Archiwum z for 2014

Puncak, czyli gdzie Dżakarta wyjeżdża na weekend

Wrzesień 9th, 2014

Puncak (czyt. Punciak), czyli po indonezyjsku „szczyt”, to nazwa okolicy będącej ulubionym miejscem weekendowych wypadów mieszkańców Dżakarty. Niecałe 60 kilometrów na południe od centrum stolicy wznoszą się stożki ogromnych wulkanów Gede (2958 mnpm) i Pangrango (3019mnpm) oraz kilka mniejszych wzniesień – dawnych kraterów. Puncak, wbrew swojej nazwie, nie jest szczytem, a leżącą nieopodal wulkanów, znajdującą się na wysokości ok. 600 metrów przełęczą.

Im wyżej tym temperatura niższa i przyjemniejsza, a powietrze mniej zanieczyszczone. Nic dziwnego, że w okolicy rozwinęła się ogromna infrastruktura turystyczna będąca w stanie „ugościć” dziesiątki tysięcy weekendowych gości.
Nic tylko korzystać!

Niestety – 60 kilometrów od Dżakarty to „blisko” tylko na pozór.
Legendy o problemach z dojazdem do Puncaku słyszeliśmy wiele razy. Prowadzi tam tylko jedna droga, która nawet na codzień stanowi indonezyjską wersję Zakopanki. Wielogodzinne stanie w korkach i brak sensownego połączenia autobusowego pomiędzy Bogor a Puncakiem skutecznie nas odstraszały, dlatego nigdy nie próbowaliśmy wybrać się tam na własną rękę.
W końcu jednak nadarzyła się okazja: Dżakarcka społeczność CouchSurfingowa zorganizowała grupowy wyjazd. W dużej grupie mogliśmy mocno zminimalizować koszty.
Plan był prosty: jednodniowy wyjazd z uwagi na długość przejazdów nie wchodzi w grę, a że noclegi hotelowe na miejscu są bardzo drogie (zwłaszcza w weekend) musimy zebrać jak najwięcej chętnych i wspólnie wynająć dużą willę. Udało się – w trzydziestoosobowej grupie koszt noclegu wyniósł zaledwie 12 zł od osoby (w hotelu byłoby to 10 razy tyle). Dojazd, chociaż tani, łatwy nie był.

Droga z Bogor do Puncak.

Droga z Bogor do Puncak.

 

Z Kelapa Gading na stację kolejową dotarłem w nieco ponad godzinę (taksówką: 17 zł).
50 kilometrów z Dżakarty do Bogor pociąg pokonał w kolejne dwie godziny (2 zł).
Później już z górki: podzieliliśmy się na grupy i wynajęliśmy angkoty, które z Bogor dowiozły nas do Puncaku. Dystans jakichś 20 kilometrów zajął nam kolejne półtorej godziny (2 zł)…
Podsumowując: z domu wyszedłem o 9:00, na miejsce dojechaliśmy grubo po 15:00.

W niedzielny poranek ponownie podzieliliśmy się w podgrupy i angkotami ruszyliśmy w góry (kolejne 45 minut..). Pierwotny plan zakładał atrakcję w postaci lotu na paralotni, ale bezwietrzna pogoda sprawiła, że musieliśmy obejść się smakiem. Po kilku godzinach oczekiwania wybraliśmy się więc na spacer (hucznie nazywany trekkingiem) po okolicznych plantacjach herbaty.

Okolica faktycznie jest przeurocza. Herbata rośnie gdzie okiem sięgnąć, a wijąca się między plantacjami ścieżka co rusz wnika wgłąb dżungli, by po chwili znów wyprowadzić wędrowca między herbaciane krzewy.

Nasza kolumna szybko się rozproszyła, więc z tym większą przyjemnością można było spacerować przez kilkanaście minut nie widząc żywej duszy. Piękne widoki, cisza, zieleń, spokój, temperatura dużo niższa niż w Dżakarcie – warto było się przemęczyć te kilka godzin, żeby tu dotrzeć. I kolejne siedem, by wrócić do Dżakarty…

Droga z Bogor do Puncak.Droga z Bogor do Puncak.

