Archiwum z Październik, 2013

Makau (port.)

Październik 30th, 2013

Pacholęciem będąc całe dnie spędzałem przeglądając atlas geograficzny dla dzieci. Każdemu kontynentowi poświęcono w nim cztery strony: dwie na mapę fizyczną; kolejne dwie na polityczną. To właśnie na politycznej mapie Azji zobaczyłem dwie kropeczki – ostatnie europejskie kolonie w Azji: Makau (port.) i Hong Kong (bryt.).
Kilkuletniemu szkrabowi niewiele to mówiło, ale gdy kilka lat później nauczyłem się rozszyfrowywać tajemny szyfr „Made in…” okazało się, że wiedza z atlasu nie poszła na marne. Metalowe samochodziki „Matchbox” nie były (jak 90% zabawek) „Made in China”. One były właśnie „Made in Macau”!
Wiedza zdobyta w wieku dziesięciu lat musiała mi wystarczyć na jakiś czas.
Niby w 1999 roku portugalczycy oddali Makau Chinom, ale w Polsce było o tym wyjątkowo cicho (w porównaniu z chociażby z powrotem HK do macieży…).

Skąd portugalczycy w Chinach? Jak wygląda matchboxowa ojczyzna? Planując wypad do Hong Kongu nie mogliśmy odpuścić kilkugodzinnej wizyty w tym mieście.

Historia Makau sięga czasów przed naszą erą, ale na dobrą sprawę o rozkwicie miasta można mówić od XVI wieku, kiedy to do miasta przybyli pierwsi marynarze z Portugalii. Z czasem, wraz z kolejnymi umowami miasto stawało się coraz bardziej europejskim portem, by w 1887 roku ostatecznie stać się wieczystą własnością europejskiego królestwa.
Dopiero po przejęciu władzy w Chinach przez Mao (i ogólnej zmianie w tendencji „kolonizowania świata”) Portugalczycy zaczęli rozmowy na temat opuszczenia niegdysiejszego symbolu ich morskiej potęgi.
W 1999 roku – przekazali miasto Chińczykom, w taki sam sposób jak dwa lata wcześniej zrobili to Brytyjczycy z Hong Kongiem.
Co to oznacza? W największym skrócie – Chiny obiecały przez kilkadziesiąt lat zostawić wszystko po staremu. Prawo w Makau wygląda więc trochę inaczej, obowiązuje tu inna waluta, a obywatele Chin potrzebują paszportów by odwiedzić miasto. Wciąż również portugalski jest, obok chińskiego (kantońskiego), językiem urzędowym.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. A jakie jest miasto?
Makau jest piękne. To śliczne, śródziemnomorskie miasteczko jakby żywcem wycięte gdzieś z Hiszpanii, Włoch, Grecji lub… Portugalii. No – prawie żywcem, bo oczywiście to wciąż Azja, i wciąż Chiny. Jednak są to Chiny zupełnie inne od tych kontynentalnych – dużo bardziej „nasze”.

Po pierwsze – Makau jest małe. 30 km² to tyle co warszawskie Bielany.
Po drugie – mieszka w nim raptem 500 tyś ludzi! W „malutkim” Yinmeng, godzinę jazdy od Wuhanu, gdzie byliśmy na początku naszej podróży mieszka ich 600 tysięcy…

Po trzecie – w odróżnieniu od Chin kontynentalnych – Makau nie doświadczyło tragedii ostatnich 50 lat rządów komunistów. Zabytki Makau to zabytki w tym sensie, jaki znamy z Europy. Stare świątynie, stare kościoły, stare budynki, a nie kolorowa cepelia wybudowana kilka lat temu.

Po czwarte, a z trzeciego płynące – Makau jest pełne wierzeń, ołtarzy, składanych ofiar. Przy każdym domu, w każdym sklepie – wszędzie pełno jest małych ołtarzy i ołtarzyków, przy których palą się kadzidła. To te Chiny, o których myśleliśmy, że już ich nie ma – mistyczne, orientalne.

