
jedna z wielu małych, ale bardzo ruchliwych uliczek w Kuciejedna z wielu małych, ale bardzo ruchliwych uliczek w Kucie

jedna z wielu małych, ale bardzo ruchliwych uliczek w Kucie

 

Następnego dnia zorganizowaliśmy sobie samochód z kierowcą, czyli bezapelacyjnie najwygodniejszy sposób zwiedzania Bali. Nie jest to droga przyjemność (po wytargowaniu 120 zł, w cenie jest już wynagrodzenie dla kierowcy i paliwo, w dobrym guście jest natomiast dodatkowo postawić kierowcy lunch), a przy pełnym składzie w samochodzie wychodzi jeszcze bardziej ekonomicznie. Do zaproponowanego przez kierowcę-przewodnika planu dnia dodałam kilka moich uwag i w efekcie nasz dzień wyglądał następująco:

Na początku odwiedziliśmy dwie znane ze swojego uroku plaże. Pierwsza – Padawa Beach to nowa atrakcja na Bali, dojazd do niej został niedawno wykuty w ogromnym klifie. Bilet na plaże kosztuje 1,20 zł od osoby. Następnie pojechaliśmy do Dream Land Beach (wstęp 3,80 zł od osoby), plaży tak pięknej, że hotele w jej okolicy rosną jak grzyby po deszczu. Już dziś nosi nazwę „nowej Kuty”! Podobno zupełnie zabiło to klimat okolicy. Na szczęście w środku niskiego sezonu plaża nadal była przyjemnie pusta.

Kolejnym punktem programu była świątynia Ulu Watu usytuowana malowniczo na szczycie ponad sześćdziesięciometrowego klifu (5 zł/osoba). Widoki zapierały dech w piersiach, ale wizyta zostawiła w nas sporo niedosytu, ponieważ do samej świątyni wstęp dla zwiedzających jest wzbroniony. Słońce dawało o sobie znać mocniej, niż podczas mniej aktywnych dni więc na ostatniej plaży zdecydowaliśmy się na krótki odpoczynek i kąpiel w oceanie. Pojechaliśmy do Padang-Padang Beach.

Po wielu godzinach łażenia, oglądania i zwiedzania posnęliśmy w samochodzie wszyscy jak susły. Podróż do ostatniego punktu naszego programu trwała prawie 2 godziny, więc mieliśmy okazję na porządną regenerację sił. W świątyni Leneh Lot mieliśmy podziwiać niebywały ponoć zachód słońca (wejście 8 zł/osoba). Niestety, ciężkie chmury na całym niebie pokrzyżowały nam plany oraz zapewniły paskudne, białe tło do zdjęć świątyni.

Widoki i wrażenia pozostana na pewno niezapomniane. Jutro czeka nas ostatni dzień na Bali. Na pewno go nie zmarnujemy – jedziemy do Ubud, górskiego miasta zwanego kolebką kultury balijskiej!

lobby w naszym ION Hotellobby w naszym ION Hotel

lobby w naszym ION Hotel

plaża Pandawaplaża Pandawa

plaża Pandawa

dary dla bogów składane wszędzie, tu akurat przy plażydary dla bogów składane wszędzie, tu akurat przy plaży

dary dla bogów składane wszędzie, tu akurat przy plaży

 
hinduistyczna świątynia przy plażyhinduistyczna świątynia przy plaży

hinduistyczna świątynia przy plaży

 
 
busik dowożący nas na plażę Dream Landbusik dowożący nas na plażę Dream Land

busik dowożący nas na plażę Dream Land

dojście do plaży Dream Landdojście do plaży Dream Land

dojście do plaży Dream Land

 
plaża Dream Landplaża Dream Land

plaża Dream Land

muszelki XXI wiekumuszelki XXI wieku

muszelki XXI wieku

 
problemy "pierwszego świata"problemy "pierwszego świata"

problemy "pierwszego świata"

posąg w świątyni Ulu Watuposąg w świątyni Ulu Watu

posąg w świątyni Ulu Watu

niesamowity widok ze świątyni usytuowanej na południowym krańcu wyspyniesamowity widok ze świątyni usytuowanej na południowym krańcu wyspy

niesamowity widok ze świątyni usytuowanej na południowym krańcu wyspy

malownicza świątynia Ulu Watu, do której wstęp mają tylko wiernimalownicza świątynia Ulu Watu, do której wstęp mają tylko wierni

malownicza świątynia Ulu Watu, do której wstęp mają tylko wierni

 
brama do świątynibrama do świątyni

brama do świątyni

dobrze strzeżone jedzenie dla małp grasujących w okolicach świątyni. pracownicy starają się je tak wytresować, aby przestały okradać turystówdobrze strzeżone jedzenie dla małp grasujących w okolicach świątyni. pracownicy starają się je tak wytresować, aby przestały okradać turystów

dobrze strzeżone jedzenie dla małp grasujących w okolicach świątyni. pracownicy starają się je tak wytresować, aby przestały okradać turystów

 
rodzinka przybrana w sarongi zakrywające nieobyczajne nogirodzinka przybrana w sarongi zakrywające nieobyczajne nogi

rodzinka przybrana w sarongi zakrywające nieobyczajne nogi

zejście na plażę Padang-Padangzejście na plażę Padang-Padang

zejście na plażę Padang-Padang

przekąskaprzekąska

przekąska

najszczęśliwsza kobieta na świecienajszczęśliwsza kobieta na świecie

najszczęśliwsza kobieta na świecie

 
 