Droga z Bogor do Puncak.

Wieczorna odprawa w willi.Wieczorna odprawa w willi.

Wieczorna odprawa w willi.

 
Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)

Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)

Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.

Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.

 
 
 
Droga powrotna z Puncaku.Droga powrotna z Puncaku.

Droga powrotna z Puncaku.

 


400 słów… i przepisów na zupki błyskawiczne

Wrzesień 2nd, 2014

Jakie jest narodowe danie Indonezji? Złośliwi mówią, że sambal, czyli ostry sos chili. Ja nie chcę być złośliwa, ale powiedziałabym, że raczej będą to… zupki w proszku. Popularność zupek ekspresowych (zwanych u nas również „chińskimi”) w Azji nie powinna dziwić. Je się je na potęgę w całym regionie i spotykaliśmy się z nimi w każdym kraju odwiedzanym po drodze.
W Indonezji ich popularność wchodzi jednak na zupełnie inny poziom. Dość powiedzieć, że gdy w Polsce najpopularniejsza firma (Vifon) sprzedaje 100 milionów opakowań zupek rocznie, to w Indonezji w tym samym czasie produkuje się ich 15… miliardów!
Największy ich producent, firma Indomie (mie to w bahasa „kluski”) jest dumą Indonezyjczyków: wielokrotnie słyszeliśmy opowieści o tym, że zupki eksportuje się do Australii i Ameryki, a koncern je produkujący ma fabryki nawet w krajach Afrykańskich! Nigeria, Ghana, Kenia – wszędzie tam Indomie otwiera fabryki, a nazwa firmy jest znana każdemu.

3922841552_6207db2f5e
970118_605040289520202_1036914852_n
Pierwszego dnia w swojej pracy Łukasz dowiedział się, że firma zapewnia dowolne ilości kawy, herbaty i… indomie. Te ostatnie można zrobić sobie samemu, albo poprosić o to Office Boya.
Zadziwiająca popularność zupek wiąże się z niesamowitą kreatywnością, z jaką panie domu podchodzą do tego wdzięcznego w interpretacji dania. Oczywiście zalane chochlą wrzątku noodle można zjeść w każdym (dosłownie: każdym) sklepiku przy ulicy i nie są one niczym nadzwyczajnie smacznym, ani pożywnym. Przez te kilka miesięcy zdarzyło mi się jednak jeść kilka wariacji noodlowych, które były nie tylko zaskakująco smaczne, ale i całkiem sycące. Nie pamiętam wszystkich, ale oto kilka pomysłowych patentów, które utkwiły w mojej głowie.
1) Podając gotową zupkę instant gościom gospodynie często silą się na odrobinę inwencji, aby swojej potrawie dodać trochę wykwintności. Wystarczy dorzucić trochę zieleniny (pasuje wszystko, od pietruszki i szczypiorku aż do kangkung, czyli niepopularnego w Polsce szpinaku wodnego), a na stół postawić świeże limonki, kecap manis (słodki sos sojowy) i ostry sambal, a każdy sam doprawi sobie danie do smaku
2) Kolejnym stopniem wtajemniczenia jest dodawanie do noodli jajka. Wersji jest kilka – można na odcedzone i wymieszane z przyprawami kluski położyć jajko sadzone, można do zupy wrzucić jajko ugotowane na twardo i z satysfakcją patrzeć, jak klient męczy się atakując je plastikową łyżką albo – hit! – wbić jajko wprost do zupy i podgotować aż zetnie się jak jajko po benedyktyńsku. Zaskakujące, ale jakie pyszne!
3) Innym, równie ciekawym dodatkiem do zupki chińskiej jest w Indonezji ketupat, czyli ryżowa kulka ściśle zawinięta w liście i ugotowana. Rozwija się naturalne opakowanie i zbity ryż łyżką wkraja do rosołu z proszku.
4) Klasyka kuchni indonezyjskiej to mie goreng – noodle instant zasmażane ze słuszną ilością słodkiego sosu sojowego, jajkiem i ewentualnie jakimiś warzywami. Zawsze podawane z chrupkami krewetkowymi.
5) Noodle instant można zamówić jako dodatkowy składnik do bakso – wątpliwej jakości klopsików, zazwyczaj z kurczaka, podawanych w bulionie mięsnym. Uzupełnione o makaron będą bardziej sycące i chociaż odrobinę smaczniejsze.
6) Jadłam też pierożki smażone na głębokim tłuszczu nadziewane ugotowanymi noodlami. Smakowało podobnie wytrawnie, jak brzmi.
7) Makaron ze skromnym dodatkiem warzyw można zalać na patelni jajkami i usmażyć w formie omleta, żeby potem podać go z ryżem jako pełnowartościowy obiad.
8) A jeżeli komuś nie chce się bawić w omlety, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyłowione z zupy kluski podać wprost na ryżu. Takie połączenie to baza do popularnego dania nasi kuming.