Reasumując: podobało nam się chyba wszystko. Ada mogła poczuć się jak w Barcelonie i odkryć, że całkiem dobrze rozumie portugalski; Ja – przejechać się autobusem po torze, który za parę dni stanie się areną zmagań kierowców w 60. Grand Prix Macau.
Wjeżdżając obawialiśmy się drożyzny, kapiących złotem kasyn i nudy. Wyjeżdżaliśmy ciesząc się, że ceny nie powalały, gdzieniegdzie kapiące złoto zupełnie nie przeszkadzało, a o nudzie nie mogło być mowy. Może nie jest to miasto, w którym chcielibyśmy spędzić resztę życia, ale kilkanaście godzin wystarczyło, by Makau polubić.



Ada na skałkach

Październik 27th, 2013

W ostatniej notce pisaliśmy, że stacjonujemy w mekce entuzjastów wspinaczki górskiej, którzy przybywają tu z całego świata, żeby zaznać dobrodziejstw skalnych ścianek wokół Yangshuo. Nie bylibyśmy chyba prawdziwymi podróżnikami, gdybyśmy i my nie zdecydowali się spróbować jak to jest wisieć 10 metrów nad ziemią.

Na popularny „rock climbing” mieliśmy wybrać się w sobotni poranek, kiedy w naszej szkole nie ma zajęć. Przewodnikiem i organizatorem wycieczki miał być Gavin, znajomy Kanadyjczyk, doświadczony fan wspinaczki, który (dość ciężki) ekwipunek przywiózł ze sobą aż z Montrealu. Rano powitała nas piękna pogoda i dzień zapowiadał się wspaniale, niestety Łukasz nie czuł się najlepiej i uporczywy katar i lekka gorączka zatrzymały go w łóżku. Pojechaliśmy więc we trójkę – Gavin, Ada i Evan.

Wyprawa była bardzo intensywna, żeby nie powiedzieć męcząca. Rozpoczęła się ponad półgodzinną jazdą na rowerze, potem nastąpiła część właściwa, czyli rozłożenie sprzętu, zabezpieczenie tras i sama wspinaczka. W drodze powrotnej (kolejne pół godziny na rowerze) zatrzymaliśmy się nad rzeką, żeby popływać, a przy okazji oczyścić się z kurzu, pyłu, potu i kawałków skał, ziemi, listków i gałązek, które znajdowały się w wielu niespodziewanych miejscach pod naszymi ubraniami.

Panowie, którzy mi towarzyszyli byli doświadczeni w boju i doskonale wiedzieli jak szybko dotrzeć na szczyt. Muszę przyznać, że i mi nie poszło najgorzej, chociaż w obu próbach, które podjęłam udało mi się dotrzeć zaledwie do połowy trasy, gdzie znajdował się najtrudniejszy fragment, którego nie potrafiłam pokonać. Wzbudzało to we mnie lekką frustrację, ponieważ wyżej trasa znowu była łatwa i gdyby tylko udało mi się znaleźć metr wyżej mogłabym prawdopodobnie bez problemu chwalić się teraz, że pokonałam całą. Ale nawet mimo pozornej porażki nie jestem rozczarowana – koledzy lojalnie przyznali się, że skałka, na której ćwiczyliśmy nie należała do najłatwiejszych i i tak są pod wrażeniem, że udało mi się wejść tak wysoko. Należy pamiętać, że była to moja absolutnie pierwsza styczność ze wspinaniem się. Emocje, które towarzyszyły mi podczas wysiłku były na pewno bardzo intensywne i nie dziwię się, że dla tak wielu ludzi chętnie powraca na skałki. Niestety, muszę też przyznać, że osobiście nie lubię aktywności, które potrzebują tak ogromnego wkładu siły, zdecydowanie wolę uprawiać sport mniej intensywnie, a dłużej. Dlatego też okropnie tęsknię za snowboardem, nartami i fitnessem. Na szczęście nawet w Chinach udaje mi się odnaleźć trochę czasu na bieganie, a długie piesze i rowerowe wycieczki należą tu do naszej codzienności.

