Archiwum z Styczeń, 2014

Wielki Durian

Styczeń 31st, 2014

Singapur to bez wątpienia najczystsze, najsterylniejsze, najlepiej zorganizowane i najbardziej europejskie miasto Azji. W konkursie o miano tego najbrzydszego i najbrudniejszego konkurencja jest spora. W ścisłej czołówce na pewno jest Bangkok, ale i Phnom Pehn bardzo się stara. W zupełnie osobnej konkurencji startują wszystkie miasta Chin. Tam może śmieci na ulicach trudno uświadczyć, ale otaczająca szarość betonu i nieotynkowanych pustaków zlewa się z burym, brudnym od smogu niebem.
Zaniedbane miasta w Azji to nic nadzwyczajnego. Ale „kto był, ten wie” że absolutnym liderem w tych zawodach jest Dżakarta, nazywana pieszczotliwie „wielkim durianem”. Skoro Nowy Jork został ochrzczony „wielkim jabłkiem” – owoc jest ładny, okrągły, błyszczący i słodki, to Dżakarta śmierdzi tak, że strach podejść, ma nieregularny kształt „ozdobiony” kolcowatymi wypustkami, a w smaku przypomina skrzyżowanie zepsutej śmietany z cebulą. Brzmi zachęcająco, prawda?

Tutaj też się znaleźliśmy. Na większości blogów podróżniczych w tym momencie następuje zdanie: „ale w Dżakarcie nie ma nic ciekawego do zobaczenia, poza tym po mieście trudno się poruszać. Żeby nie marnować czasu złapaliśmy najbliższy samolot do Yogyakarty i z ulgą opuściliśmy miasto po niecałych 24 godzinach.”

Ale nie u nas! My w tej paskudnej Dżakarcie zostaniemy na dłużej – dużo dłużej. Już podczas naszej azjatyckiej podróży Łukasz dostał potwierdzenie chęci zatrudnienia go z małej, dopiero startującej firmy zajmującej się grami komputerowymi ze stolicy Indonezji. „Ahoj przygodo!”, pomyśleliśmy. Łukasz podpisał papiery i zaczęliśmy mocno modyfikować plan naszej podróży.

Przez ostatnich kilka miesięcy wszystkim napotkanym podróżnikom zadawaliśmy te same pytania: czy byli już w Dżakarcie? Oraz: jeżeli tak, to jak tam jest? Odpowiedzi nie napawały nas optymizmem. Wszyscy, jak jeden mąż, mówili że jest brzydko, brudno i okropnie. Czy potwierdzamy ich opinie? Cóż, niestety tak.

Dżakarta na pewno jest okropnym miejscem dla podróżników. Jest ogromna, zakorkowana, niezbyt atrakcyjna i zupełnie nieciekawa. Na szczęście jako mieszkaniec zwraca się uwagę również na inne aspekty. Czy te „inne” rzeczy przeważą nad korkami, zanieczyszczeniem środowiska i ogólną szarością? Na pewno damy Wam znać. A dziś, na dobry początek, opowiemy trochę o kwestiach, które w Dżakarcie nas najbardziej zaciekawiły.

Korki – cóż za niespodzianka!
Jeżeli kiedykolwiek narzekałeś na korki albo kiepską organizację ruchu w Warszawie lub jakimkolwiek innym polskim mieście, natychmiast przeproś! Polska powinna słynąć z płynności ruchu, zwłaszcza w porannym i popołudniowym szczycie! To, co dzieje się tutaj, to dopiero koszmar…

Korki są ZAWSZE. Nie ma czegoś takiego jak „pusta droga”. Problem nie dotyczy poszczególnych, głównych ulic, ale całych dzielnic. Nie zdziw się, jeżeli kiedyś utkniesz w korku wracając z pobliskiego warzywniaka! Kierowcy są już na nie mentalnie przygotowani. Jeżeli tylko coś się dzieje na drodze i prędkość jazdy zaczyna spadać wszyscy panicznie pchają się jak najbardziej przed siebie, żeby ujechać chociaż te kilkadziesiąt metrów dalej. Bo jak już przestanie się jechać to pokonanie kilkudziesięciu metrów może czasami zająć nawet kilka godzin! Efekt jest jednak taki, że wszyscy jeżdżą po trawnikach, wpychają się „na żyletki”, zastawiają sobie drogę. Na trzypasmowej drodze jedzie równolegle zazwyczaj 5 samochodów, do tego jeszcze jeden zawsze szerokim poboczem i niezliczone ilości poszukujących byle jakiej dziury skuterków. W Kuala Lumpur widzieliśmy autobus reklamujący swoje usługi wielkim hasłem „Jadąc autobusem jesteś 38 razy bezpieczniejszy, niż pędząc własnym skuterem”. O bezpieczeństwie na tych szalonych drogach napiszemy jeszcze na pewno nie raz, ale uwierzcie, że nie jest to temat przyjemny ani dobrze nastrajający…

Brak chodników
Co to dużo mówić – w zdecydowanej większości miejsc chodników po prostu nie ma. Droga, krawężnik, trawnik bądź… płot. Fajnie, jeżeli za pasem zieleni (czytaj: błota z kamieniami) jest parking wzdłuż drogi, bo wtedy zawsze przyjemniej iść parkingiem niż… szosą. I tak na przykład Łukasz idąc do swojej pracy codziennie rano i wracając po południu pokonuje kilkaset metrów skrajnym pasem ruchliwej drogi mijany przez szalonych motocyklistów. Zdarza się też raz, że tę drogę zalało (czytaj więcej w punkcie powodzie).