słynna świątynia Lonah Lot. dojść do niej można tylko podczas odpływu, a i tak wejście do środka zarezerwowane jest jedynie dla modlących sięsłynna świątynia Lonah Lot. dojść do niej można tylko podczas odpływu, a i tak wejście do środka zarezerwowane jest jedynie dla modlących się

słynna świątynia Lonah Lot. dojść do niej można tylko podczas odpływu, a i tak wejście do środka zarezerwowane jest jedynie dla modlących się

oprócz nas było też kilka innych osób spoglądających na świątynięoprócz nas było też kilka innych osób spoglądających na świątynię

oprócz nas było też kilka innych osób spoglądających na świątynię

 
 
lekcja chodzenia na wysokich obcasachlekcja chodzenia na wysokich obcasach

lekcja chodzenia na wysokich obcasach

 
 


List do Ł.

Luty 23rd, 2014

Kochany Łukaszku!

Jak się masz beze mnie w Dżakarcie? Wyjechałam dopiero 4 dni temu, a czuję się jak bym nie widziała Cię już co najmniej kilka tygodni. Ostatnie miesiące, podczas których spędziliśmy razem każdą godzinę przyzwyczaiły mnie do tego, że zawsze jesteś koło mnie.

Ale nie narzekam! W środę wyleciałam z Dżakarty z moją mamą, ciocią i Jędrzejem na Bali. Szkoda, że wybuch wulkanu Kelud w zeszły czwartek (13 lutego) pokrzyżował nam plany zwiedzania centralnej i wschodniej Jawy. Żałuję, że nie udało mi się pokazać rodzinie Borodubur i wulkanu Bromo – o siebie się nie martwię, bo przecież już niedługo wybierzemy się tam razem podczas jednej z wielu planowanych weekendowych wycieczek.

Pierwszym sukcesem naszej wspólnej podróży było dotarcie na lotnisko w niecałą godzinę. Dżakarta nadal jest dla nas łaskawa i nie zaprezentowała nam jeszcze mrocznego uroku ulicznych korków. Po bezproblemowym locie na pokładzie jednego z wielu lotów AirAsia znaleźliśmy się na Bali, na jedynym lotnisku na wyspie – Denpasar. Co ciekawe, samo lotnisko jest stosunkowo daleko od miasta, od którego wzięło nazwę. Za to jego lokalizacja zapiera dech w piersiach zarówno podczas lądowania jak i startu! Past startowy usytuowany jest w poprzek wąskiego pasa lądu, więc zaraz przed i za nim rozpościera się krystaliczna tafla oceanu. Niebywałe widoki!

Mieliśmy spędzić tu tylko jedną noc, a właściwie kilka godzin. Zarezerwowałam więc hotel ekstremalnie blisko lotniska – dosłownie 300 metrów. Postanowiliśmy się przespacerować. Moja rodzinka miała jednak okazje skosztować prawdziwego, indonezyjskiego życia, bo na naszej trasie znalazł się niespodziewanie długi i wysoki płot, który trzeba było obejść nadkładając dobre kilkaset metrów. I to wzdłuż autostrady bez chodników! Napomknę tylko, że nie byli zachwyceni.

Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy do portu, skąd odpływała łódź na cudowną rajską wyspę – Gili Trawangan. Jest to największa i ostatnia z malutkiego archipelagu trzech symetrycznych, okrąglutkich wysp ułożonych jedna za drugą przy północno-zachodnim wybrzeżu Lomboku. Słyszałam na jej temat niebywałe historie – zdradzę Ci już, że wszystkie się sprawdziły!

pierwsze spotkanie z Gili Trawanganpierwsze spotkanie z Gili Trawangan

pierwsze spotkanie z Gili Trawangan

 

Gili Trawangan jest tak mała, że można ją obejść na pieszo w półtorej godziny. Tak przynajmniej wyczytałam na Wikipedii. Nie wiem czy to prawda, bo nam zajęło to calutki dzień. Zatrzymywaliśmy się chyba w każdej przytulnej knajpce po drodze na małe piwko albo świeżo wyciskany sok z miejscowych owoców. Nie odpuściliśmy nawet prowizorycznego stoiska z młodymi kokosami ustawionego zachęcająco obok plantacji palm kokosowych. Za 5 zł można tam było dostać kokosa tak dużego i mięsistego, że najedliśmy i napiliśmy się nim ze czwórkę! A że pani szastającej maczetą jak niegroźną wstążką spodobała się radość moich gości z Polski na widok tego niespotykanego u nas orzecha, że dostaliśmy kolejnego gratis. A jak już byliśmy napici i najedzeni, to trzeba było ochłodzić się w toni błękitnego oceanu. Na każdej plaży po drodze, bo co jedna to ładniejsza!

plaża na Gili Trawanganplaża na Gili Trawangan

plaża na Gili Trawangan

 