Zdecydowaliśmy, że dziś nie będziemy się przemęczać – zostaniemy w łóżku, przeglądając zaległe zdjęcia i planując trasę naszej podróży po Tajlandii i Kambodży. Łukasz czuje się trochę lepiej, ale jeszcze jeden dzień odpoczynku może mu tylko pomóc, a ja nawet gdybym chciała to i tak nie mogłaby się za bardzo ruszać. Mam zakwasy na plecach i całych rękach, zaciśnięcie pięści jest prawie niemożliwe, a całe przedramiona, łokcie i łydki pokryte są małymi lub większymi otarciami, zadrapaniami i siniakami. Ale nie martwcie się – było warto! Teraz przynajmniej wiem, że wspinaczka nie zostanie moim ulubionym sportem 😉



Yangshuo, czyli jak to jest być nauczycielem

Październik 26th, 2013

No tak: nie działało, nie działało, aż tu nagle zaczęło działać… Blog znów śmiga, więc zapraszamy do lektury!

Nasza chińska przygoda powoli dobiega końca – wizy obowiązują tylko do 2 listopada. Długo zastanawialiśmy się, jak ułożyć dalsze punkty wycieczki, żeby wszystko się zgadzało. Ostatecznie zdecydowaliśmy się odpuścić Junan, prowincję leżącą na południowym-wschodzie Chin, która uznawana jest za jedną z najpiękniejszych okolic w całym kraju. Żeby się tam dostać, musielibyśmy spędzić dwa dni w pociągu (plus ponad dwa dni na powrót), a został nam już tylko ponad tydzień. Zamiast Junanu postanowiliśmy odwiedzić Kanton i Hong Kong, dwa ogromne ośrodki miejskie, na zobaczenie których nie starczyłoby nam czasu w pierwotnej wersji nastawionej na zwiedzanie Junanu.

Tymczasem kolejnym przystankiem na naszej trasie są malownicze okolice miasta Guilin. Nie tylko krajobrazy wprawiają nas tu w zachwyt. Miasto w którym mieszkamy – Yangshuo – wydaje się być najprzyjemniejszym, jakie póki co dane nam było tu odwiedzić. Tym razem nie mieszkamy też w bezosobowym hotelu, ale w tętniącej życiem szkole języka angielskiego. Jest tak fajnie, że postanowiliśmy zostać tu dłużej, niż zamierzaliśmy 🙂

Okolica
Wreszcie znaleźliśmy się daleko od zgiełku miast! Przytłoczeni ciągnącymi się w nieskończoność zatłoczonymi ulicami turyści od kilkudziesięciu lat chętnie odwiedzają urocze pagórki, spokojne rzeki i małe wioski położone w sąsiedztwie dobrze skomunikowanego z resztą kraju miasta Guilin. Objeżdżając na rowerze wszystkie okoliczne dróżki można poczuć jesienny wiatr we włosach i słońce na policzkach. Lokalni mieszkańcy pracujący na polach w uśmiechem witają każdego przejeżdżającego przybysza spragnionego chińskiego folkloru. Jesteśmy zachwyceni tym, jak bardzo naturalne nadal jest to miejsce. Mimo tego, że główna turystyczna ulica w Yangshuo nazywa się West Street, a w pubach przesiadują tam prawie tylko białasy nadal kilka kilometrów dalej można podejrzeć prawdziwe, wiejskie życie. Spokój i sielskość, jakiej tu doświadczamy trudno opisać słowami. Mam nadzieję, że oglądając nasze zdjęcia łatwiej będzie Wam zrozumieć dlaczego tak trudno nam stąd wyjechać.

Yangshuo
Miasto, w którym mieszkamy możemy porównać do Zakopanego. Gwarna główna ulica, mnóstwo kramików z rękodziełem i badziewiem, mnóstwo turystów. Na szczęście – tylko wieczorami!

W ciągu dnia backpackerzy rozpierzchają się, aby zażywać wszystkich dostępnych atrakcji. Okolice miasta znane są z pięknych widoków i doskonałych miejsc do wspinaczki.

