Archiwum z Styczeń, 2013

Deszczowa końcówka

Styczeń 8th, 2013

Z ostatnią notką zawsze jest problem. Na koniec zawsze dużo się dzieje i szkoda czasu na szczegółowe opisy. Tak było i tym razem.
Ostatnie 2 dni w Izraelu mieliśmy spędzić w Tel Awiwie. Lejący od naszego przyjazdu deszcz zdawał się wymuszać na nas trzymanie się planu, ale… to by było zbyt proste.

O ile pierwszy dzień faktycznie przeznaczyliśmy na snucie się po T.A. (zobaczyliśmy m.in. plac Icchaka Rabina, nazywany tak od momentu zamordowania tam premiera Izraela; sporo ciekawej architektury i… metalowy kojec do przewożenia dzieci po ulicy), o tyle wczoraj już poszaleliśmy. Przed południem wymeldowaliśmy się z hostelu, zawieźliśmy bagaże na dworzec autobusowy (tak jak tydzień temu: zostawiamy w kiosku, odbieramy przed północną w knajpie) po czym szybko pobiegliśmy na dworzec kolejowy skąd odjeżdżają pociągi na północ. Półtorej godziny później byliśmy już w Akrze, jednym z najciekawszych miast północnego Izraela, dawnej twierdzy krzyżowców.

Stare miasto nas zauroczyło, nigdy nie widzieliśmy tak wzburzonego morza i nie jedliśmy tak pysznych lodów (daktylowo-kardamonowe!).

Zmierzchało już, kiedy ruszyliśmy dalej – do Hajfy. Też starożytne miasto, choć z jego starożytności niewiele już zostało. Dziś to przede wszystkim kosmopolityczne miasto portowe. Znów częściej od hebrajskiego i arabskiego słyszeliśmy rosyjski. Główną atrakcję – ogród Bahaitów ciężko nam ocenić: widzieliśmy go już po zmroku. Co innego najkrótsze i najmniej opłacalne metro świata – podziemna kolejka wjeżdżająca po zboczach góry Karmel. Czegoś takiego nigdzie nie widzieliśmy i pewnie nie zobaczymy… chyba, że komuś przyjdzie do głowy przenieść kolejkę na Gubałówkę pod ziemię.

Wieczorem wróciliśmy do Tel Awiwu, gdzie czekały nasze klamoty. Odbieraliśmy je z tej samej dworcowej knajpy co tydzień temu. Właściciel, Gruzin z Tbilisi (taki Łubin bez brody, za to 20 lat starszy i 50 kg cięższy), najwyraźniej pamiętał naszą rozmowę sprzed tygodnia. Wyściskał nas, po czym wrócił do gry w bilard z miejscowymi lesbijkami. Tak swoją drogą – znów dopiero łażąc po zmierzchu po tej niezbyt ciekawej okolicy można było zauważyć jak ciekawe to miasto: zamknięte w ciągu dnia pawilony zmieniają się w knajpy dla Etiopczyków. Następnom razom trzeba się będzie bliżej przyjrzeć temu wszystkiemu…

Prawie wszystko co słyszeliśmy na temat wyjazdu (z internetu, rozmów w hostelach itp) okazało się… nieprawdą. Ok, prawda – trzeba było przyjść wcześniej. Ale „tylko” 3 godziny wcześniej. My byliśmy 6 godzin przed wylotem, więc mieliśmy czas obejrzeć film i… ruszyliśmy na „przesłuchanie”. Tu znów spodziewaliśmy się najgorszego, a w odróżnieniu od babeczki, która wypytywała nas na wjeździe gadaliśmy z bardzo sympatycznym „panem z ochrony”. Jasne – zadawał mnóstwo szczegółowych pytań, ale uśmiechał się i wtrącał „przepraszam za osobiste pytanie, ale…”. Jasne – mina mu trochę zrzedła kiedy powiedzieliśmy o Iranie, poszedł po wsparcie drugiego delikwenta, ale nadal z była to raczej sympatyczna rozmowa o naszych podróżach niż „rozpytanie”. Opisaliśmy więc nasz wyjazd, wspomnieliśmy o meczu („Jaki mecz? Kto grał?”), wizycie w Yad Vashem, pogadaliśmy o Irańskim wypadzie… Wszystko w zupełnie innych nastrojach niż przy wjeździe. Wszystkie te formalności zajęły może z 25 minut. Ponadto – nie było żadnych naklejek z numerkami (wcześniej podobno klasyfikowano podróżnych wg stopnia „ryzyka”). Późniejszy stempel w paszporcie był już formalnością, a kilka godzin później wylądowaliśmy w Warszawie.