Wszyscy byliśmy bardzo zachwyceni autentycznością i wyspiarskim klimatem na Gili. Pomimo wielu wcześniejszych hucznych zapowiedzi była to pierwsza wyspa, na której naprawdę nie ma żadnego transportu samochodowego ani motorowego. Miało być tak na La Digue na Seszelach, ale tam – jak doskonale pamiętasz – przywitały nas traktory i busiki przewożące turystów. Tu było naprawdę zacisznie i spokojnie. Jedyny sposób transportu to dwukołowy wózek-taksówka zaprzężony w kucyka. Po wschodniej stronie wyspy znajduje się jedyna wiosko-osada, gdzie ulokowały się wszystkie budżetowe homestay’e i hostele oraz znakomita większość droższych i tańszych knajp. Luty to środek niskiego sezonu, więc turystów jest niewielu, ceny atrakcyjne, a pogoda… dopisuje 😉 Za noc w przytulnym bungalowie 50 metrów od plaży (bez bezpośredniego dojścia do wody, ale za to z wydzielonym kawałkiem plaży, leżakami i parasolami do dyspozycji) płaciliśmy nie więcej niż 30 zł za osobę za noc. Skromne, ale pyszne śniadanie było w cenie. Kolacja kosztowała nas ok. 10-12 zł za jedno danie.

Barakuda, którą spałaszowaliśmy na lunchBarakuda, którą spałaszowaliśmy na lunch

Barakuda, którą spałaszowaliśmy na lunch

 

Spędziliśmy tam 3 dni. Oprócz całodziennej wycieczki wokół wyspy przede wszystkim byczyliśmy się na plaży, snorklingowaliśmy i rozkoszowaliśmy się daniami kuchni indonezyjskiej. Na obiadokolację jadamy zazwyczaj ryby (słodkowodne nile albo słonowodne spannery, barakudy i tuńczyki), curry z warzywami albo nasze ulubione gado-gado, czyli sałatkę z kiełków, sałaty, tofu i jajka w pysznym sosie z orzechów ziemnych.

przystań na Baliprzystań na Bali

przystań na Bali

speed boat Bali - Gilispeed boat Bali - Gili

speed boat Bali - Gili

 
 
rajska plaża (Bali)rajska plaża (Bali)

rajska plaża (Bali)

pierwsze spotkanie z Gili Trawanganpierwsze spotkanie z Gili Trawangan

pierwsze spotkanie z Gili Trawangan

 
plaża naszego hosteluplaża naszego hostelu

plaża naszego hostelu

sprzedawca lodówsprzedawca lodów

sprzedawca lodów

 
 
widok na "średnią" Gili i Lombok w tlewidok na "średnią" Gili i Lombok w tle

widok na "średnią" Gili i Lombok w tle

 
 
 
pierwszy przystanek na spacerzepierwszy przystanek na spacerze

pierwszy przystanek na spacerze

lokalny sprzedawca kwiatówlokalny sprzedawca kwiatów

lokalny sprzedawca kwiatów

 
taksówka (wycieczka wokół wyspy dla 3 osób to kosztu 37 zł)taksówka (wycieczka wokół wyspy dla 3 osób to kosztu 37 zł)

taksówka (wycieczka wokół wyspy dla 3 osób to kosztu 37 zł)

 
 
Bintang po indonezyjsku znaczy "gwiazda"Bintang po indonezyjsku znaczy "gwiazda"

Bintang po indonezyjsku znaczy "gwiazda"

zachód słońca nad Balizachód słońca nad Bali

zachód słońca nad Bali

 

Dziś tą samą łódką wróciliśmy na Bali. Ulokowaliśmy się w nowym hotelu ION Benoa, który został oddany do użytku dopiero 2 miesiące temu, a połowa jego pięter nadal jest urządzana. Standard jest zachwycający, a i cena okazyjna. Przygoda z Bali dopiero przed nami, ale już z rozrzewnieniem wspominamy czas spędzony na Gili. Jestem pewna, że Tobie też bardzo by się tam podobało. Mam nadzieję, że wybierzemy się tam razem!

Muszę już kończyć, bo dzień chyli się ku końcowi (na Bali jest godzinę później niż w Dżakarcie, czyli aż 7 godzin później niż w Polsce), a basen hotelowy kusi chłodem i spokojem po pełnym wrażeń dniu. Jutro ruszamy na plażę, a potem planujemy wycieczki po wyspie. Łukaszku, tak bardzo się cieszę, że zostajemy w tej fascynującej Indonezji jeszcze kilka miesięcy i będziemy mieli okazję odwiedzić jej mniej i bardziej popularne zakątki. Dwutygodniowe wakacje to super przygoda dla mojej rodziny i aż sama bardzo im zazdroszczę, że udało im się wyrwać chociaż na tyle z mroźnej i zimowej Polski, ale musisz przyznać, że co najmniej kilka razy tyle potrzeba, żeby zwiedzić ten ogromny i różnorodny kraj.

Dbaj o siebie
Karm jeża
Adusia

wschód słońca nad Lombokiem, widok z Gili Trawanganwschód słońca nad Lombokiem, widok z Gili Trawangan

wschód słońca nad Lombokiem, widok z Gili Trawangan

plaża na Gili Trawanganplaża na Gili Trawangan

plaża na Gili Trawangan

 
główna i jedyna ulica na wyspiegłówna i jedyna ulica na wyspie

główna i jedyna ulica na wyspie

wodne szaleństwo koło przystani na Lombokuwodne szaleństwo koło przystani na Lomboku

wodne szaleństwo koło przystani na Lomboku

widok na Bali z Lombokuwidok na Bali z Lomboku

widok na Bali z Lomboku

 
LombokLombok

ozdoba samochodowa w busiku - Baliozdoba samochodowa w busiku - Bali

ozdoba samochodowa w busiku - Bali

 
panowie w sarongach, panie z zakupami na głowach. powrót z targupanowie w sarongach, panie z zakupami na głowach. powrót z targu

panowie w sarongach, panie z zakupami na głowach. powrót z targu

autostrada nad zatoką (Bali)autostrada nad zatoką (Bali)

autostrada nad zatoką (Bali)

hotel w Nusa Duahotel w Nusa Dua

hotel w Nusa Dua

 
Barakuda, którą spałaszowaliśmy na lunchBarakuda, którą spałaszowaliśmy na lunch

Barakuda, którą spałaszowaliśmy na lunch

 