Wypożyczalnie rowerów można znaleźć co kilka metrów, dzięki czemu dowolną zaplanowaną wycieczkę można odbyć na dwóch kółkach. Pobliskie rzeki można zwiedzić podczas „bambo drifting”, czyli spływu prostą tratwą zbudowaną z bambusa (lub plastiku, który bambus udaje). Amatorzy najbardziej klasycznej rozrywki górskiej też nie będą się nudzić – tras do pieszych wędrówek jest całe mnóstwo.

Oral English College
Już kilka miesięcy przed wyjazdem postanowiliśmy zorientować się w kwestii ewentualnych wolontariatów.
Pomogła nam w tym świetna strona www.helpx.net *, na której znaleźliśmy bardzo ciekawą ofertę: Wikt i opierunek w zamian za naukę angielskiego.
Szczegóły są proste: W zamian za uczestniczenie w English Tea, czyli konwersacjach na przygotowany wcześniej przez nauczycieli temat (godzina dziennie, o 18.00) oraz przedstawienie prezentacji na temat kraju, z którego pochodzimy otrzymujemy zakwaterowanie oraz dwa ciepłe posiłki dziennie (wspólny lunch o 12 i obiad o 17:30).

Uczniowie szkoły są w wieku 20-30 lat. Zazwyczaj to absolwenci studiów wyższych, którzy rozpoczęli już karierę zawodową i aby pomóc sobie w dostaniu awansu lub zmianie pracy na lepszą potrzebują zdobyć umiejętność mówienia po angielsku. Prawie nikt z nich nie ma jeszcze żony ani mężą, co (jak już wspominaliśmy) w Chinach jest bardzo ważną kwestią. Początkowo zastanawialiśmy się, dlaczego nasza obecność jest dla Szkoły tak wartościowa. Podczas pobytu tutaj zorientowaliśmy się, że nikt z Uczniów nie był nigdy za granicą, co więcej – rzadko (o ile w ogóle!) nie zdarzało im się spotykać osób spoza Chin, a tym bardziej z nimi rozmawiać. A już na pewno nie po angielsku! Dlatego też aż onieśmielają nas ich zachwyt nad naszą płynnością w posługiwaniu się tym językiem oraz ciągle powtarzające się pytania, czy w Polsce językiem urzędowym jest angielski? Zrozumieliśmy też, że fakt, że co najmniej godzinę każdego dnia rozmawiają z nami jest dla nich czymś bardzo wyjątkowym. Jemy wspólnie posiłki, więc nawet podczas lunchu gawędzimy, ciągniemy ich za język i subtelnie poprawiamy ewentualne błędy.

Wczoraj żegnaliśmy kilku Studentów, którzy zakończyli kurs. Podczas oficjalnego spotkania jedna z odchodzących dziewczyn powiedziała (oczywiście po angielsku), że zanim tu trafiła nie spodziewała się, że będzie kiedykolwiek tak swobodnie się wypowiadać w języku obcym, ani że będzie miała możliwość porozmawiać z obcokrajowcami i to nie raz, ani nie dwa, a dzień w dzień. Wtedy zrozumiałam, że nasza obecność jest dla nich naprawdę ważna i przynosi korzyść nam, Uczniom i właścicielom szkoły.

Oprócz nas w tej chwili wolontariuszem jest Evan, 24-latek z Nowego Jorku, absolwent architektury. Jako że też ma dużo wolnego czasu większość dni i wieczorów spędzamy z nim. Wymiana doświadczeń i poglądów na życie jak zwykle w przypadku takich międzykulturowych spotkań jest bardzo interesująca i cieszy nas niezmiernie, że jadąc do Chin można tak naprawdę poznać ludzi z całego świata. Utwierdza to moje przekonanie, że podróże zawsze są wartościowe. Przez kilka dni spotkaliśmy się też z Lesley, przesympatyczną Brytyjką w wieku naszych mam, która zrobiła sobie miesięczne wakacje od pracy w ośrodku pomocy społecznej i postanowiła w tym czasie odwiedzić Chiny.
Oprócz wolontariuszy szkoła zatrudnia normalnych nauczycieli. Dużo czasu spędzamy z Gavinem – Kanadyjczykiem, na oko 30-letnim kawalerem. Zanim dotarł tu, spędził 3 lata na Tajwanie również ucząc angielskiego. W Oral English College pracuje jako native speaker i prowadzi 4 godziny lekcyjne dziennie.