Takie buty, proszę państwa. O kwestii bezpieczeństwa takiego przemieszczania się chyba nigdy nie będziemy pisać, bo aż strach. Wniosek? Lepiej wziąć taksówkę i utknąć w (patrz: korki).

Punkty kulminacyjne, czyli centra handlowe
Dżakarta to zwarta tkanka miejska. Trudno odróżnić dzielnice i osiedla (oprócz tych jednoznacznie ogrodzonych wysokim murem z drutem kolczastym). Oczywiście fatalnie wpływa to na możliwość samodzielnego (czyli: bez taksówki) poruszania się po mieście. Potrzeby ludzkie pozostają jednak niezmienne nawet w tak nieuporządkowanej metropolii. Ludzie chcieliby mieć miejsce, w którym można się spotkać, wyjść w niedzielę z rodziną albo w piątek wieczorem z przyjaciółmi. Skoro jednak nie było nikogo, kto pomyślałby o tym planując miasto potrzeby te postanowił zaspokoić dziki kapitalizm. Przedsiębiorcy postanowili dać mieszkańcom mnóstwo ciekawej, czystej i klimatyzowanej przestrzeni. Pod jednym malutkim warunkiem: najbliższe zakupy zrobią właśnie w ich sklepie.
Jak grzyby po deszczu zaczęły więc wyrastać w Dżakarcie centra handlowe. Dziś są w mieście dokładnie 173, na tyle dużo, że nowy, bardzo lubiany gubernator miasta ogłosił niedawno, że nie wyda już żadnego pozwolenia na budowę kolejnych! Różnią się od siebie czasami diametralnie – niektóre są małe, osiedlowe, ale są też gigantyczne, do których przyjeżdżają ludzie z całego miasta. Są super ekskluzywne, ze sklepami Louis Vuitton i Gucci oraz odpowiedniki warszawskich Kupieckich Domów Towarowych. Są duże sklepy (np. Carrefour, Giant, Hypermart) z kilkoma pawilonami dla drobnych sprzedawców i ogromnym parkingiem oraz (prawdopodobnie hit) Central Park – gigantyczne centrum handlowe, w którym znajduje się najprawdziwszy na świecie zielony park na świeży powietrzu, prawdopodobnie jedyny w tym mieście. Galerie handlowe stały się czymś więcej, niż sposobem spędzania wolnego czasu. Zaczęły organizować cały czas mieszkańców. Do tego stopnia, że ludzie zaczęli w nich… mieszkać.

Adres: mall
Od jakiegoś czasu się zastanawiałam, jak ja Wam to powiem. Ale owszem, to prawda. Mieszkamy w centrum handlowym. Co gorsza: w centrum handlowym, które wygląda jak zamek. Nazywa się Mall of Indonesia (warto zwrócić uwagę na imperialistyczne pomysły również innych właścicieli: byliśmy już również w Grand Indonesia i Plaza of Indonesia!) i ma kształt prostokąta. Wszystkie 4 ściany to kompleksy apartamentowców. Wewnątrz znajduje się droga w kształcie mniejszego prostokąta, a w samym środku, jako wisienka na torcie, prostokątne centrum handlowe.
Pomysł wydaje się nawet sensowny, gdyby spojrzeć na niego od drugiej strony. Tak, jak byśmy mieszkali ot tak, na zwykłym strzeżonym osiedlu. Na którym czujemy się o niebo bezpieczniej, niż poza nim. Możemy na przykład wysiąść spokojnie z taksówki i zabrać się za wypakowani bagażnika bez obawy, że korzystając z chwili naszej nieuwagi kierowca odjedzie hen hen daleko z bagażnikiem pełnym ciekawych, europejskich rzeczy. (Podróżując po Azji zawsze pamiętaliśmy, żeby robić odwrotnie: jedna osoba wysiada i wypakowuje bagażnik, dopiero potem druga. Trudniej byłoby opchnąć złodziejowi dwa wartościowe plecaki i Adę, niż tylko nasze rzeczy. Samotni podróżnicy powinni zawsze upierać się przy ułożenia bagażu w środku, koło siebie.)
W tym szalonym mieście bardzo cenioną cechą osiedli jest bliskość do centrum handlowego, czyli okna na świat – tam chodzi się po podstawowe zakupy, do kina, do księgarni, do dentysty i na siłownię oraz odprowadza dziecko do przedszkola. Więc nasze osiedle jest po prostu usytuowane bardzo blisko centrum handlowego. Tak blisko, że jest… dookoła niego. Ale to jeszcze nic! Każdy może mieszkać obok centrum handlowego, ale pomyśleliście kiedyś, żeby mieszkać… na nim?

