Archiwum z Grudzień, 2013

Procesja w Małych Indiach

Grudzień 29th, 2013

Podczas jednego ze wczorajszych spacerów trafiliśmy do Małych Indii. Choć dzielnica ta jest głośna i kolorowa każdego dnia – tym razem było jeszcze głośniej i jeszcze uroczyściej. Wszystko za sprawo procesji, które ciągnęły się przez ulice dzielnicy. Co ciekawe – religie hinduistyczne przenikają się do tego stopnia, że w procesji organizowanej przez Hare Kriszna brali udział niemal wszyscy mieszkańcy: w Krisznę wierzą wszyscy hinduiści, więc forma oddawania mu czci jest dla nich najmniej ważna.




Miasto Jerzego

Grudzień 28th, 2013

Na wyspie Penang, a właściwie w największym na niej mieście George Town spędzimy zaledwie trzy i pół dnia. To niewiele, szczególnie w kontekście naszej nowej niepisanej tradycji, że w każdym nowym miejscu zostajemy co najmniej tydzień. Nie nudzimy się i już na samą myśl o wyjeździe robi nam się żal tych wszystkich ciekawych miejsc, których nie zdążymy zobaczyć i tych fantastycznych potraw, których nie spróbujemy. Postanowiliśmy jednak, że czas trochę przyspieszyć naszą podróż, bo jeszcze sporo przed nami.

O tym, że George Town znajduje się na liście UNESCO pisaliśmy już w ostatniej notce. Wspomnieliśmy też, że to dzięki kolonialnej architekturze i niebywałemu klimatowi, który ona tworzy. Szczerze mówiąc ciężko napisać o George Town wiele więcej… Nic nie zastąpi choćby krótkiego spaceru po okolicy, żeby na własne oczy zobaczyć ciekawe detale na fasadach piętrowych domów w ścisłej zabudowie oraz przebijających wszędzie elementów chińskiej tradycji i kultury – czy to w postaci małych kapliczek, powciskanych tu i ówdzie świątyń czy po prostu chińskich napisów nad drzwiami domów. Warto uważnie obserwować mijane budynki bo właśnie te drobne różnice podpowiadają nam czy nadal krążymy po Chinatown, czy dotarliśmy już do Little India. Ta dzielnica rozkwita po zmroku – wczoraj tylko przemknęliśmy między sklepami dudniącymi bollywoodzką muzyką, hinduskimi rodzinami przechadzającymi się swoją reprezentacyjną ulicą a kuszącymi zniewalającymi zapachami restauracjami z naszym ulubionym, hinduskim jedzeniem. Dziś wieczorem musimy tam wrócić na dłużej. I to nie tylko na kolację, ale też…
Ach, hinduska kolacja!!! Ależ się rozmarzyłam! W Warszawie z namaszczeniem traktowaliśmy każdy dzień, kiedy w planach była Tandoori Chicken lub Mutton Masala. Ponieważ w Polsce hinduskie restauracje są drogie (niestety, 70 zł to minimum jakie musimy przeznaczyć na kolację dla dwóch osób) pozwalaliśmy sobie na takie frykasy tylko ze specjalnej okazji – urodzin, rocznicy, gorszego dnia, brzydkiej pogody… 😉 U Hindusa jadaliśmy naprawdę rzadko. Tu, w Malezji, hinduska społeczność jest dość liczna (nie bez powodu mają nawet swoje dzielnice!), więc dostępność ich lokalnych przysmaków jest większa, a i ceny niższe. Nasze „święto lasu” zaczęło się na Langkawi, gdzie znaleźliśmy knajpę serwującą zarówno malajskie jak i hinduskie potrawy, gdzie za dwie miseczki aromatycznego sosu w wersji wege (curry z ziemniakami i curry z jajkiem) płaciliśmy niewiele ponad 10 zł, a w wersji mięsnej powiedzmy 27 zł (12 za curry z baraniną i 15 za ogromną miskę butter chicken masala, czyli hinduskiej klasyki). W Warszawie mając do dyspozycji 30 zł można nieśmiało zacząć zerkać na listę dań głównych, ale tylko pod warunkiem, że przyszliśmy na kolację sami. A do tego rodzaju posiłku zawsze domawia się oddzielnie biały gotowany ryż (ok. 1,5-2 zł) lub pszenny placek Naan wypiekany w piecu Tandoori (2-4 zł w zależności od dodatków. Można zamówić wersję z czosnkiem, masłem, sezamem, serem, kurczakiem itd.).