Nieopisaną korzyścią, jaką czerpiemy z pobytu tutaj jest też poznanie Studentów, czyli jakby nie było – naszych chińskich rówieśników. Większość z nich teoretycznie zna angielski wystarczająco, aby spokojnie się porozumieć. Znają słówka, reguły gramatyczne, wykuli pisownie na blachę. Ich największą bolączką jest jednak WYMOWA, czyli to czego nie da się ot tak „nauczyć z książki”. Język angielski jest ZUPEŁNIE inny od chińskiego, więc nauka poprawnego wymawiania słów przychodzi im o wiele trudniej, niż nam, Europejczykom z dowolnego kraju. Nie bez znaczenia jest też bardzo mały wpływ angielskojęzycznych mediów na media tutejsze – w telewizji praktycznie nie ma amerykańskich filmów, amerykańska muzyka nie jest popularna. W Polsce język angielski możemy usłyszeć na każdym kroku. Tu – prawie wcale. Co więcej – niezwykle ważne w języku chińskim tony i akcenty w angielskim są niemal bez znaczenia: Studentom ciężko zrozumieć, że słowa „Thank you” wypowiedziane przez Anglika i Australijczyka mogą brzmieć nieco inaczej, a znaczyć dokładnie to samo. I skoro tak, to czemu ich „sękju” jest niepoprawne?

Dziś uczestniczyliśmy w lekcji, podczas której Studenci prowadzili prezentacje dotyczące firm, w których dotychczas pracowali. Jak wiadomo, jak podczas każdej lekcji języka obcego najważniejsza była poprawność i kwiecistość języka, ale sam temat prezentacji też bardzo nas interesował.
1373557_2175691276295_489838684_n
Większość Studentów pracuje w przeróżnych fabrykach zajmujących się projektowaniem i wytwarzaniem części. Tak – słowo „części” pasuje tu jak ulał: mowa o tych wszystkich małych elementach, które sprawiają że drukarki drukują, silniki pracują, skrzynie biegów działają jak należy. Każda prezentacja składała się z bardzo podobnych informacji. W jednej firmie pracuje 50 osób i od kilku lat produkują lampy samochodowe (głównie dla Mercedesa i BMW); w drugiej – 1000 osób i tworzą plastikowe elementy dla ASUSa i Foxcona; w trzeciej – 100 i robią buty dla ZARY. Co ciekawe – niektórzy studenci wprost mówili, że nie mają pojęcia do czego wykorzystywane są niektóre wytwarzane przez nich części. Skrzynia biegów czy silnik? Ciężko powiedzieć – wiemy tylko, że zamawia to BMW…
Co ważne – w każdej prezentacji znalazły się też informacje na temat certyfikatów i norm spełnianych przez poszczególne firmy. Na ten temat napiszemy chyba osobną notkę, bo wszechobecna fascynacja tymi wszystkimi ISO strasznie nas dziwi.

* – Polecamy www.helpx.net, acz uprzedzamy, że dostęp do szczegółów każdego ogłoszenia wymaga założenia płatnego konta. W razie czego – bardzo chętnie podzielimy się z Wami naszym dostępem gdybyście chcieli porozglądać się za możliwością darmowego zakwaterowania w zamian za odrobinę pracy podczas Waszych podróży.



I po górach

Październik 21st, 2013

Wulingyuan już za nami – dziś po południu ruszamy do Guilin i Yangshuo: kolejnych miejsc, gdzie to przyroda odgrywa główną rolę. Zostaniemy tam do piątku, bo czas zaczyna naglić. Póki co – poniżej garść zdjęć z ostatnich dwóch dni.

PS. W ramach złośliwości rzeczy martwych – nasza strona ostatnio zaczyna szaleć. Postaramy się to okiełznać, ale póki co jej przeglądanie może być bardzo utrudnione.