Adres: wejdź do środka i wjedź na górę
To jest dopiero czad! Widzieliśmy już kilka takich osiedli, więc nie jest to żaden innowacyjny pomysł. Skoro deweloper kupuje już hektary ziemi pod wielką inwestycję nie chciałby marnować metrów. A dachy centrów handlowych to nic innego, jak zmarnowane miejsce! Nas najbardziej zdumiał pusty dach kandydującego do miana największego centrum handlowego na świecie w Dubaju usytuowanego u podnóży Burj Khalifa – przecież to perfekcyjne miejsce na osiedle wypasionych willi! Te dżakarckie osiedla mają charakter londyńskich przedmieść.

Każdy szeregowy domek ma swój garaż (!!!), ogródek, mieszkańcy mogą korzystać ze wspólnego basenu i kortu do tenisa. Czego więcej chcieć? Zapraszając znajomych wystarczy powiedzieć: przyjedź do centrum handlowego i wjedź na samą górę! Pomimo hurra-optymistycznego tonu mojej wypowiedzi jesteśmy bardzo skonfudowani pomysłem mieszkania na dachu centrum handlowego. Chyba potrzebujemy więcej czasu żeby się przyzwyczaić do takich szalonych pomysłów.

Powodzie
A pomiędzy osiedlami zorganizowanymi wokół centrów handlowych roztacza się dzika tkanka niezbyt zamożnego miasta. Narazie te części Dżakarty udało nam się podejrzeć jedynie przez okna taksówki. Mieszkanie na zamkniętym osiedlu, w obrębie którego znajduje się wszystko, czego potrzeba do życia niestety nie skłania do wycieczek. Szczególnie jeżeli zaraz za bramą czeka nas spacer poboczem ruchliwej drogi. Dowiedzieliśmy się jednak, że dużym problemem miasta są powodzie. Pierwszy ich powód to silne deszcze, które nawiedzają miasto przez… prawie pół roku. Drugi to niesubordynacja i brak zmysłu przewidywania przyszłości. Nasi znajomi narzekają, że gdyby ludzie nie wyrzucali ogromnych ilości śmieci wprost na ulicę oraz pamiętali o regularnym czyszczeniu kanałów to biedniejsze dzielnice nie znajdowałyby się na całe tygodnie pod wodą.

Mamy ogromne szczęście, bo odkąd tu przyjechaliśmy nie było jeszcze tych osławionych „heavy rains”, ale kilka razy już przedzieraliśmy się taksówką przez zalane ulice, a Łukasz nawet raz taką ulicą szedł do pracy.

Postkolonialne ciągoty
Jawa, podobnie jak cała Indonezja, przez kilkaset lat była kolonią holenderską. Do dziś przysłowiowy białas cieszy się zupełnie nieuzasadnionym autorytetem. Nie ukrywam, że trochę nas to deprymuje.
Wchodząc do centrum handlowego ochroniarz sprawdza torebki wszystkich oprócz nas, odprawiając nas tylko miłym uśmiechem. Kasjer, któremu zupełnie niespodziewanie popsuła się kasa podczas obsługiwania nas zdenerwował się na tyle tą sytuacją, że trzęsły mu się ręce – bo przy białasach nie wolno się mylić!
Przy wejściu do supermarketu ochroniarz, który dokładnie sprawdza i foliuje towary z innych sklepów, które klienci wnoszą do środka nas nieśmiało zapytał czy może nakleić kawałek taśmy samoprzylepnej na naszą jednorazową reklamówkę i to tylko dlatego, że sami do niego podeszliśmy zgłosić nasze zakupy. Gdybyśmy po prostu go minęli, jestem pewna, że w życiu nie śmiałby nas zatrzymać. No i wreszcie nieśmiertelna forma „panienko”, którą słyszę na końcu każdego zdania skierowanego w moim kierunku… Pierwsze co zrobiłam pierwszego dnia w pracy (tak, mam już pracę!) to kategorycznie zabroniłam wszystkim koleżankom, zazwyczaj starszym ode mnie, zwracać się do mnie „miss” oraz „lady”!

