Archiwum z Listopad, 2013

Phnom Penh

Listopad 22nd, 2013

Nasze wszystkie podróże mają jeden punkt wspólny. Gdzie byśmy nie pojechali, jakiego miasta byśmy nie odwiedzili – pierwszego dnia średnio nam się podoba. Może to kwestia szoku, może długiej podróży, może męczących naganiaczy na dworcach. Pierwsze zetknięcie z nieznanym miastem zawsze kończy się tak samo – jesteśmy średnio zadowoleni, że zmieniliśmy miejsce pobytu. Dopiero po kilku godzinach (a czasem: następnego dnia) rozkręcamy się i możemy je w pełni docenić.
Tak było podczas podróży po Iranie, tak było w Europie, tak było w Chinach i Bangkoku.
Ale Phnom Penh jest inne.

Phnom Penh wybija się na tle miast, które odwiedziliśmy wcześniej.

Phnom Penh jest małe, szczególnie jak na ten region świata. Mieszka w nim około dwóch milionów osób – tyle, co w Warszawie. Jest jednak nieco większe niż Warszawa, więc gęstość zaludnienia jest niższa niż w stolicy Polski. W rezultacie – spacerując po najbardziej reprezentacyjnej części Phnom Penh czujemy się jakbyśmy chodzili po małym polskim mieście. To dla nas ogromna różnica – przyzwyczailiśmy się już do „małych, milionowych miasteczek” w których ludzie tłoczą się tak samo na przedmieściach, jak w centrum. Tu zupełnie tego nie czuć. Co więcej – centrum Phnom Penh jest małe. Wszędzie można dojść na piechotę.

Phnom Penh jest niskie. Wieżowce (takie powyżej 10 pięter) można policzyć na palcach jednej ręki. Całe miasto wypełnione jest domami mającymi 4-5 kondygnacji.

Phnom Penh jest ciche. Na jeden samochód przypada 10-20 skuterków. Nie ma autostrad ani szerszych dróg. W ogóle nie ma samochodów ciężarowych (co najwyżej małe furgonetki), autobusów, tramwajów. Siedząc w knajpce przy głównym bulwarze słyszy się skutery, ale równie głośne są ptaki i ćwierkające jaszczurki.

Phnom Penh jest spokojne. Skuterki snują się ulicami – nie prują przed siebie, mało kto używa klaksonu, wyprzedza. Na ulicach nie widać pośpiechu, zdenerwowania, tak typowego dla dużych miast, a zwłaszcza stolic. Kierowcy tuk-tuków (chociaż raczej moto-taksówek, czyli motorków z podwieszoną a’la rikszą z tyłu) wylegują się w cieniu czekając na klientów.

Phnom Penh jest tanie. Siedzimy właśnie na tarasie widokowym w dobrej restauracji. Piwo (tutejszy Angkor w butelce 0.64l) kosztuje tu nieco ponad 7 złotych. To akurat burżujstwo: W większości knajp kufel 0.4l można dostać za około 3 złote. Lokalny obiad – 4-8 zł, hamburgery w restauracji 10 zł. Za noc w hotelu płacimy niecałe 40 zł (pokój z łazienką, tv, wiatrakiem).

Tak – Phnom Penh od razu nam się spodobało i dopiero po kilku dniach zaczynamy dostrzegać jego minusy. Jest bardzo biednie, brudno, brakuje jakiegokolwiek transportu zbiorowego. To też chyba pierwsze odwiedzane przez nas miasto tak strasznie nastawione na zarabianie na turystach – co ruchliwsze ulice wypełnione są żebrakami i przenośnie handlującymi mydłem i powidłem. Atrakcje turystyczne są drogie i pełne „pułapek” – dodatkowych opłat za robienie zdjęć, składanie ofiary itp.