Po przybyciu na Penang oniemieliśmy! Już nie jedna czy dwie knajpki kusiły dobrym, hinduskim jedzeniem w niskich cenach, ale cała dzielnica pachniała imbirem, cynamonem, klarowanym masłem (niezbędny składnik prawie każdego dania) i przyprawami do tikka masala! Nie tylko ceny onieśmielają! Jedzenie jest też niewyobrażalnie smaczniejsze, pyszniejsze, ciekawiej i intensywniej doprawione, lepiej ugotowane… Nasz zachwyt chyba nie będzie miał końca, ale opisy hinduskiej kuchni przy okazji wizyty w Malezji to chyba nie jest to, czego spodziewają się nasi czytelnicy. Dodam więc tylko że do obiadu warto zamówić mango lassi (koktajl z mango i jogurtu, w Polsce 10-13 zł, w Malezji 3-4 zł) albo masala tea czyli intensywnie doprawioną, czasami nawet lekko pikantną herbatę obowiązkowo z mlekiem i cukrem (u nas 10 zł, tu 2!). Umiejętność gotowania hinduskich dań, które chociaż w połowie byłyby tak cudowne jak te robione przez Hindusów to jedno z moich największych marzeń. Obiecuję sobie (i Wam, moi przyszli goście), że kiedyś na pewno się to stanie, a wtedy moje życie nabierze pełnych kształtów – podobnie jak moja sylwetka 😉

Korzystamy więc w pełni z uroków dostępności kuchni międzynarodowej i tylko od czasu do czasu decydujemy się na malajskie przekąski. Wtedy jest to zazwyczaj Nasi Goreng, z którym jeszcze spotkamy się na pewno w Indonezji, ponieważ to ich potrawa narodowa. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ryż smażony (bo o nim mowa) to sztandarowa potrawa całej Azji. Jedliśmy go już w Chinach, potem równie popularny był w Kambodży i Tajlandii, teraz nasi polscy znajomi z Ko Chang Zosia i Jacek zajadają się nim w Wietnamie, a my w Malezji. Azjatycki ryż smażony niewiele ma wspólnego z tym, co można zamówić w polskim „chińczyku”. Jest o wiele bardziej aromatyczny, zdecydowanie mniej tłusty, zawsze z jajkiem (wbija się je bezpośrednio do woka, w daniu można znaleźć kawałki jajecznicy) i jakąś zieleniną. Nie jest to jednak pietruszka ani szczypiorek, a kawałki sprężystych łodyżek popularnej tu sałaty. Praktycznie wszędzie w Azji porcja takiego ryżu kosztuje ok. 4 zł.

Co jeszcze niebywale nas urzeka to picie w torebkach. Tak, w zwykłych plastikowych woreczkach kupuje się na ulicy świeżo wyciskane soki owocowe lub mrożoną kawę i herbatę. Wbrew wszelkim zasadom logiki ten niepraktyczny pomysł całkiem się sprawdza. O ile nie próbujemy napoju przechowywać lub transportować! Torebka świeżo wyciskanego soku kosztuje 1,8 zł na straganie najbliższym naszego hostelu, a wybierać można spośród owoców i warzyw takich jak mango, melon, marchewka, pomidor, pomarańcza i wiele wiele innych.

Ale koniec o tym jedzeniu, bo jesteśmy niedługo po lunchu (przez ten dar od indyjskich bogów przestawiliśmy się nawet na trzy posiłki dziennie zamiast dwóch, żeby mieć więcej okazji do rozkoszowania się naszymi ulubionymi daniami), a ja znowu robię się głodna i myślę o kurczakach z pieca tandoori! Otóż oprócz spacerów od knajpy do knajpy zdarza nam się też odwiedzać różne ciekawe zabytki.