Książka i film, czyli dwie recenzje

Luty 21st, 2014

Indonezja to koniec świata.
Człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy chce dowiedzieć się czegoś więcej – sprawdzić coś w Internecie, przeczytać o czymś w Wikipedii (która przyzwyczaiła nas do tego, że jest w niej wszystko).
Dla przeciętnego Polaka Indonezja pozostanie jednak jeszcze długo totalną terra incognita. Przykłady? W Indonezji żyje blisko 50 grup etnicznych. W polskiej Wikipedii opisano tylko kilka. 40 milionom Sundajczyków poświęcono dokładnie 6 zdań.
W tym samym miejscu historii Indonezji poświęcono zdań 13, w tym dokładnie 3 na opisanie historii powojennej (dla porównania: Historia Kirgistanu na Wikipedii jest dwa razy dłuższa, historia Gruzji, Azerbejdżanu liczy kilkanaście stron, a do Chin czy Japonii w ogóle nie ma sensu porównywać.).
Oczywiście wikipedia nie jest wyjątkiem, a właśnie jedynym polskim internetowym źródłem jakichkolwiek informacji. Cóż – pozostaje cieszyć się, że nieco lepiej jest z wikipedią angielską.

Podobnie jest z literaturą. Książki o Chinach? Przed wyjazdem przeczytaliśmy około tuzina. Portal lubimyczytac.pl przedstawia listę 263 polskojęzycznych pozycji o Państwie Środka. W tym samym miejscu możemy poznać raptem 12 pozycji o Indonezji, z których 8 to mapy i przewodniki, a 4 pozostałe napisano 30 lat temu… Jak wyżej – na szczęście są też źródła angielskojęzyczne.

Kino? Sytuacja analogiczna.

Jeżdżąc po świecie zawsze staramy się poznać miejsce oglądając filmy – czy to oparte na historii, czy luźno umiejscawiające fabułę w danym kraju.
Jadąc do Iranu mogliśmy przebierać w świetnej i nawet popularnej w Polsce kinematografii irańskiej (np. oskarowe „Rozstanie”), a także w szeregu innych filmów (jak nominowane do oskara „Persepolis”).
W Kambodży oglądaliśmy „Pola Śmierci” (trzy oskary) czy „Same same but different” (strasznie słaby, ale przynajmniej pokazujący realia dzisiejszego Phnom Penh).
Chiny to świetne pozycje klasyczne (oskarowe „Zawieście czerwone latarnie”), fabularyzowana historia (wojenny „Nankin, Nankin”, „Ustanowienie republiki”) ale i współczesne kino chińskie czy hongkońskie („Chongqing Blues”, „Chungking Express”, czy nawet „Wejście Smoka”).

A w Indonezji?
Nic.

Największa na świecie baza filmowa – IMDB podpowiada, że o Indonezji wspomina się szerzej w CZTERECH filmach.
Pierwszy z nich, „Jedz, módl się, kochaj”, z grzeczności pominę milczeniem.
W drugim, „Spekulancie” z Evanem McGregorem przez dobre 5 minut możemy podziwiać knajpki Dżakarty, po czym akcja przenosi się do Singapuru.
Trzeci, „Rok niebezpiecznego życia” jest zdecydowanie najlepszym z wcześniej wymienionych. Oskarowy dramat z Melem Gibsonem i Sigourney Weaver momentami strasznie przynudza, ale koniec końców całkiem nieźle pokazuje rzeczywistość Dżakarty lat sześćdziesiątych i… niewiele więcej.

Tu do niedawna lista się kończyła. Kinematografia indonezyjska, chociaż podobno całkiem dobra, nie otwiera się bowiem na zagranicznego widza – znalezienie indonezyjskiego filmu z angielskimi napisami graniczy z cudem.

Na szczęście – trafiamy do Indonezji w niezwykle ciekawym momencie.
Oto w ciągu ostatniego roku ukazały się dwie pozycje, które nazwać można rewolucyjnymi.
Obie wypełniają OGROMNĄ niszę poruszając tematy dla większości świata zupełnie nieznane. Ba! Z powodów politycznych zupełnie nieznane i przemilczane również w Indonezji.
Pierwszą jest film dokumentalny Joshuy Oppenheimera „The Act of Killing”.
Drugą – książka Łukasza Bonczola „Zrozumieć Indonezję”.
Zacznę może od książki, nie tylko dlatego, że warto przeczytać ją przed seansem.