Taxi, please!
A na koniec zostawiłam dla Was najlepszą ciekawostkę. To szalone miasto, w którym jesteśmy jeszcze 3 lata temu nie miało żadnego (ŻADNEGO!) transportu publicznego! W 2011 roku została otwarta podstawowa sieć metrobusów, czyli autobusów, które jeżdżą wydzielonymi pasami ulicy, na które żaden inny pojazd nie ma wstępu. Znamy te pasy doskonale, bo nie raz już jechaliśmy po nich taksówką! System więc nie do końca się sprawdza, w związku z czym metrobusy nadal stoją w korkach i nie przekonują do siebie mieszkańców. Żeby poruszać się po tej betonowej dżungli zamieszkanej przez 23 mln ludzi trzeba więc mieć własne auto, skuter (pomysł dla odważnych, a raczej szalonych!) albo, jak robią wszyscy, wziąć taksówkę. I potem stoi się godzinami w niebywałych korkach, gdzie nie działa nawet Internet w telefonie, bo wszyscy wokół próbują z nudów wbić się chociaż na chwilę na Facebooka. To będzie ciekawe kilka miesięcy! Trzymajcie za nas kciuki!

Ucz się Bahasa Indonesia z Adą
człowiek – orang
ludzie – orang orang
jajko – telur
dziękuję bardzo – Terimah kasi banyak!



Miasto Lwa

Styczeń 26th, 2014

Singapur to miasto, które wymienia się jednym tchem obok Szanghaju i Hong Kongu. Miasto-państwo, które, tak jak dwie pozostałe metropolie było niegdyś kolonią brytyjską, a dziś stanowi centrum światowego handlu. Chociaż leży daleko na południu (2500km od Hong Kongu, 4000km od Szanghaju) również jest państwem „chińskim”: prawie 75% mieszkańców ma chińskie korzenie.

Biurowce na Marina Bay.

Biurowce na Marina Bay.

 

Właśnie ten czynnik zadecydował o tym, że dawna brytyjska kolonia zdecydowała się na niepodległość. Początkowo, po ogłoszeniu niepodległości przez Malezję Singapur również ogłosił niezależność od Wielkiej Brytanii i przystąpił do nowej Federacji. Niestety – szybko okazało się, że stanowiący mniejszość w swoim państwie Malajczycy nie mają zamiaru przyznawać równych praw mniejszościom narodowym. Singapur wystąpił więc z Malezji i od 1965 roku stanowi niepodległe państwo.

Skąd jednak Chińczycy w Singapurze? By to wyjaśnić trzeba cofnąć się jeszcze o 200 lat. W 1819 roku brytyjski polityk Stamford Raffles dogadał się w Malakce z Sułtanem Johoru w sprawie utworzenia przystani handlowej w małej rybackiej wiosce Singapura (czyli Miasto Lwa) – ta liczyła wówczas około 1000 mieszkańców, w tym około 20 Chińczyków. Pieć lat później zawarto kolejną umowę: całe miasteczko stało się własnością Imperium Brytyjskiego. Nowe władze od początku postawiły na handel: kupcy przybywający do miasta zostali całkowicie zwolnieni z podatków. Nic dziwnego, że miasto szybko rozkwitło – 30 lat później Singapur był już 80 tysięcznym miastem, w którym kupcy z Chin stanowili ponad połowę populacji…

Sir Raffles, który sprawił, że wioska rybacka zmieniła się w mocarstwo.

Sir Raffles, który sprawił, że wioska rybacka zmieniła się w mocarstwo.

 

Tyle o historii – dużo bardziej od niej państwo fascynuje teraźniejszością.

Singapur jest republiką bardzo nietypową.
Nie obowiązuje w nim wolność słowa. W Singapurze cenzuruje się internet, stosuje karę śmierci i chłostę (na przykład – za wandalizm: w 2004 obywatel Szwajcarii został skazany na 5 miesięcy więzienia i chłostę za wymalowanie sprayem pociągu metra). Singapur nie podpisał żadnych konwencji zakazującej tortur, a publiczne zgromadzenia (za takie uważa się spotkanie powyżej 5 osób!) dozwolone są tylko w jednym miejscu w mieście.
Z drugiej strony – Singapur jest krajem mlekiem i miodem płynącym. Pod każdym względem. Najlepsza na świecie służba zdrowia (czwarta najdłuższa na świecie oczekiwana długość życia obywateli: 80 dla mężczyzn i 85 dla kobiet; najniższy na świecie odsetek umieralności niemowląt), zupełny brak korupcji, ponad jeden telefon komórkowy na każdego obywatela, ale jeden samochód na obywateli… dziesięciu (to oczywiście celowo, by zmniejszyć korki i wymusić korzystanie z rewelacyjnie zaplanowanej komunikacji zbiorowej, w tym 153 kilometrów linni metra). Co jeszcze? Teatry, kasyna, coroczny uliczny wyścig Formuły 1. Nowoczesne wieżowce, ale i sporo miejsc zielonych. Wszystko to czyste i pachnące.

Dla turystów najważniejsza informacja o Singapurze jest jednak bardzo prosta: Singapur jest bardzo, bardzo drogi. Tak drogi, jak Norwegia czy Szwajcaria dlatego spędziliśmy tam tylko dwie noce (cudem udało nam się dorwać bardzo tani hotel, Fragrance Hotel Oasis, za 33 dolary czyli nieco ponad 100 zł za noc – normalna cena jest 3 razy wyższa!). Mimo to – było warto!