George Town, podobnie jak inne pobrytyjskie miasta w regionie (np. Singapur i Hong Kong) zarządzane były przez europejskich kolonizatorów, którzy upodobali sobie Chińczyków jako godnych zaufania partnerów przeróżnych biznesów. Dlatego też dziś w tych miastach tradycje i kultura chińska przetrwała o wiele lepiej, niż w Chinach kontynentalnych. Wpływowe klany, rodziny, które zgromadziły ogromne majątki bardzo pielęgnowały kult przodków, który jest najważniejszym elementem chińskiej tożsamości religijnej. Przewrotnie ich bogactwo i status tak biły po oczach ubogi lud, że w komunistycznych Chinach nie ma dziś śladu ani po dawnym splendorze arystokracji i burżuazji, ani po pradawnych wierzeniach. To zadziwiające, że to, czego szukaliśmy w Chinach udało nam się znaleźć dopiero poza granicami Państwa Środka – najpierw w Makau i Hong Kongu, a teraz w malezyjskim George Town.

Odwiedziliśmy dziś muzeum zwane Pinang Perankan Mansion. To zachowany w doskonałym stanie dom (a raczej rezydencja) chińskiego klanu Kwee – wybudowana pod koniec XIX wieku przez Kapitana Chung Keng Kwee. Wystrój zachwyca, a cieszące oko zwiedzających familijne skarby i „błyskotki” onieśmielają. Biżuteria ślubna i ozdobne pasy ze złota to nic w porównaniu ze złotymi klamrami i hakami do zasłon, złotymi wykałaczkami, guzikami, złotą zastawą stołową i misternie rzeźbionymi meblami inkrustowanymi masą perłową, których w rezydencji jest wszędzie pełno. Niemieckie szkła, angielskie i szkockie parkiety i rzeźby. Prywatny warsztat złotniczy. Podobny przepych widzieliśmy tylko w muzeach prezentujących skarby monarchów w Turcji i Persji. Tu – znajdują się w prywatnym domu, tuż obok świątyni poświęconej zmarłym członkom klanu… W George Town rezydencji takich jest kilka – każda należała do innej wpływowej chińskiej rodziny. We właściwych Chinach były ich zapewne tysiące. Kilkadziesiąt lat komunizmu sprawiło jednak, że próżno ich dziś szukać.

George Town warte jest odwiedzenia nie tylko ze względu na swoją przeszłość. Historyczne dzielnice ożywiono dość nowatorskim zabiegiem: oddając je w ręce miłośników sztuki ulicznej. Dokładniej rzecz biorąc – jednego miłośnika. Urodzony w Wilnie, nazywany „Malezyjskim Banksym” 27 letni Ernest Zacharevic zamalował całe miasto! Spacerując ulicami miasta raz po raz natrafia się na niecodzienne prace – ścienne malunki, które uzupełniają trójwymiarowe rowery, motocykle czy krzesła wbudowane w ścianę.

Instalacje te okazały się prawdziwym hitem i od dwóch czy trzech lat ściągają do George Town jeszcze więcej turystów. Cykl graffiti w żadnym miejscu nie psuje zabytków ani nie konkuruje z tradycyjną architekturą, a uzupełnia miejski krajobraz i wpisuje się w nudne, szare ściany i tyły kamienic. Zacharevic za swoje murale dostaje od nas 5 z plusem, już nie możemy się doczekać tego co zmalował w Singapurze!

Ostatnie 2 dni spędziliśmy z naszą ulubioną parą dżakartczyków. Piotrek i Michelle zawitali do George Town w ramach swoich świątecznych wakacji: razem błądziliśmy w poszukiwaniu tutejszych kulinarnych specjałów i kulturalnych atrakcji. Już za kilka tygodni widzimy się po drugiej stronie równika 🙂

 
Nasze pranie suszy się tuż obok hostelu.Nasze pranie suszy się tuż obok hostelu.

Nasze pranie suszy się tuż obok hostelu.