Fanami zupek ekspresowych mimo wszystko nie zostaniemy. W odróżnieniu od tego londyńczyka – rapera rodem z Nigerii:



Celebes – Makasar Kota

Wrzesień 1st, 2014

Moją podróż po Sulawesi* zaczęłam w Makasarze.

MapaCelebes

Miasto to jest stolicą południowej prowincji wyspy, centrum przemysłowym i świetną bazą przesiadkową. Doskonale skomunikowane dzięki dużemu lotnisku, sprawnej sieci autobusowej i dużemu portowi towarowo-pasażerskiemu stanowi dla większości turystów jedynie punkt startowy. Mało kto zostaje tu na dłużej, niż jeden dzień. Mi natomiast upłynęły już dwa tygodnie, a nadal siedzę w Makasarze! Wszystko za sprawą fajnych znajomych i nowej perspektywy, z której spojrzałam na podróżowanie.

Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 

Podczas naszej wspólnej podróży przez Azję pierwszy raz pozwoliliśmy sobie „zasiedzieć się” w Guilin, malowniczej okolicy w Chinach. Kolejny dłuższy przestój zaliczyliśmy na Koh Chang, wyspie na północy zatoki tajskiej, gdzie wytęskniony widok na morze i hamak w przyjemnym cieniu nie pozwoliły nam się ruszyć przez długie kilka dni. Ostatnim miejscem, które nas „wciągnęło” było Kuala Lumpur. Tam historia potoczyła się tak samo, jak w Makasarze – dzięki CouchSurfingowi poznaliśmy wspaniałych ludzi, zawiązaliśmy prawdziwe przyjaźnie i… nie było siły, żeby wyjechać! Z małymi przerwami spędziliśmy w KL prawie miesiąc.

Pierwszy weekend zaraz po przylocie na Sulawesi spędziłam na biwaku w Ramma, gdzie miałam wystarczająco dużo czasu, aby poznać moich współtowarzyszy. Po powrocie do miasta zostałam gorąco przyjęta jak nowy członek ich paczki i było mi tu tak fajnie, że bez wątpliwości zmieniłam swoją dalszą trasę. Wymieniłam prawie 5 dni turlania się autobusami i promami z Tana Toraja przez Togiany do Manado na kilka dni leniuchowania w Makasarze – a sumując ceny wszystkich biletów i noclegów po drodze i odejmując bilet lotniczy do Manado, może nawet udało mi się co nieco zaoszczędzić.

lokalne jedzenie, czyli Coto Makassat - intensywny wywar wołowy z mięsem i podrobami podawany z ryżem gotowanym w liściachlokalne jedzenie, czyli Coto Makassat - intensywny wywar wołowy z mięsem i podrobami podawany z ryżem gotowanym w liściach

lokalne jedzenie, czyli Coto Makassat - intensywny wywar wołowy z mięsem i podrobami podawany z ryżem gotowanym w liściach

 
parking motorowyparking motorowy

parking motorowy

 
w mieszkaniu Ceby, studenta sztukiw mieszkaniu Ceby, studenta sztuki

w mieszkaniu Ceby, studenta sztuki

 