Ciekawostką jest fakt, że w związku z szaloną inflacją pomocniczą walutą w Kambodży są… amerykańskie dolary. Co prawda w tym roku trafił do obiegu banknot 100.000 rielowy, ale najwyższym nominałem z jakim się zetknęliśmy było 2000 rieli, czyli… 1.5 zł! Od turystów oczekuje się płacenia w dolarach, co sprzyja „naciąganiu”: mało jest cen w rodzaju 4.5$ – rzeczy kosztują albo 4, albo 5, czyli albo 12, albo 15 zł.

Mimo wszystko leżąca nad Mekongiem metropolia to jedno z przyjemniejszych miast, na które natrafiliśmy podczas naszej tegorocznej podróży. Przyjechaliśmy tu poznać bliżej tragiczną historię Kambodży i baliśmy się, że miasto może utrudnić nam to zadanie, zdołować. Nic z tych rzeczy. Obecne Phnom Penh ułatwia, nie utrudnia.



Pamiętniki z wakacji

Listopad 20th, 2013

Ostatnie kilka dni przypominało polsatowski paradokument – całe dnie spędzaliśmy to na plaży, to przy basenie. Jakby tego było mało zupełnie przypadkiem spotkaliśmy sympatyczną parę Polaków. Polacy w Tajlandii? Niby nic wyjątkowego. Szybko się okazało, że z Zosią i Jackiem nie tylko znamy się z widzenia, ale i mamy wielu wspólnych znajomych.
Wspólnie wyprawiliśmy się na skuterową eskapadę na drugą stronę wyspy, którą udokumentowaliśmy fotograficznie.



Loy Krathong na Koh Chang

Listopad 18th, 2013

Loy Krathong (taj. ลอยกระทง) – święto obchodzone w Tajlandii podczas pełni księżyca w dwunastym miesiącu lunarnego kalendarza tajskiego, zwykle wypadające w listopadzie. Na przykład – 17 listopada, czyli wczoraj. Święto światła. I ognia.

Nazwa oznacza dosłownie „spławianie tratewek”. Krathong to malutkie tratwy (wielkości dłoni), tradycyjnie robione z kawałka pnia bananowca, ozdobione kwiatami, świeczkami, kadzidełkami itd. Organizowane są barwne procesje, puszczane są również khom fai, unoszące się w powietrzu lampiony.

Tyle o Loy Krathong piszą na wikipedii. Na Koh Chang tratewek było niewiele. Ale ognia dużo.



Na Wyspie Słonia

Listopad 16th, 2013

Już od tygodnia siedzimy na tajskiej wyspie Ko Chang na północy kraju. Po ponad miesięcznym podróżowaniu w palącym słońcu wśród miejskich spalin i w nieklimatywanych autobusach nie marzyliśmy o niczym innym jak wypoczynku na łonie natury.

Mimo tego, że najpopularniejsze tajskie plaże leżą na południu i to tam udaje się znakomita większość turystów poszukujących białego piasku i ciepłego morza my zdecydowaliśmy poszukać ładnego miejsca do wypoczynku na trasie z Bangkoku do Kambodży. Na północy Zatoki Tajlandzkiej znajduje się kilka wysp, gdzie przemysł turystyczny zawitał już jakiś czas temu i zadomowił się na dobre. Największą z nich jest Ko Chang. Po tajsku „Chang” znaczy „słoń” i to słowo towarzyszy nam od początku naszej tajskiej podróży – tak nazywa się nasze ulubione piwo 😉 Nazwa wyspu podobno wzięła się od kształtu przypominającego głowę słonia. Po wnikliwych oglądzinach można zgodzić się z tą teorią.

Amphoe_2307

Wyspa ma 30 km długości, 14 km szerokości i powierzchnia ok. 217 km². Sporo do zobaczenia – można by powiedzieć. Już przed przyjazem tutaj wiedzieliśmy już jednak, że wyspa nie oferuje zbyt wiele atrakcji turystycznych.