 
Faktura murów i fajne kolory zachęcają do eksperymentowania z filtrami. Ale my chyba nie z tych...Faktura murów i fajne kolory zachęcają do eksperymentowania z filtrami. Ale my chyba nie z tych...

Faktura murów i fajne kolory zachęcają do eksperymentowania z filtrami. Ale my chyba nie z tych...

 
 
Różne rusztowania w życiu widzieliśmy, ale to było jednym z bardziej pomysłowych.Różne rusztowania w życiu widzieliśmy, ale to było jednym z bardziej pomysłowych.

Różne rusztowania w życiu widzieliśmy, ale to było jednym z bardziej pomysłowych.

VOC (Vereenigde Oost-Indische Compagnie) czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska to... firma. Firma, która przez ponad 200 lat zarządzała holenderskimi koloniami. Skąd armata VOC w George Town? W 1606 Holendrzy dali ją w prezencie sułtanowi Johore. Ten, stracił ją kilka lat później na rzecz Portugalczyków, którzy zawieźli ją na Jawę. Tam z kolei trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy 1871 roku przewieźli ją na Penang...VOC (Vereenigde Oost-Indische Compagnie) czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska to... firma. Firma, która przez ponad 200 lat zarządzała holenderskimi koloniami. Skąd armata VOC w George Town? W 1606 Holendrzy dali ją w prezencie sułtanowi Johore. Ten, stracił ją kilka lat później na rzecz Portugalczyków, którzy zawieźli ją na Jawę. Tam z kolei trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy 1871 roku przewieźli ją na Penang...

VOC (Vereenigde Oost-Indische Compagnie) czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska to... firma. Firma, która przez ponad 200 lat zarządzała holenderskimi koloniami. Skąd armata VOC w George Town? W 1606 Holendrzy dali ją w prezencie sułtanowi Johore. Ten, stracił ją kilka lat później na rzecz Portugalczyków, którzy zawieźli ją na Jawę. Tam z kolei trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy 1871 roku przewieźli ją na Penang...

 
 
Historia każdej ulicy wytłumaczona jest w bardzo przystępny sposób.Historia każdej ulicy wytłumaczona jest w bardzo przystępny sposób.

Historia każdej ulicy wytłumaczona jest w bardzo przystępny sposób.

Sztuka uliczna na każdym kroku.Sztuka uliczna na każdym kroku.

Sztuka uliczna na każdym kroku.

 
 
 
 
FerduśFerduś

Ferduś

 
 
 
 
Archetypiczny jeżyk.Archetypiczny jeżyk.

Archetypiczny jeżyk.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


Święta, święta i Penang

Grudzień 27th, 2013

Wigilie i Boże Narodzenie spędziliśmy na Langkawi. Lejący się z nieba żar sprawiał, że ciężko było nam doszukiwać się klasycznej świątecznej atmosfery. Postanowiliśmy więc szukać jej nie w śniegu, nie w choinkach i świątecznych ozdobach, a w czymś innym, co również jednoznacznie kojarzy się ze świętami. W… rybach. Wigilię spędziliśmy w największym malezyjskim oceanarium.

Chyba po raz pierwszy skusiliśmy się na tego typu rozrywkę i, wbrew pozorom, całkiem nam się podobało. Nieczęsto ma się okazję podziwiać karmienie fok. Karmienie fok przez dziewczynę w czapce św. Mikołaja założonej na hidżab to jednak widok jeszcze bardziej wyjątkowy…

Same morskie żyjątka również przyniosły nam dużo radości. Ogromnhe płaszczki, arapaimy (największe ryby słodkowodne, ważące ponad 100 kg i mające ponad 2 metry długości), rekiny, krewetki… Wychodząc z oceanarium wiedzieliśmy, że dzień zakończymy w knajpie serwującej grillowane owoce morza – tak też się stało.