Oprócz nieliczonych partii w domino i wielu filiżanek kawy, którą pije się tu z takim zamiłowaniem jak piwo w Polsce, udało mi się też trochę pozwiedzać. Dla wszystkich ciekawych świata i tych, którzy planują podczas swojej podróży spędzić dzień-dwa w Makasarze, przedstawiam subiektywny Przewodnik po Południowym Celebesie. Część 1 – Makasar Kota (miasto)

Makasar, Fort Rotterdam


Niewielka fortyfikacja wybudowana przez holenderskich i portugalskich kolonizatorów zachowała się w bardzo dobrym stanie i pełni dziś rolę specyficznego starego miasta. Teren jest zamknięty, a przy wejściu należy wpisać się do specjalnej księgi i zostawić symboliczną darowiznę (2.000 IDR czyli 0,50zł zostało przyjęte z uśmiechem). Obejście całego obiektu zajmuje może 10 minut i dla Europejczyka przyzwyczajonego do brukowanych, wąskich uliczek i kamienic z małymi okienkami w południowoeuropejskim stylu nie stwarza nawet ciekawych możliwości fotograficznych. Fort Rotterdam warto zobaczyć, jeżeli nie ma się nic do roboty, ale nie ma sensu uwzględniać go w planie swojego zwiedzania.

Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 
Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 
Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 
Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 

Makasar, Pantai Losari

„Plaża” miejska jest tak naprawdę wybetonowanym nabrzeżem gęsto zastawionym plastikowymi stolikami i rozstawianymi co wieczór wózkami z jedzeniem. Mocno rozczarujemy się oczekując nadmorskich klimatów, można za to poczuć w tym miejscu fajny klimat indonezyjskich miast. Na naprawdę spektakularny zachód słońca schodzi się tu mnóstwo ludzi – można podpatrzeć jak spędza czas młodzież i rodziny z dziećmi. Warto przysiąść w jednej z knajpek, zamówić „pisang epe”, czyli grillowane banany polane wyborem upiornie słodkich sosów, a jeżeli się dobrze poszuka, pośród stoisk z bananami można nawet znaleźć wózki serwujące najprawdziwszą na świecie kawę z ekspresów ciśnieniowych. Wstyd się przyznać, ale dla tej kawy właśnie trochę tutaj zostałam 😉
10636054_4416780514282_5517860794157702804_n
Makassar, Pantai Akarena

Mniej popularna, bo położona odrobinę na uboczu plaża miejska z prawdziwego zdarzenia. Jest piasek, choć nie do końca biały, jest molo, są dobre lody (duży deser lodowy 20.000 IDR czyli 5 zł) i zachód słońca też niczego sobie. Bez wątpienia nie jest to najładniejsza plaża w Azji. Czytałam za to, że wycieczko objazdowe po okolicznych wyspach są nawet warte uwagi i całkiem tanie. Sądzę jednak, że prawdziwi amatorzy plaż będą się spieszyć na Togiany, Wakatobi albo choćby do Tanjung Bira oddalonego od Makassaru o 4 godziny drogi.

Akarena o zachodzie sloncaAkarena o zachodzie slonca

Akarena o zachodzie slonca

 
Akarena, jedna z plaż miejskich w MakassarzeAkarena, jedna z plaż miejskich w Makassarze

Akarena, jedna z plaż miejskich w Makassarze

 

* – Sulawesi to indonezyjska nazwa wyspy, którą po polsku nazywamy Celebesem. Wiemy, że nieładnie używać takich zapożyczeń, ale Ada nie może się powstrzymać.



400 słów: Real Madrid? Real Masjid!

Sierpień 27th, 2014

Piłkarze z Madrytu zaprezentowali wczoraj trzeci komplet strojów, w których występować będą w tym sezonie. Z klasycznych z pozoru czarnych strojów straszy nietypowy jak na koszulki piłkarskie wizerunek smoka.