Historical Non-Fiction

Choć jest to w założeniu dzieło naukowe – czyta się je jak dobry kryminał. Autor dokonuje rzeczy niesamowitej: w obiektywny sposób opisuje wszystkie wydarzenia starając się jednocześnie zrozumieć motywacje bohaterów i genezę zdarzeń. Zdarzeń w Polsce przemilczanych i przez to tym bardziej szokujących.
Okładka
Historia XX-wiecznej Indonezji przedstawiona została niczym intryga w „Grze o Tron”. Tu nie ma, i nie było, postaci dobrych i złych. Wszyscy przeciwko wszystkim knują – czy to z pobudek ideologicznych, czy „dla dobra kraju”, czy w końcu – dla pieniędzy i władzy. Wszystkie informacje podparte są oczywiście odpowiednimi cytatami ze źródeł, które (trzeba pamiętać) bardzo często są ze sobą sprzeczne. Dla autora nie jest to jednak problem, a doskonała okazja do dalszych analiz – wskazania słabszych punktów innych publikacji oraz wyjaśnienia procesów, które doprowadziły do powstania błędów, przeinaczeń i zakłamań.
To bardzo ważne, zwłaszcza w sytuacji, gdy jeden tylko bohater dramatu podawał w wywiadach kilka różnych wersji tego samego wydarzenia. Autor radzi sobie z tym idealnie: podaje wszystkie wersje jednocześnie wyjaśniając, które z nich mają słabsze punkty, które nie trzymają się kupy.

Sensacyjny, pełen napięcia, a zarazem tragiczny i przerażający scenariusz napisało życie – Łukasz Bonczol „tylko” streścił go do kilkuset stronicowej książeczki. Zrobił to rewelacyjnie. Chociaż czytałem podobne opracowania o wielu krajach – tylko tą jedną książkę mogę polecić nawet tym, którzy nie są zafascynowani tematem.
Pozycja to w miarę świeża, wydana w listopadzie przez wydawnictwo akademickie Dialog na stronie którego można kupić ebooka (raptem 17 zł). Gorąco polecam. Dawno nie zarywałem nocy przez książkę.

Drugą rewolucją, tym razem na skalę ogólnoświatową jest film „The Act of Killing”.
Chociaż nakręcony 2 lata temu, dopiero teraz stało się o nim głośno – znalazł się bowiem wśród dokumentów nominowanych do Oskara.

Rzeźnik z Medanu

Film to dziwny, długi, strasznie nierówny, łączący zwykły film dokumentalny z czymś zupełnie innym, niespotykanym.



Wyobraźcie sobie następującą sytuację: „40 lat po wygranej przez hitlerowców wojnie amerykański dokumentalista odwiedza Niemcy i postanawia nakręcić film o wojennych przeżyciach zbrodniarzy z Wehrmachtu”. Brzmi intrygująco, prawda? Oppenheimer poszedł nawet krok dalej…

Nieudany zamach stanu z 30 września 1965 roku stanowi najbardziej zagadkowy moment w historii Indonezji. Lata napięć i wewnętrznej rywalizacji pomiędzy poszczególnymi siłami politycznymi i wojskiem sprawiły, że totalnie niezaplanowany, niemający prawa się udać przewrót i zabójstwo generalicji stało się pretekstem do trwających kilka miesięcy rzezi.

Kto i dlaczego próbował dokonać przewrotu? Nie wiadomo, bo dokonała go nieznana wcześniej anonimowa grupka. Teoretycznie wszystko wskazuje na PKI – Komunistyczną Partię Indonezji. Czemu PKI, partia z 50% poparciem w kraju próbowała dokonać wojskowego przewrotu, skoro cieszyła się poparciem prezydenta-dyktatora i w cuglach wygrałaby ewentualne wybory? Czemu chciałaby działać anonimowo, skoro firmując przewrót otwarcie mogłaby dokonać prawdziwej rewolucji? Czemu zdecydowano się na zamach wiedząc jak ogromne mogą być konsekwencje? Kto inspirował zamach? Chińczycy, którzy od dawna wspierali PKI, czy Amerykanie, którzy koniec końców najbardziej na zmianach w Indonezji zyskali? A może zamach był zaplanowany przez prezydenta, który obawiał się rosnącej roli wojska? Może, w końcu, były to wewnętrzne rozgrywki Armii? Każda teoria może być prawdziwą, każda jednak jest niepełna, jakiś element się w niej nie zgadza.

O tym wszystkim przeczytamy w książce „Zrozumieć Indonezję”. Film tyczy bowiem tego co nastąpiło później – samej masakry, tytułowego „Procesu zabijania”. Procesu, w którym śmierć poniosło ponad pół miliona ludzi.

Rzezie „komunistów” bez cienia wątpliwości inspirowane były przez wojsko, ale dokonywali ich wszyscy. Polowanie na czarownice stało się okazją do wyrównywania starych porachunków, konfliktów z sąsiadami, a także drogą do kariery dla wielu pospolitych bandytów i szemranego elementu. Ci ostatni, nazywani w Indonezji „preman” to wszelkiego rodzaju cwaniaczkowie, kombinatorzy, zdemobilizowani żołnierze (stąd określenie preman, free man – wolny człowiek). To oni mordowali najwięcej, to oni nigdy nie zostali za morderstwa ukarani. I to o nich opowiada dokument.