Dziś jesteśmy już kilkaset kilometrów dalej, w George Town na wyspie Penang. Wybudowane przez Brytyjczyków w XVIII wieku miasto od kilku lat znajduje się na liście UNESCO. Nieprzypadkowo – jego stara część to piękny przykład architektury kolonialnej, w której mieszały się wpływy europejskie, malajskie, chińskie, arabskie i hinduskie. Mieszankę tę widać z resztą nie tylko w budynkach. Ulice nazywają się tak, jak narodowości je zamieszkujące – stąd ulica Chińska, Malajska czy Ormiańska. W radiu usłyszeć można audycje w pięciu różnych językach. George Town to także miejsce znane z najlepszej w Malezji kuchni.
Idziemy zwiedzać!



Podróżowanie w praktyce, czyli zaglądamy do portfela

Grudzień 23rd, 2013

Niedługo miną 3 miesiące od kiedy wyjechaliśmy w Polski. Choć to nie pierwsza nasza podróż, nigdy jeszcze nie podróżowaliśmy tak długo. Ale nie tylko długość pobytu sprawia, że wyjazd ten jest inny niż wszystkie dotychczasowe.

Każdy nasz wyjazd poprzedzały miesiące planowania. Jeszcze przed wyjściem z domu ustalaliśmy optymalną trasę podróży, sprawdzaliśmy koszty połączeń, ceny noclegów i posiłków. Jadąc do teoretycznie nieznanego kraju dokładnie wiedzieliśmy ile na co wydamy i na jakie dodatkowe atrakcje będzie nas stać. Jeśli na miejscu modyfikowaliśmy plan – wiedzieliśmy jak zmiany wpłyną na nasz szczegółowo zaplanowany budżet.

Tym razem miało być inaczej. Przede wszystkim – nie wiedzieliśmy jak długo potrwa nasza podróż. Nie wiedzieliśmy ile i jakie miejsca przyjdzie nam zobaczyć. Od samego początku plan podróży musiał być z gumy. Mimo to, odpukać, póki co udaje nam się nieźle pilnować budżetu.

Wciąż jesteśmy na Langkawi. Słońce, plaża – sielanka, na przykładzie której możemy opowiedzieć jak to jest z naszym planowaniem wydatków. Przejdźmy więc do konkretów:

Obecnie nasz dzienny limit wydatków na dwie osoby to 110 złotych. W Kambodży był niższy, w Hong Kongu wyższy – zależy przede wszystkim od ceny noclegów i jedzenia. Limit nie oznacza oczywiście, że nie możemy wydać więcej. Możemy, ale wówczas staramy się wyrównać bilans następnego dnia.
Na sumkę tę składają się 3 wartości: cena noclegu, cena wyżywienia i cena atrakcji. Przez ostatnie kilka dni na noclegi wydajemy 30 zł, na wyżywienie podobnie – łatwo wyliczyć, że na atrakcje zostaje około 50 zł dziennie. Jakie atrakcje można otrzymać za 50 zł? Dwa piwa w barze kosztują złotych 12, wycieczka na okoliczne wyspy – 30 za osobę, podobnie bilet wstępu do akwarium. Jeśli więc nie wydamy pieniędzy na bzdury – stać nas na „coś fajnego” raz na dwa dni. Na szczęście – za słońce, ocean i plaże nie trzeba płacić, dlatego na pozostały czas również nie możemy narzekać.
Sprawa trochę się komplikuje, gdy postanawiamy się przemieszczać. Bilet na prom czy autobus to koszt w wysokości około 40-60 zł. Cóż – w pewnym sensie również jest to urozmaicenie…

„110 zł… Kupa kasy!” – można by pomyśleć. Cóż, wbrew pozorom w Warszawie wydaje się przecież podobne, jeśli nie większe sumy. Po pierwsze – w domu miejsce do spania też wbrew pozorom kosztuje. Szczęśliwi ci, którzy M3 mają na własność! Tym, którzy przez najbliższe kilkanaście lat będą spłacać kredyt nie musimy nawet przypominać, ile kosztuje ich ta „przyjemność” co miesiąc. A jeżeli ktoś wynajmuje lokum za – powiedzmy – 1500 zł miesięcznie? W tej cenie w Warszawie można mieć już całkiem sensowną kawalerkę albo nawet dwa małe pokoje. Rzadko kiedy myśli się o tym, że za wynajem takiego mieszkania płaci się 50 zł dziennie przez cały 30-dniowy miesiąc.