Chociaż na wstępie wspomnieliśmy o Hong Kongu i Szanghaju – tak na prawdę Singapur jest zupełnie inny. Dużo spokojniejszy, mniej zatłoczony. Mniej żywy. Nasze opinie o mieście nieco się różnią: Ada stwierdziła wprost, że miasto jest… nudne. Łukasz „nudę” stara się tłumaczyć przyjaznością miasta dla mieszkańców – intensywność Hong Kongu rozciągnięta jest tu na dużo większym obszarze. Centrum miasta nie da się obejść w pół godzinki, dlatego zwiedzanie go faktycznie momentami może nużyć. Brakuje też tego, co pokochaliśmy w Szanghaju i co towarzyszyło nam podczas całej podróży – jedzenia ulicznego. Na pięknych, pozamiatanych ulicach nie ma miejsca na takie ekscesy jak wózki z przekąskami. Tu kawę i przekąski kupuje się w Starbucksie (niespodzianka: drogo jak na Azję, ale w podobnej cenie co w Warszawie). Z fantastyczną kuchnią zapoznać się można na licznych Food Courtach – jadalniach pełnych małych restauracji, takich jak w Polsce znaleźć możemy w centrach handlowych.

Chociaż stara, kolonialna część Singapuru jest urocza – bardziej przypomina Londyn niż jakąkolwiek azjatycką metropolię. Zdania na ten temat również mieliśmy podzielone.
Singapur wciąż się rozwija. Nasz przewodnik i mapy wydrukowane w 2011 ni słowem nie wspominają, o najnowszych atrakcjach – niesamowitym hotelu Marina Bay Sands i Ogrodach w Zatoce. Zwłaszcza te ostatnie przypadły nam do gustu – wieczorne pokazy prezentują widoki jak z innej planety i innego czasu.

Singapur fascynuje ale i przeraża niebezpiecznie zbliżając się do wizji miasta z roku 1984. To miasto nakazów, zakazów i upomnień. Miasto-państwo, w którym rządzący komunikują się z obywatelami w bardzo prosty i wyraźny sposób informując na co ci mogą sobie pozwolić, a na co nie.
To co w Europie nazywamy Kampaniami Społecznymi tu weszło na zupełnie nowy poziom. Władze doradzają, by nie brać pożyczek od mafii i nie należy jeść tradycyjnych zup z płetwy rekina. Ostrzegają pokazując jakie kary obowiązują, za jedzenie i picie w metrze. W hinduistycznej świątyni dziękują „mniejszościom narodowym” za wkład w budowę miasta, ale i ostrzega, że wszyscy biorący udział w zamieszkach czy protestach zostaną przykładnie ukarani… Jadąc metrem często razy słyszy się komunikat z prośbą o kontakt z ochroną w przypadku zauważenia „podejrzanych osób, zwierząt lub przedmiotów”. Adę jednak najbardziej irytował komunikat, by uważać na dziurę miedzy wagonikiem metra, a peronem. Chociaż dziura miała co najwyżej 5 cm szerokości – komunikat nadawany był na każdej stacji…

Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."

Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."

 

Z ciekawostek: udało nam się odwiedzić Marymont!

Dzielnica o swojskiej nazwie Marymount nie była może najpiękniejszą w mieście, ale cieszymy się, że dane było nam zobaczyć trochę swojskich klimatów na drugim końcu świata.

Nocny pociąg z Kuala Lumpur do SingapuruNocny pociąg z Kuala Lumpur do Singapuru

Nocny pociąg z Kuala Lumpur do Singapuru

Ada na swojej koi.Ada na swojej koi.

Ada na swojej koi.

Singapurskie śniadanie: bułeczka z serem i kawa z torebki.Singapurskie śniadanie: bułeczka z serem i kawa z torebki.

Singapurskie śniadanie: bułeczka z serem i kawa z torebki.

 
Poranek na Marina Bay z Marina Bay Sands w tle.Poranek na Marina Bay z Marina Bay Sands w tle.

Poranek na Marina Bay z Marina Bay Sands w tle.

Biurowce na Marina Bay.Biurowce na Marina Bay.

Biurowce na Marina Bay.

 
Ciekawostka: w Singapurze niemal nigdzie nie ma sieci wifi. Wszyscy mają internet w komórkach. Na szczęście: udało nam się dorwać sięć w Subwayu.Ciekawostka: w Singapurze niemal nigdzie nie ma sieci wifi. Wszyscy mają internet w komórkach. Na szczęście: udało nam się dorwać sięć w Subwayu.

Ciekawostka: w Singapurze niemal nigdzie nie ma sieci wifi. Wszyscy mają internet w komórkach. Na szczęście: udało nam się dorwać sięć w Subwayu.

 
Budynek Fullertona z 1924 roku. Izba handlu, następnie Główna Poczta, a obecnie pięciogwiazdkowy Hotel Fullerton.Budynek Fullertona z 1924 roku. Izba handlu, następnie Główna Poczta, a obecnie pięciogwiazdkowy Hotel Fullerton.