Premani funkcjonują w Indonezji do dziś. Chociaż w filmie preman tłumaczone jest słowem „Gangster” – wielu z nich, np. bohater filmu Anwar Congo, cieszy się szacunkiem i poważaniem.
Anwar mordował komunistów i chętnie o tym opowiada. Nie widzi w tym nic złego – trzeba było to robić, bo wszyscy mówili, że komuniści są źli.
Reżyser filmu namawia więc Anwara na niesamowity eksperyment: odtworzenie masakr na potrzeby filmu. Filmu niezwykłego – takiego, który pokazywałby nie tylko zdarzenia, ale i odczucia jakie towarzyszyły zbrodniarzom. Anwar i jego znajomi chętnie wchodzą w grę – przebierają się, charakteryzują, odgrywają rolę tak oprawców jak i ofiar. Czasem udają amerykańskich gangsterów rodem z Ojca Chrzestnego, czasem przenoszą się na dziki zachód wcielając się w bohaterów filmów, których oglądali za młodu. Tańczą, śpiewają. Efektem jest surrealistyczna impresja rodem z dzieł Jodorovskyego.



Eksperyment udaje się połowicznie.

Film jest z pewnością arcydziełem – niesamowitą analizą umysłu zbrodniarza, której nie było jeszcze w historii kinematografii. Niektórych scen nie zapomnę nigdy.
Z drugiej strony – jest bardzo długi i momentami strasznie nudny. Akcja rozkręca się bardzo, bardzo, bardzo powoli. Niektóre (trwające po 15-20 minut!) fragmenty wydają mi się zupełnie niepotrzebne i z pewnością znużą mniej wytrwałego widza. Inne – mogą być niezrozumiałe dla nie znających historii Indonezji. Tym bardziej polecam obejrzenie filmu do końca. Bo to o koniec w nim chodzi.

W Indonezji trwa teraz publiczna dyskusja porównywalna do polskich kontrowersji po „Pokłosiu”.
Czy film obraża Indonezję?
Czy Oppenheimer zdradził zaufanie ludzi, którzy zgodzili się z nim rozmawiać i zrobił z nich potwory?
Czy może oni SĄ potworami?
W Indonezji mówi się o masakrach, ale przedstawia się jako oddolną reakcje ludzi oburzonych przewrotem komunistów. Wojsko masakry miało jedynie przerwać i, koniec końców, przejąć władzę w państwie na 30 lat. Anwar mówi wprost – permani mordowali, „do spółki” z wojskiem.
Czy Indonezyjczycy powinni zrewidować swoją historię?
Czy najważniejsze osoby w historii państwa były zamieszane w ludobójstwo? Wielu w ogóle nie dopuszcza takiej myśli – nie chce słyszeć o obrazoburczym filmie. Jakby tego było mało – filmie zrobionym przez Amerykanina! Co?! Amerykanie, którzy najbardziej skorzystali z Indonezyjskiego „kursu w prawo” nie mają dziś prawa osądzać Indonezji! Wielu w końcu zastanawia się czy pokazywanie filmu na świecie nie wpłynie na obraz Indonezyjczyków wśród turystów?
Każdy z artykułów o filmie wywołuje dyskusję, a gazety piszą o nim niemal codziennie.
Niezależnie od tego co dyskusja da – film trzeba zobaczyć. Oskary już za chwilę: może debata będzie jeszcze głośniejsza.

Łukasz Bonczol – Zrozumieć Indonezję
The Act of Killing



Hall of Fame

Luty 15th, 2014

Najwyższy czas na podsumowanie pierwszej części naszego wyjazdu: części podróżniczej, w trakcie której przemierzyliśmy blisko 7000 kilometrów odwiedzając 5 państw. Podsumowanie będzie jednak dość nietypowe, opiszemy bowiem tylko jeden, ale najważniejszy element naszej podróży. Naszych przyjaciół, których poznaliśmy w jej trakcie.

Ania i Michał
czyli nasza rodzima para celebrytów ( więcej dowiecie się z onetu! ), z których gościny korzystaliśmy w Szanghaju. To oni wprowadzali nas w kulinarny świat Państwa Środka, to oni przedstawiali nam Chiny, o których wcześniej tylko czytaliśmy i wyjaśniali przeróżne kulturowe różnice, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Dzięki nim skok na głęboką wodę, jakim były pierwsze dni w Chinach nie był niczym strasznym!

Agata
która – zupełnie niespodziewanie – udostępniła nam swoje szanghajskie mieszkanie podczas swojej nieobecności. Było to dla nas bardzo miłe zaskoczenie i kolejny dowód na to, że można, a czasem nawet warto ufać ludziom. To z Agatą przeżyliśmy też najbardziej szaloną przygodę, jaka spotkała nas w pierwszych tygodniach podróży: nie każdą noc spędzamy wszak łapiąc bezpańskie koty na chińskich blokowiskach, niezbyt często wozimy je też taksówką od weterynarza do weterynarza… Jedno jest jednak pewne – takie atrakcje sprawiają, że nieznajomi jakby nie było ludzie, bardzo szybko mogą się zaprzyjaźnić.

Paulina i jej mąż
którzy zaprosili nas do swojego hotelu w małym, 600-tysięcznym miasteczku pod Wuhanem.