Pracując przez jakiś czas w sieciówce knajp z azjatyckim żarciem na telefon miałam okazję uśrednić sobie cenę obiadu dla dwóch osób z dostawą do domu. Wychodziło kolejne 50 zł plus napoje. Oczywiście nie codziennie trzeba zamawiać obiad z dowozem! Ale gdyby tak sumiennie zapisywać każdą złotówkę wydaną w supermarkecie, kiosku pod pracą i McDonaldsie okaże się, że nawet starając się jeść ekonomicznie nadal nie można jeść za darmo.

Do tych dwóch podstawowych wydatków, czyli spania i jedzenia dochodzi cały wachlarz wszelkiego rodzaju przyjemności – bilet na mecz (15 zł), do kina (tyleż samo + popcorn dla łasuchów), gazety (kilka złotych każda), kolacja w restauracji (kilkadziesiąt złotych kilka razy w miesiącu), piwo w barze (8 zł jeżeli nieopatrznie nie wejdziemy do drogiego miejsca), taksówka (30 zł po spotkaniach towarzyskich przeciągających się do późnych godzin nocnych), jakaś nowa bluzka czy buty (sky is the limit). Wstyd się przyznać, ale nie raz zdarzyło nam się zostawić okrągłą sumkę 110 zł w naszym ulubionym barze w ciągu jednego, długiego wieczora.

Postawmy sprawę jasno – budżet, o którym tu piszemy to raczej luźne i swobodne życie w stolicy, wiemy doskonale że jeżeli jest taka potrzeba to można żyć za o wiele mniejsze pieniądze. Chodzi nam o to, żeby pokazać, że nasze aktualne życie na końcu świata to wcale nie jest wydatek, na jaki mało kto może sobie pozwolić. Tak naprawdę największą barierą i przeszkodą jest bilet lotniczy, bo do Bangkoku będącego najtańszym kierunkiem w południowo-wschodniej Azji trudno będzie dolecieć za mniej niż 1500 zł, a i tej ceny należy szukać raczej w zakładce „Super promocje”.

Jeśli już jednak dotrzemy na miejsce i potrafimy powstrzymać się od kupowania ton bardzo tanich i bardzo niepotrzebnych „pamiątek” (w rodzaju Wydry, której zdjęcie wrzuciliśmy w poprzedniej notce) – azjatycki pobyt może kosztować nas sporo mniej niż życie w ojczyźnie.

Nie do przecenienia są też inne formy zmniejszania wydatków, zwłaszcza Couchsurfing, z którego staramy się korzystać w mniej turystycznych miejscach. „Surfowanie po kanapach” czyli idea udostępniania podróżnikom miejsc we własnym domu strasznie nam się podoba – od dawna przyjmujemy turystów u siebie, ciesząc się że możemy pomóc ludziom z całego świata. Teraz mamy okazję zasmakować tego z drugiej poznając ludzi z zupełnie innych kultur i… sporo oszczędzając (4 noce spędzone u Couchsurfera w Hong Kongu nawet w kiepskim hostelu kosztowałyby nas 600 złotych!).


Ale koniec o finansach!

Chociaż w Malezji bardzo trudno to zauważyć – Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Z tej okazji chcieliśmy życzyć Wam wszystkim dużo zdrowia, szczęścia, satysfakcji ze wszystkiego co robicie i… podróży! Według nas w podróżowaniu najważniejsze jest to, że każdego dnia uczymy się nowych rzeczy i dowiadywać czegoś nowego o otaczającym nas świecie. Ale podróże tak naprawdę siedzą w naszej głowie, a nie na pokładach samolotów kursujących na długie dystanse ani między hostelowymi łóżkami. Dlatego jesteśmy przekonani, że można naprawdę podróżować nawet siedząc w domu, jeżeli tylko jesteśmy wystarczająco otwarci, żeby poznać, polubić, a nawet pokochać to, co przynosi nam zaskakujące życie. Oraz że najważniejsze jest optymistyczne zerkanie w przyszłość, a nie uparte wpatrywanie się w przeszłość.