Budynek Fullertona z 1924 roku. Izba handlu, następnie Główna Poczta, a obecnie pięciogwiazdkowy Hotel Fullerton.

Zdjęcie z mostu Esplanade na most Cavenagh. Po obu przebiega tor wyścigowy Grand Prix Singapuru.Zdjęcie z mostu Esplanade na most Cavenagh. Po obu przebiega tor wyścigowy Grand Prix Singapuru.

Zdjęcie z mostu Esplanade na most Cavenagh. Po obu przebiega tor wyścigowy Grand Prix Singapuru.

 
Biurowce na Marina Bay z daleka.Biurowce na Marina Bay z daleka.

Biurowce na Marina Bay z daleka.

Latający spodek?Latający spodek?

Latający spodek?

 
Marina Bay Sands, ArtScience Museum, a na pierwszym planie - dekoracje na chiński nowy rok.Marina Bay Sands, ArtScience Museum, a na pierwszym planie - dekoracje na chiński nowy rok.

Marina Bay Sands, ArtScience Museum, a na pierwszym planie - dekoracje na chiński nowy rok.

 
 
Garden on a Bay, czyli Ogród nad Zatoką.Garden on a Bay, czyli Ogród nad Zatoką.

Garden on a Bay, czyli Ogród nad Zatoką.

 
 
 
Tu także, jak w każdym mieście z chińską społecznością (poza Chinami!) wszędzie widać kapliczki, ołtarzyki, domy dla duchów przodków.Tu także, jak w każdym mieście z chińską społecznością (poza Chinami!) wszędzie widać kapliczki, ołtarzyki, domy dla duchów przodków.

Tu także, jak w każdym mieście z chińską społecznością (poza Chinami!) wszędzie widać kapliczki, ołtarzyki, domy dla duchów przodków.

Chinatown.Chinatown.

Chinatown.

 
Rok Konia coraz bliżej, trzeba kupować okolicznościowe naklejki!Rok Konia coraz bliżej, trzeba kupować okolicznościowe naklejki!

Rok Konia coraz bliżej, trzeba kupować okolicznościowe naklejki!

 
 
 
 
 
 
 
Sir Raffles, który sprawił, że wioska rybacka zmieniła się w mocarstwo.Sir Raffles, który sprawił, że wioska rybacka zmieniła się w mocarstwo.

Sir Raffles, który sprawił, że wioska rybacka zmieniła się w mocarstwo.

 
Ministerstwo Komunikacji.Ministerstwo Komunikacji.

Ministerstwo Komunikacji.

Centralna Straż Pożarna.Centralna Straż Pożarna.

Centralna Straż Pożarna.

 
Srebrny Kościół? Nie, galeria sztuki.Srebrny Kościół? Nie, galeria sztuki.

Srebrny Kościół? Nie, galeria sztuki.

Świątynia w Little India.Świątynia w Little India.

Świątynia w Little India.

 
Ogród nad zatoką po zmroku.Ogród nad zatoką po zmroku.

Ogród nad zatoką po zmroku.

 
 
 
 

a tu: garść „informacji” na które można trafić w mieście.

Nocka w Ibisie: 550 zł.Nocka w Ibisie: 550 zł.

Nocka w Ibisie: 550 zł.

Miejsce chronione, obcym wstęp wzbroniony.Miejsce chronione, obcym wstęp wzbroniony.

Miejsce chronione, obcym wstęp wzbroniony.

Nie pożyczaj od lichwiarzy bo twoje życie zmieni się w piekło.Nie pożyczaj od lichwiarzy bo twoje życie zmieni się w piekło.

Nie pożyczaj od lichwiarzy bo twoje życie zmieni się w piekło.

Najtańsze piwko: 4.40 = 10.50 zł za puszkę 0.33lNajtańsze piwko: 4.40 = 10.50 zł za puszkę 0.33l

Najtańsze piwko: 4.40 = 10.50 zł za puszkę 0.33l

 
Cola 1.5l = 9złCola 1.5l = 9zł

Cola 1.5l = 9zł

Ciekawostka: wstajesz wcześniej, jeździsz metrem za darmo! Wystarczy wyjść z domu przed 7:45, a dojechać do pracy pomiędzy 7:45, a 8:00.Ciekawostka: wstajesz wcześniej, jeździsz metrem za darmo! Wystarczy wyjść z domu przed 7:45, a dojechać do pracy pomiędzy 7:45, a 8:00.

Ciekawostka: wstajesz wcześniej, jeździsz metrem za darmo! Wystarczy wyjść z domu przed 7:45, a dojechać do pracy pomiędzy 7:45, a 8:00.

Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."

Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."

 
Fasolki soi!Fasolki soi!

Fasolki soi!