Do następnego!



Sobota dzień stopa

Styczeń 5th, 2013

Szabas za nami. Zapowiadał się kiepsko, okazał się wcale nie taki straszny.

Przygotowując się do wyjazdu czytaliśmy, że sobota (liczona od piątkowego zmierzchu do zmierzchu sobotniego) to w Izraelu dziwny czas. Tydzień temu za bardzo tego nie dostrzegliśmy – łaziliśmy po Górze Oliwnej i kościołach, kręciliśmy się po dzielnicy muzułmańskiej starego miasta Jerozolimy. Był to dzień, jak każdy inny. Wczoraj okazało się, że teraz może być trudniej. Wcześniej zaplanowaliśmy wypad z Ein Gedi do Masady, a po południu – przejazd przez Jerozolimę do Tel Awiwu. Zupełnie przy tym zapomnieliśmy, że w czasie Szabasu nie jeżdżą autobusy Eggedu – tutejszego PKSu. Autobus odjeżdżający do Jerozolimy w piątek o 14 był ostatnim – kolejny miał się zjawić w sobotę… po 19.

Kolejny dzień w wiosce na pustyni? Ta perspektywa na tyle przeraziła Adę, że zdecydowaliśmy się wziąć sprawę we własne ręce. Kciuk do góry i… łapiemy stopa! Pierwszy etap podróży poszedł całkiem nieźle. Minęło może 5 minut gdy zatrzymała się młoda dziewczyna (tę notkę pisze Łukasz: młoda = ok. 30 lat) słuchająca Tegan i Sary (w tym miejscu pozdrowienia dla Aleksandry B.!). Masada leży jakieś 16 km od Ein Gedi więc po chwili byliśmy już na miejscu – dziewczę podwiozło nas pod samą bramę, nadkładając dobre półtora kilometra lokalnej drogi.

Niedługo później chodziliśmy po ruinach starożytnej twierdzy wybudowanej przez Heroda. Wzniesiona na szczycie góry budowla jest bardzo ciekawa, choć decyduje o tym raczej jej położenie, niż stan zachowania. Kilka budowli tego typu już widzieliśmy, więc wymijająco możemy napisać: ot, takie Erebuni tylko dużo ładniej położone. Zamki w Syrii czy Persepolis robiły jednak dużo większe wrażenie.

Bardziej niż sama budowla zastanawia nas jednak cały patos tego miejsca. W skrócie – to w zasadzie takie „żydowskie Westerplatte”, które było ostatnim miejscem oporu w trakcie Powstania Żydowskiego (66-73)… „Woleli zabić siebie, swoje i swoje dzieci niż żyć jako niewolnicy!” słyszeliśmy dziś kilkanaście razy z ust kilkunastu przewodników. Turyści z podziwem kiwali głowami. W czasach, kiedy coraz głośniej dyskutuje się nad zasadnością Powstania Warszawskiego tu sławi się męstwo uczestników Powstania zakończonego totalną klęską, śmiercią prawie miliona Żydów i zniszczeniem największej ich świętości – Świątyni w Jerozolimie. Cóż…

W Masadzie zabawiliśmy jakieś 2 godzinki, chwilę później łapaliśmy kolejne okazje – krótką podwózkę do autostrady i kolejną (3 dziewczyny + pies!), do Ein Gedi gdzie zostawiliśmy bagaże. Gdy dojeżdżaliśmy – zaczęło kropić. Po raz pierwszy od kiedy jesteśmy w Izraelu.

Kolejnym celem po odebraniu bagaży miała być Jerozolima. Stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać, chociaż na serio się rozpadało. Podobnie chyba stwierdził kierowca pierwszego przejeżdżającego samochodu…
Zanim wsiedliśmy poinformował nas, że nie jedzie do Jerozolimy, a do Petah Tikva.
To mniejsze miasto, za Jerozolimą.
Pod Tel Awiwem.
Po jakimś czasie stwierdził, że… w zasadzie to może jechać i przez Tel Awiw.
Koniec końców podwiózł nas pod sam hostel.