Tej przygody z braku czasu również szczegółowo nie opisaliśmy. Paulina poznała Adę kilka lat temu podczas swojej wizyty w Polsce i zostawiła jej swój adres z nadzieją, że kiedyś, w odległej przyszłości, kiedy Ada będzie w Chinach, będzie mogła ją odwiedzić. Okazja nadarzyła się zaskakująco szybko! Jadąc do Yinmeng nie spodziewaliśmy się, że „rodzinny hotel” okaże się najwyższym wieżowcem w mieście i że ugoszczeni zostaniemy iście po królewsku: kolacją z kilkunastu dań i własnym apartamentem hotelowym. Nie spodziewaliśmy się też, że na dworzec w innym mieście zawiezieni zostaniemy limuzyną. Mamy nadzieję, że będziemy mieli okazję się zrewanżować 🙂

Gavin, Stone, Lesley, Doreen, Flora, Cannon i wszyscy inni, których poznaliśmy w Oral English College

Kilkanaście dni, które spędziliśmy w Yangshuo były naprawdę wyjątkowe. Po raz pierwszy mieliśmy okazję sprawdzić się jako nauczyciele angielskiego za granicą, a dzięki fantastycznej atmosferze doświadczenie to było zupełnie bezstresowe i dawało mnóstwo satysfakcji. Zarówno inni nauczyciele jak i wszyscy uczniowie stanowili zgraną paczkę – każda lekcja, każdy wspólny obiad i każde wyjście na miasto było przygodą. Żałowaliśmy, że w tej bajkowej krainie (pamiętacie te malownicze górki i wijącą się między nimi rzekę?) nie mogliśmy zostać dłużej. Niestety – wygasająca wiza zmusiła nas do wyruszenia w kierunku Hong Kongu.

Evan
którego również poznaliśmy w Yangshuo zasłużył sobie na oddzielny rozdział w naszym pamiętniku.

Już opuszczając szkołę czuliśmy, że bardzo fajnie byłoby spotkać się ponownie. I tak też się stało. Parę tygodni później włóczyliśmy się razem po Kambodży, niedługo potem znowu spotkaliśmy się w Tajlandii i razem wyjechaliśmy do Malezji. Zakręcony na punkcie baseballa Nowojorczyk razem z nami odkrywał Azję, a przy okazji pomagał zrozumieć swoją ojczyznę. I tak – strasznie mu zazdroszczę, że był na ostatnim meczu Wayne’a Gretzkyego! Evan po kilku miesiącach w Azji poleciał do Maroko ze swoim przyjacielem Garrym, o którym za chwilę, a teraz zwiedza Hiszpanię. A nasze opowieści o Polsce tak bardzo mu się spodobały, że postanowił skrócić tydzień, który zaplanował na Pragę na końcu swojej podróży i odwiedzić jeszcze Kraków i Oświęcim.

Garry
alias Monkey Man!

Przyjaciel Evana, który wychowywał się na Brooklynie. Garry wspina się na skałkach, jest otwarty, szczery, zawsze uśmiechnięty i niemal automatycznie podrywa każdą dziewczynę z którą rozmawia. Ot – typowy Amerykanin. Ale Chiny to jego drugi dom: spędza tam rokrocznie kilka miesięcy, przy okazji zwiedzając wszystkie okoliczne kraje i… tamtejsze skały. Do tego ma niesamowity talent do nauki języków, więc oprócz chińskiego stara się opanować wietnamski i kambodżański. A jakby tego było mało: na nazwisko ma tak, jak jedna z przygód Jamesa Bonda!

Kenneth i Ben
Kenneth był naszym CouchSurfingowym hostem w Hong Kongu, a Australijczyk Ben był innym jego gościem, który okupował jego kanapę w tym samym czasie, co my. Wspólnie przegadaliśmy kilka wieczorów, dzięki czemu łatwiej nam przyszło zrozumienie tego fascynującego państwa-miasta. Kenneth pokazał nam niezwykłe okolice, które pamięta ze swojego dzieciństwa i zabrał na plażę. A w sobotni wieczór udaliśmy się wszyscy na spotkanie CouchSurferów, gdzie poznaliśmy jeszcze więcej ciekawych osób.

Terrence
czyli nasz kolejny host, tym razem w Bangkoku. Z wielkim zapałem wprowadzał nas w świat tajskiej kuchni – dacie wiarę, że od 3 lat codziennie jada na mieście tworząc interaktywny przewodnik po restauracjach, knajpach i knajpkach stolicy Tajlandii? Gościliśmy u niego dwa razy i… mamy nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy!

Zosia i Jacek
Sytuacja jak z filmu – na tajskiej wyspie Ko Chang zatrzymujemy dzieloną taksówkę, a tam siedzi para Polaków, która na powitanie mówi nam: my się chyba znamy! I faktycznie – szybko się okazało, że poznaliśmy się już gdzieś kiedyś w Warszawie, a na dodatek Ada studiuje z Zosią na tej samej uczelni i ma mnóstwo wspólnych znajomych.

Razem spędziliśmy blisko 2 tygodnie – to w Tajlandii, to w Kambodży. A ploteczki o znajomych gdzieś na drugim końcu świata to fantastyczna sprawa!

Luis, Renato, Marcus i cała brazylijsko-szwedzko-szkocko-grecka ekipa z Siem Reap
Ada lubi organizować, więc zorganizowała świetny dzień dla 10 osób. Żeby zaoszczędzić, a zarazem ciekawiej spędzić czas wynajęliśmy busik i razem jeździliśmy cały dzień po ruinach Angkoru. Oprócz tego spędziliśmy kilka wieczorów wymieniając się doświadczeniami i wrażeniami z dotychczasowych podróży.