98% czuje, że ustawianie się w kolejce i schodzenie z drogi wychodzących sprawia, że wszystkim jest szybciej. Czy ty też tak czujesz?98% czuje, że ustawianie się w kolejce i schodzenie z drogi wychodzących sprawia, że wszystkim jest szybciej. Czy ty też tak czujesz?

98% czuje, że ustawianie się w kolejce i schodzenie z drogi wychodzących sprawia, że wszystkim jest szybciej. Czy ty też tak czujesz?

 
Znajdź meble, które pasują do twojego znaku zodiaku!Znajdź meble, które pasują do twojego znaku zodiaku!

Znajdź meble, które pasują do twojego znaku zodiaku!

Bydłu i koniom wstęp na most wzbroniony!Bydłu i koniom wstęp na most wzbroniony!

Bydłu i koniom wstęp na most wzbroniony!

 
Pan Chen skończył z płetwami!Pan Chen skończył z płetwami!

Pan Chen skończył z płetwami!

 

Cóż więc można zrobić w tak porządnym, kulturalnym i czystym miejscu? My poszliśmy na mecz. Singapur to malutkie państwo, nie ma w nim wielu drużyn, więc singapurska drużyna Lions XII gra w gościnnie w rozgrywkach malezyjskich: W zeszłym roku została nawet mistrzem! Mieliśmy więc dużo szczęścia, że w środku tygodnia udało nam się trafić na spotkanie: mecz o Puchar Ligi Malezji z drużyną o wdzięcznej nazwie KL DRB HICOM FC (drugoligowiec z Kuala Lumpur).
Było bardzo fajnie. Na stadionie panowała rodzinna wręcz atmosfera, a najbardziej zagorzali fani nosili koszulki z pięknym hasłem: „We hardcores, not hooligans!”. Mecz, chociaż zakończył się wygraną 3:0 nie stał na specjalnie wysokim poziomie, ale piłkarzom (i kibicom!) udało się zbudować fajną, emocjonującą atmosferę (zwłaszcza, gdy goście strzelili gola na 1:1, którego sędzia na szczęście nie uznał). Lions XII życzymy wszystkiego dobrego, zwłaszcza że strasznie spodobała nam się kolorystyka singapurskich szalików!



Sobota w kuchni i niedziela na wsi

Styczeń 19th, 2014

Weekend minął jak z bicza strzelił. W sobotę Ada pichciła polskie dania dla całej rodziny. Obyło się bez szoku kulturowego: wszystkim smakowało. I krokiety, i barszczyk, i gołąbki, i ciasta wyszły super (chociaż nie obyło się bez przygód: kto mógł przewidzieć, że „sos pomidorowy” z Tesco okaże się tanim keczupem?). W niedzielę – wyjechaliśmy za miasto świętować urodziny nestora rodu.

Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.

Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.

Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.

Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.

 
Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.

Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.

 
 
 
 
Poranne atrakcje w okolicy.Poranne atrakcje w okolicy.

Poranne atrakcje w okolicy.

 
Rodzina WooRodzina Woo

Rodzina Woo

Zupa z małżyZupa z małży

Zupa z małży

 
Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.

Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.

Ada dostała mięsko z policzka!Ada dostała mięsko z policzka!

Ada dostała mięsko z policzka!

 
Rodzinny obiadekRodzinny obiadek

Rodzinny obiadek

 
Prezentacja owoców morza.Prezentacja owoców morza.

Prezentacja owoców morza.

 
Prezentacja owoców morza II.Prezentacja owoców morza II.

Prezentacja owoców morza II.

Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...

Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...

 
WęgorzeWęgorze

Węgorze

 
 
Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...

Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...

 
 
...bo okolica nie poraża uroda....bo okolica nie poraża uroda.

...bo okolica nie poraża uroda.

 
Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).

Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).

Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.

Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.

 
Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.

Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.

A to papajaA to papaja

A to papaja

 
 


Jaskinia Boga Wojny

Styczeń 17th, 2014

Thaipusam (po tamilsku: தைப்பூசம்) to hinduistyczne święto obchodzone podczas pełni księżyca w trakcie tamilskiego miesiąca Thai. W jego trakcie wierni wspominają moment otrzymania włóczni Vel przez boga wojny Murugana.
Dla hinduistycznej społeczności Malezji jest to jedno z najważniejszych świąt – ważnych tak bardzo, że w niektórych stanach uznaje się je za święto publiczne, dzień wolny od pracy. Tak jest w Kuala Lumpur, gdzie tradycyjnie świętuje się w położonych nieopodal miasta jaskiniach Batu.

U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

 

Z obchodzeniem Thaipusam wiąże się kilkanaście różnych zwyczajów, którym mieliśmy dziś okazję przyjrzeć się dokładniej. Powiemy szczerze – hinduizm to wciąż religia, z której zaklasyfikowaniem i zrozumieniem mamy największy problem. Mimo to – próbujemy!