Tak oto do Tel Awiwu nie dotarliśmy o 23 jak zakładał czarny scenariusz powrotu autobusami. Nie dotarliśmy też ok. 19 jak mieliśmy nadzieje dojechać jeśli uda nam się złapać okazję do Jerozolimy i tam przesiąść się w autobus. Byliśmy na miejscu przed 16 – niecałe 3 godziny po wyjściu z Masady.

Limit szczęścia chyba wyczerpaliśmy: w Tel Awiwie ciągle leje. Urządziliśmy sobie spacerek, ale ciężko mówić, że cokolwiek w mieście zwiedziliśmy. Cóż – zostały nam 2 dni. Teraz pozostaje liczyć, że poprawa pogody pozwoli realizować kolejne szalone plany.



Sól, pustynia, sól, sól, sól

Styczeń 4th, 2013

Tym razem meldujemy się z Ein Gedi.

Plusy tej sytuacji są takie:
a) udało nam się tutaj dotrzeć
b) ba, znaleźliśmy nawet nasz hostel
c) potaplaliśmy dupki w Morzu Martwym

Nie obeszło się jednak też bez elementów negatywnych:
a) Ein Gedi okazało się trzema hotelami rozrzuconymi luźno na środku pustyni, odległość między nimi to nawet kilka kilometrów
b) znaleźliśmy się przy niewłaściwym hotelu (dla wyjaśnienia patrz punkt wyżej)
c) z naszego hostelu do plaży jest ok. 1,5 km. Oczywiście pustynią.
d) na horyzoncie brak żadnego sklepu, kawiarni, restauracji, baru, kiosku, a nawet bankomatu, jeżeli znaleźlibyśmy jakiekolwiek miejsce, gdzie udałoby nam się wydać pieniądze
e) kąpiel w Morzu Martwym była chyba jedną z najobrzydliwszych rzeczy, jaka nas w życiu spotkała. Zaskoczeniem nie był poziom słoności (woo-hooo! 28%!), a raczej to, że ostatecznie woda w smaku jest nawet bardziej gorzka niż słona.

Oprócz tego po i w trakcie kąpieli można poczuć na skórze nieprzyjemną oleistą powłokę, którą trudno zmyć potem nawet pod bieżącą wodą. Po wyschnięciu wody na skórze zaś zostaje sól w czystej postaci. Gdyby skrupulatnie wyzbierać ją z całego ciała, myślę że wyszłoby kilka łyżek. Wejście do wody jest dramatyczne – na początku kamieniste z falami bardzo skutecznie walczącymi z naszą stabilnością, po kilku krokach (gdy woda sięga mniej więcej kolan) kamienie zaczyna porastać solny osad, który zgodnie z prawami fizyki i budową kryształków jest dość ostry. Pamiętajmy, że cały czas walczymy z przewracającą nas wodą!

Wiele osób wychodziło z poranionymi kolanami, stopami i łokciami. Myślę, że w połączeniu z cholernie słoną wodą musiały być to wyjątkowo bolesne urazy.

Pytacie więc, jak się bawimy? Jak zwykle wyśmienicie! 😉

Pointa
Właśnie zaczął się szabas. Wraz z piątkowym zmrokiem w całym Izraelu wszystko zamiera. Wszystko jest zamknięte, nie jeżdżą autobusy, nikt nie pracuje. Kolejna szansa na zakupy albo jakąkolwiek podróż przychodzi dopiero po całej nocy i całym dniu – podczas sobotniego zachodu słońca. Chyba właśnie utknęliśmy na pustyni… 😉



Pustynia, Zagłada, Stajenka, Mur

Styczeń 3rd, 2013

Ostatnie 2 doby upłynęły nam bardzo dziwnie – klimat (nie tylko w dosłownym znaczeniu) zmieniał się co parę godzin.

Wczoraj rano po krótkim plażowaniu wsiedliśmy w autobus, który w parę godzin przewiózł nas przez pustynię Negew. Łukasz pustynie uwielbia, Ada raczej nie, dlatego nasze wrażenia z podróży były zupełnie różne. Adzie ciężko było uwierzyć, że ktoś mógł pokonywać naszą drogę nie w ciągu paru godzin, a przez 40 lat. Łukasz tę historię łyka – widocznie im się podobało.
Wieczorem dojechaliśmy do Jerozolimy, połaziliśmy po wyludnionym o tej porze Starym Mieście.