Wśród komentarzy na temat stworzonego przez japońskiego projektanta wzoru przeważa jedna opinia: To koszulki stworzone na rynek azjatycki! Real Madryt, jedna z najpopularniejszych drużyn świata, pragnie zaskarbić sobie sympatie kibiców z Chin, Japonii i Południowo-Wschodniej Azji, tak jak wcześniej postarała się o sympatię kobiet wprowadzając koszulki w kolorze… różowym.

Koszulki można od dziś kupić w sklepach Adidasa na całym świecie. W Polsce dostępne są za, bagatela, 349 złotych…

Czy w Indonezji, Malezji, Tajlandii czy Wietnamie koszulki ze smokiem będą przebojem?
W jednym z wcześniejszych wpisów wspominałem, że zagraniczna piłka jest w Indonezji szalenie popularna. Nigdzie na świecie nie widziałem tylu ludzi na codzień noszących piłkarskie koszulki. Sęk jednak w tym, że koszulki są popularne bo… są bardzo tanie. Choć w 99% są produkowane przez oryginalne fabryki Nike czy Adidasa i posiadają oryginalne metki i certyfikaty, to od sprzedawanych w Europie oryginałów różnią się prostym detalem – hologramem i metką wszywaną „bezpośrednio w klubie”. Innymi słowy: Koszulka Barcelony wygląda identycznie jak oryginał, ma wszelkie metki Nike, ale nigdy nie była w Europie, nie ma metki ani hologramu FC Barcelona, a drużyna z Barcelony nie dostanie ani grosza za jej sprzedaż. Zabieg ten zmniejsza cenę o ponad 90% – „prawie oryginalne” koszulki Realu, Barcelony, Manchesteru czy Milanu można kupić już za 20 złotych. Te mniej popularnych drużyn za 25-30 zł. „Prawdziwe oryginały” można obejrzeć w sklepie Adidasa – kosztują 10 razy tyle, a w Europie: 20 razy tyle.
Koszulki ze smokiem będą tu pewnie tak samo popularne jak wszystkie inne. I pewnie jak we wszystkich innych przypadkach – ze sprzedaży w Indonezji Real nie zobaczy nawet złotówki.

Pieniądze zobaczą za to twórcy bardzo popularnej w Indonezji serii komiksów o fajnie brzmiącej nazwie… „Real Masjid” czyli „Real Meczet”.

Co jak co, ale trzeba pogratulować im pomysłu: wykorzystując popularność „królewskich” starają się dotrzeć do młodych ludzi promując liberalny islam. Książeczki to w zasadzie kolekcje krótkich historyjek opowiadających o codziennym życiu zafascynowanej futbolem grupki przyjaciół. Liga Mistrzów w TV, a muezin wzywa do modlitwy? Real Meczet!

Piłka, szkoła, zwykłe codzienne problemy i… teologia. Na dużym dziale z literaturą religijną książeczki z tej serii wyraźnie się wyróżniają, a kolejne części serii świadczą o jej popularności. Ostatnio twórcy komiksu poszli jeszcze dalej wydając nową książeczkę pod jeszcze ciekawszym tytułem : „Muslim United” (Zjednoczeni Muzułmanie).

Real dzięki koszulkom ze smokiem nie stanie się w Indonezji bardziej popularny ani nie zyska więcej kibiców. Tu mechanizm działa w drugą stronę – to indonezyjskie firmy starać się będą wykorzystać Real Madryt i inne kluby, by same coś zarobić. Kilkanaście Indonezyjskich firm wykłada grube miliony, by reklamować swoje produkty wykorzystując wielkie gwiazdy i kluby.
Tak jak Extra Joss reklamowany przez Ronaldo:

Tak jak oficjalny sponsor Realu – producent orzeszków ziemnych Dua Kelinci:


Albo jak herbatniki reklamowane przez Cesca Fabregasa…

Biznes więc kręci się bardzo dobrze, ale koszulek w to nie mieszajmy.