Thaipusam kończy okres postu, umartwiania się – wcześniej przez 48 dni wierni śpią tylko na podłodze, myją się tylko w zimnej wodzie, nie jedzą mięsa i wstrzymują się od pokus cielesnych. W dzień święta – udają się do jaskini niosąc ze sobą mleko, czy to w naczyniach (tzw. Pal Kavadi), czy w specjalnych udekorowanych „nosidłach” (tzw. Vel Kavadi). Te ostatnie (bardziej przypominające ołtarze niż narzędzia) dźwigają na własnych plecach. Vel Kavadi to taka „dużo ostrzejsza” wersja zwykłego noszenia mosiężnego garnuszka. Żeby nie było więc za łatwo – wierni konstruują „nosidła” tak, by były jak największe i jak najcięższe (po kilkadziesiąt kilogramów).

Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

 

Po drugie – często wbijają je we własne ciało specjalnymi haczykami bądź zmyślnie skonstruowanym stelażem. Po trzecie – jakby to było za mało – przekłuwają usta i języki symboliczną włócznią.

Tak przygotowani – ruszają z położonej w mieście świątyni do leżącej 15 kilometrów dalej jaskini Batu. Jaskini, której wejście znajduje się na końcu długich, 272 stopniowych, schodów.
Cała ceremonia upamiętnia boga wojny – nie ma więc tu miejsca dla mięczaków. Umęczeni pielgrzymi nie marudzą, a przed decydującą wspinaczką tańczą z całym osprzętem na plecach…

Tyle odnośnie teologii. Od siebie dodamy, że Thaipusam było tak fascynujące jak wygląda w opisie i na zdjęciach. W okolicach jaskiń spędziliśmy kilka godzin – przez cały czas otaczały nas setki tysięcy pielgrzymów. Tłumy większe niż na znanych nam pielgrzymkach, większe niż na meczach na Euro, większe niż na koncertach. Nie musimy chyba dodawać, że umartwiający się przy pomocy włóczni wierni stanowili dużo ciekawszy obrazek niż pielgrzymi na Jasnej Górze, kibice Małysza czy fani Rolling Stonesów (chociaż ci ostatni też są nie w kij dmuchał). Po raz kolejny zobaczyliśmy w Malezji coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy.

Golenie głów - kolejna z form "umartwiania się".Golenie głów - kolejna z form "umartwiania się".

Golenie głów - kolejna z form "umartwiania się".

Na ogoloną głowę nakłada się coś, co... wygląda dziwnie.Na ogoloną głowę nakłada się coś, co... wygląda dziwnie.

Na ogoloną głowę nakłada się coś, co... wygląda dziwnie.

 
U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

 
Polsko-koreańsko-francuska pielgrzymka do jaskiń Batu.Polsko-koreańsko-francuska pielgrzymka do jaskiń Batu.

Polsko-koreańsko-francuska pielgrzymka do jaskiń Batu.

 
Schody do jaskini. W środku - Kavadi.Schody do jaskini. W środku - Kavadi.

Schody do jaskini. W środku - Kavadi.

 
 
Ada gwiazdą telewizji tamilskiej.Ada gwiazdą telewizji tamilskiej.

Ada gwiazdą telewizji tamilskiej.

Kyuhee też.Kyuhee też.

Kyuhee też.

 
Garnuszki z mlekiem tędy.Garnuszki z mlekiem tędy.

Garnuszki z mlekiem tędy.

 
 
 
 
Tłumek o 9:55.Tłumek o 9:55.

Tłumek o 9:55.

 
 
Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

 
Pawie pióra to nie przypadek: Wierzchowcem Murugana jest paw.Pawie pióra to nie przypadek: Wierzchowcem Murugana jest paw.

Pawie pióra to nie przypadek: Wierzchowcem Murugana jest paw.

 
Tak, to pomarańcze.Tak, to pomarańcze.

Tak, to pomarańcze.

 
 
 
Wchodzimy do jaskini.Wchodzimy do jaskini.

Wchodzimy do jaskini.

 
W jaskini.W jaskini.

W jaskini.

 
 
Taniec Kavadi.Taniec Kavadi.

Taniec Kavadi.

 
 
Haczyki wyciąga się po wcześniejszym posypaniu ich poświęconym popiołem.Haczyki wyciąga się po wcześniejszym posypaniu ich poświęconym popiołem.

Haczyki wyciąga się po wcześniejszym posypaniu ich poświęconym popiołem.

Vel KavadiVel Kavadi

Vel Kavadi

 
Gliniany garnuszek, pomarańcze, włócznia.Gliniany garnuszek, pomarańcze, włócznia.

Gliniany garnuszek, pomarańcze, włócznia.

 
 
 
 
 
 
 
 
Ciasto miesza się tak!Ciasto miesza się tak!

Ciasto miesza się tak!

 
A tatuaże robi tak!A tatuaże robi tak!

A tatuaże robi tak!

 
Ada, jej tatuaż i wagon tylko dla pań.Ada, jej tatuaż i wagon tylko dla pań.

Ada, jej tatuaż i wagon tylko dla pań.