Atrakcje na wyspie

Można wypożyczyć skuter i zjechać cała drogę oplatającą okrągłą wyspę. Oczywiście pod warunkiem, że nie przeraża nas ruch lewostronny i wąskie drogi 😉 Oprócz oglądania tysięcy jednakowych straganów i coraz oryginalniejszych wjazdów do hoteli nie ma jednak zbyt wiele ciekawych miejsc. (Wypożyczenie skutera: 200 BHT (20 zł) za dzień, litr benzyny 40 BHT (4 zł))

Odjeżdżając niewiele ponad kilometr od głównej drogi w stronę środka wyspy dotrzemy do wjazdu do parku narodowego, którego główną atrakcją jest wodospad.

Nie ma w nim nic nadzwyczajnego, szczególnie jeżeli mamy możliwość odwiedzenia w trakcie naszej podróży jakiegoś innego z tysięcy naturalnych wodospadów w Tajlandii. Trzeba jednak przyznać, że możliwość kąpieli w chłodnej słodkiej wodzie wraz z setkami dorodnych ryb wynagradza trudy dotarcia tam w ogromnym upale.

(Dojazd dzieloną taksówką do wodospadu z naszego hotelu: horrendalna suma 100 BHT (10 zł) za osobę oraz 200 BHT (20 zł) za bilet wstępu, co czyni wodospad najdroższą i zupełnie niewartą swojej ceny dostępną atrakcją)

Jeżeli nie chcemy ruszać się za daleko z hotelu drogą lądową, niegłupim pomysłem jest wypożyczenie kajaku. Wiele hoteli oferuje go nawet za darmo (w tym nasz). Tu zasięg ogranicza tylko siła rąk – wody na archipelagu są płytkie i niesamowicie gładkie. Podczas całej wycieczki nie zaskoczyła nas ani jedna fala.

Pod wodą kryje się również wiele atrakcji i to tuż przy brzegu 😉 Warto wypożyczyć zestaw do snorklingu i pozanurzać się trochę wśród raf koralowych, rybek i innych ciekawych stworzeń. Na pewno bardzo by nam się podobało, gdyby moja kochana Mamusia nie zostawiła naszych masek i rurek w Chorwacji… 😉

Dla spragnionych mocniejszych wrażeń Tajlandia oferuje kursy nurkowania, z których niskich cen jest znana na całym świecie. Zabawa musi być wyborna, ale przyznamy z ręką na sercu, że tak się boimy, że nam się spodoba że wolimy nie próbować 😉 Nurkowanie, oprócz wspinaczki, windsurfingu i kilku innych podobnych aktywności wciąga tak bardzo, że potem do końca życia wybiera się miejsca na wakacje tylko pod tym kątem. Świat jest jednak bardzo różnorodny i ciekawy, więc nie chcemy się za bardzo wciągać 😉

Na pewno też warto do listy atrakcji dodać mnogość wspaniałych knajp i knajpeczek serwujących świeżutkie owoce morza 🙂 Przykładowe ceny? Najprostszy obiadek czyli Pad Thai to wydatek 40 BHT (4 zł). Półmisek grillowanych kalmarów lub krewetek – 150 BHT (15 zł), danie typu potrawka z owocami morza, warzywami i lokalnymi przyprawami – 120 BHT (12 zł), Tom Yum lub Tom Kha, czyli tajska pikantna zupa na mleku kokosowym z ogromną ilością owoców morza (porcja dla dwóch osób) – 150 BHT (15 zł). Mniam mniam mniam!!! 🙂

Po nacieszeniu się wyżej opisanymi „atrakcjami” postanowiliśmy resztę tygodnia przeleżeć w hamaku i na leżakach na najbliższej plaży. Na regale publicznej biblioteczki w naszym hotelu znaleźliśmy nawet książkę po polsku, która tak mnie wziągnęła, że połknęłam ponad 500 stron w niewiele ponad jeden dzień. Polecam „O krok” Henninga Mankella – nigdy bym nie pomyślała, że to kolega policjanta zabił! ;)))