Zazwyczaj wypełnione ludźmi uliczki po zmroku robią bardzo dziwne wrażenie – widać tylko pojedynczych ortodoksyjnych Żydów biegnących pod Ścianę Płaczu i arabskich chłopców snujących się ciemnymi zaułkami (większe grupki tychże są bacznie obserwowane przez uzbrojonych izraelskich żołnierzy).

Dziś z samego rana zaplanowaną mieliśmy totalnie inną atrakcję – wypad do instytutu Yad Vashem i muzeum Holocaustu.

Tam umówieni byliśmy z panią Ireną Steinfeldt, szefową działu Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, która wręczyła nam mapkę do drzewka upamiętniającego założyciela Polonii – Tadeusza Gebethnera. Oczywiście zobaczyliśmy też całe muzeum. Owszem, było dość ciekawe, chociaż jak łatwo się domyślić, omawiało temat raczej pobieżnie. Ciekawy zabieg jakim jest przedstawianie historii na przykładach osobistych przeżyć pojedynczych osób bardzo przemawia do wyobraźni i uczuć, ale nie sprawdza się przy przekazywaniu większej ilości wiedzy. W skrócie – wzruszaliśmy się, ale nie dowiedzieliśmy się w niczego nowego. Największe wrażenie zrobił na nas zniszczony fragment rękopisu wiersza znaleziony w łódzkim getcie, który jakoś tak pasuje do naszej sytuacji:

MARZENIE
…. ja mieć będę dwadzieścia lat,
…. oglądać nasz nasz piękny świat.
…. w wielkim ptaku motorze
…. w wszechświata przestworze.

Zaraz po Yad Vashem ruszyliśmy w zupełnie innym kierunku. Do Betlejem. Tu warto chyba wyjaśnić ważną kwestię: mapy „polskie” i „internetowe” różnią się od tych dostępnych w Izraelu. Na tych izraelskich terytorium Izraela jest dużo większe – obejmuje Zachodni Brzeg Jordanu, obszar który reszta świata uznaje za Autonomię Palestyńską. Wycieczka do Betlejem zakładała zwiedzanie właśnie tych rejonów i przeżycie na własnej skórze czym jest Mur oddzielający Izrael od Zachodniego Brzegu.

Przejście na „tamtą stronę” było proste. Ot – autobus z Jerozolimy zatrzymał się przy „granicy”, weszliśmy do jakichś pomieszczeń, a kilkadziesiąt metrów dalej wyszliśmy już po drugiej stronie. Żadnych przeszukiwań (!!! w tym kraju, gdzie prześwietla się torebki wchodzącym do marketu), żadnego sprawdzania paszportu, ba – nikogo na tej „quasigranicy”.
Parę minut później byliśmy już w Bazylice Narodzenia Pańskiego.

Ciężko powiedzieć czy to kwestia małej ilości pielgrzymów czy samego wyglądu tego miejsca, ale kościół ten był jednym z najprzyjemniejszych jakie przyszło nam tu odwiedzić. Kolejne – Grota Mleczna i Pole Pasterzy w Bejt Sahur też były w porządku, ale myślami byliśmy nie 2000 lat temu, a tu i teraz: Ciekawsze wydawało nam się obserwowanie życia „po drugiej stronie Muru”, gdzie kolor tablicy rejestracyjnej decyduje o przynależności do grupy uprzywilejowanej, a prace Banksy’ego znaleźć można co parę kroków.

W drodze powrotnej wybraliśmy się na spacer wzdłuż Muru. Wiszące na nim relacje dziwnie przypominały coś, co przeżywaliśmy parę godzin wcześniej…
Uczucie to pogłębił powrót na stronę Izraela: tu bagaże były już prześwietlane, podróżni dzieleni kołowrotkami na mniejsze grupy, a celnicy siedzieli za kuloodporną szybą i wszystkie komendy wydawali poprzez głośniki. Już sam ten ostatni fakt sprawiał bardzo nieprzyjemne wrażenie. Co ciekawe – paszportów nikt nam nie sprawdzał. Ada przytknęła do szybki celnika stronę z wizą – machnął, żeby szła dalej. Ja – stronę ze swoim zdjęciem – zareagował tak samo. Arabowie przykładali dokładnie pozwolenia i skanowali odciski palców… Co kraj, to obyczaj.

Jutro kolejna zmiana klimatu. Rano jedziemy w kierunku Morza i Soli. Kolejna notka – z Ein Gedi.