Patrycja i Kuba
Kolejna para Polaków poznanych na szlaku, również w Tajlandii. Spotkaliśmy się w trakcie jednodniowej wycieczki i wspólnie spędziliśmy kilka dni narzekając na komercjalizację tego egzotycznego kraju. Mimo tego, że nasi nowi znajomi mieszkają we Wrocławiu i zajmują się czymś zupełnie innym, niż my, to mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów.

Michelle i Piotrek
czyli ci, dzięki (albo przez) których trafiliśmy do Dżakarty.

Piotrek jest Polakiem urodzonym w Indonezji i tu spędził pół życia, a Michelle to jego dziewczyna, która pochodzi z Ameryki, ale zawsze podkreśla, że jej dziadek był Polakiem. Mieszkają w centrum Dżakarty i ich mieszkanie było naszym domem zanim znaleźliśmy i wynajęliśmy swoje własne. Piotrek to stary znajomy Łukasza i to on wpadł na całkiem ciekawy w swoich skutkach pomysł skontaktowania go z indonezyjską firmą start-upową, która tworzy gry na komórki. A żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, dodamy, że pierwszy raz spotkaliśmy się na Penang. Wspólnie poznawaliśmy tam malezyjską kuchnie i sztukę uliczną, ale przede wszystkim rozkoszowaliśmy się eklektyczną i przepyszną kuchnią George Town, która słynie na całą Azję.

Julius
filmowiec z Medanu, z którym spotkaliśmy się już pierwszego dnia po przyjeździe do Kuala Lumpur.

Był tam w krótkiej delegacji, którą postanowił nieznacznie przedłużyć, żeby zobaczyć miasto i spędzić Sylwestra. Nauczył nas bardzo dużo o miejscu, w którym spędzimy najbliższe kilka miesięcy, a my… opowiadaliśmy mu o Polańskim, Kieślowskim i Holland! Razem spędziliśmy Sylwestra ucząc się bahasa i polskiego.

Leonard
Niby łowca głów (dosłownie! pochodzi z plemienia Dajaków z Borneo), ale muchy by nie skrzywdził! Fantastyczny gospodarz, który każdego dnia pokazywał nam jak wygląda życie w Kuala Lumpur. Zwłaszcza: życie nocne! Karaoke z nim to kolejny z tych momentów, które z pamięci nie dadzą się wymazać (choćby bardzo się chciało 😉 Leonard jest zdecydowanie najbardziej szalonym CouchSurferem, jakiego dotąd spotkaliśmy. Przez jego kanapę, a raczej materac na podłodze, przewijają się dziesiątki gości, czasami w tym samym czasie! Leonard jest niebywale gościnny i pomocny. Mam nadzieję, że podczas swoich podróży spotyka się z tak samo gorącym przyjęciem, bo jeżeli nie, to przestanę wierzyć w Karmę.

20-DSC_4694
Ala
Przesympatyczny Jemeńczyk, współlokator Leonarda, na którego pomoc zawsze mogliśmy liczyć. Jego opowieści o Jemenie sprawiły, że znów zatęskniliśmy za bliskim wschodem.


Jessie

Chinka z Szanghaju, dla której praca w Kuala Lumpur to nic innego jak pierwszy krok w wielki świat. Zafascynowana zachodnią kulturą, inteligentna i supersympatyczna gościła nas w swoim mieszkanku z niebywałym widokiem i… fantastycznym basenem na dachu! Razem robiliśmy rajdy się po knajpach zwiedzając wszystkie miejsca, w których panie mogą częstować się alkoholem za darmo.

Kyuhee

Szalona Koreanka, dla której KL jest nowym domem na czas studiów. Wspólnie z Jessie i Adą degustowały sangrie i drinki wszędzie tam, gdzie dostawały je za darmo 😉 Opowiadała nam o Korei zajadając gołąbki zrobione przez Adę i raczyła nas swoim australijskim akcentem wyćwiczonym podczas roku spędzonego w Sydney.

Apel i jej rodzina

Nasza szefowa i gospodyni, u której gościliśmy pod koniec naszej podróży. To ona dała nam możliwość pracy w malezyjskim biurze podróży, codziennie zabierała nas na wyjątkowy obiad, a wieczorami zapraszała do rodzinnego domu. To dzięki niej poznaliśmy prawdziwą, wielokulturową Malezję.

Powyższa lista oczywiście nie jest kompletna. Spędzaliśmy czas z wieloma innymi osobami – każdy hostel, każda impreza to dziesiątki przesympatycznych ludzi, którzy w większy lub mniejszy sposób ułatwiali nam podróż. Pomagało nam również wielu nieznajomych, których imion nigdy nie poznaliśmy. Tu musimy wspomnnieć przesympatycznego pana o głosie Mistrza Yody, który podrzucił nas z Butterworth do autostrady – to postać, z którą spędziliśmy raptem 15 minut, a mimo tego na pewno do końca życia nie zapomnimy, jak pomocni potrafią być ludzie. Nie dość, że podjął się zawiezienia nas na autostradę, chociaż wcale nie wybierał się w tym kierunku, to na pożegnanie dopytywał kilka razy, czy na pewno mamy pieniądze, bo jeżeli nie, to on może nam trochę dać, no bo jak to tak podrózować bez pieniędzy?

To właśnie oni – wymienieni wyżej, lecz także ci „bezimienni” – sprawili, że nasza podróż była udana. Dziękujemy i… do zobaczenia!