Archiwum z for 2012

Sun, sand, sea, Russians

Grudzień 31st, 2012

XXI wiek – wczoraj rano błąkaliśmy się jeszcze po Jerozolimie, żeby zachód słońca zobaczyć w Jaffie. Chwilę później oglądaliśmy już mecz Makkabi Tel Awiw – Hapoel Hajfa, żeby zaraz po nim znaleźć się w autobusie nocnym do Eilatu. Dziś słońce praży, jest z 25 stopni, ale na szczęście wieje lekki wiatr, więc pogoda w sam raz do opalania. Tak też robimy: dzisiejszą notkę sponsoruje plaża miejska w Eilacie, nad Morzem Czerwonym.

Wrócę jednak do wczoraj – plan, który sobie założyliśmy był dość ryzykowny i w sumie mamy dużo szczęścia, że udało nam się go zrealizować. Zacząć trzeba od tego, że… pospaliśmy sobie. Planowaliśmy wstać jak najwcześniej, wejść na Wzgórze Świątynne i zobaczyć meczety, które póki co podziwialiśmy tylko z dystansu. „Jak najwcześniej” okazało się być godziną 11, co gorsza okazało się, że Wzgórze można odwiedzać tylko po 12. Cóż – do Jerozolimy wracamy za 4 dni, więc Wzgórze poczeka. Namierzyliśmy autobus na dworzec kolejowy i pojechaliśmy do Tel Awiwu. Wiedzieliśmy, że o 20:00 ma się odbyć szlagierowy mecz, ale nie mieliśmy pojęcia czy znajdą się dla nas bilety. Zaraz po meczu chcieliśmy ruszyć dalej – nasz couchsurfer zmienił plany i nie mieliśmy noclegu w Tel Awiwie. Stwierdziliśmy, że zamiast siedzieć w stolicy, którą na pewno odwiedzimy jeszcze później, możemy zobaczyć Eilat – jedyne miasto na południu kraju, malowniczo położone nad Morzem Czerwonym wzdłuż króciutkiej izraelskiej linii brzegowej (ma zaledwie 11 km), pomiędzy egipską Tabą a jordańską Akabą. Początkowo nie planowaliśmy zapuszczać się tak daleko. Dowiedzieliśmy się również, że do Eilatu kursuje nocny autobus. Sęk w tym, że linia jest dość oblegana i mogło się okazać, że biletów już nie ma.
W czarnym wariancie:
a) jednak zostajemy w Tel Awiwie (nie mając zaklepanego hostelu)
b) meczu i tak nie zobaczymy
Na szczęście – nic z tych rzeczy: stadion był niemal pełen, ale że byliśmy wcześniej – bilety kupiliśmy bez problemu. Podobnie z biletami na autobus. Ba: okazało się, że chociaż przechowalnia bagażu otwarta jest tylko do 18 – możemy zostawić nasz klamoty i odebrać je do północy na dworcowej knajpce.

Sam mecz był jednym z ciekawszych jakie dane nam było oglądać w trakcie naszych podróży. Dwie najsilniejsze drużyny Izraela, wspomniany już pełen stadion, kilkudziesięciu gości z Hajfy, kilka sektorówek, pierwszy gol w pierwszej minucie, a co najważniejsze – grad bramek. Obrona i bramkarze zadbali o nas – mecz zakończył się wynikiem 6:2! Chyba po raz pierwszy w dziejach blogaska umieścimy pełną relacje zdjęciową – jest co oglądać.

Tymczasem teraz odpoczywamy w turystyczny kurorcie i wspaniałe miejscu do plażowania. Tak właśnie spędziliśmy prawie cały dzisiejszy dzień. Z ciekawostek możemy zdradzić, że Ada znowu zapomniała kostiumu i robiliśmy napad na lokalny bazar. Tym sposobem prawdopodobnie zgromadzimy kolekcję kostiumów kąpielowych nie do zdarcia do końca życia – ostatnia tego typu przygoda zdarzyła nam się w Dubaju.

A z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku chcielibyśmy złożyć naszym wytrwałym czytelnikom najlepsze życzenia:
– żeby pogoda zawsze była taka jak w Eilacie
– żeby zawsze Wam się udawało, tak jak nam z kupnem biletów w ostatniej chwili
– samych zwycięstw, i to takich jak Makkabi z Hapoelem
– pełnego zrozumienia, akceptacji i tolerancji dla innych, które potrzebne jest zawsze i wszędzie, a szczególnie tu, gdzie teraz jesteśmy
– przeżyć i wspomnieć tak słodkich jak najprawdziwsza baklawa
– tyle wolnego czasu, ile niespodziewanie dostajemy podczas lotu transatlantyckiego. I dużo lotów transatlantyckich dla wszystkich, którzy by chcieli! 🙂

PS: Poniżej galeryjka i skrót meczu 🙂



Jerozolima II

Grudzień 30th, 2012

Nie chcemy, żeby nasz blog był wyłącznie dziennikiem naszej podróży, dlatego nie zaczniemy od zdania „Drugi dzień w Jerozolimie za nami”. Jerozolima to dziesiątki „stałych punktów programu” i miejsc „bez których zobaczenia nie można mówić, że się tu było”. Trochę daliśmy się porwać temu zjawisku i teraz nam wstyd.

Z perspektywy dzisiejszego dnia możemy stwierdzić, że MOŻNA być w Jerozolimie i nie odwiedzić Kaplicy Wniebowzięcia. Można nie przejść Via Dolorosa. Ogrójec i jego prastare oliwki to fajne miejsce, którego cała magia pryska gdy zestawi się je z dziesiątkami pielgrzymów fotografujących się z każdym drzewkiem po kolei. Tak samo wszystkie poszczególne kaplice i kościoły, które dziś odwiedziliśmy na Kościele Grobu Pańskiego kończąc.

Ada była zniesmaczona, Łukasz zainteresowany. Bo jak nie być zainteresowanym Nigeryjczykiem, który pod krucyfiksem w Kaplicy Ukrzyżowania podnosi pięść i krzyczy „Thank You Jesus! Thank you for your love and mercy!”? Jak nie być zainteresowanym, kiedy kobity całujące Kamień Namaszczenia kładą na niego swoje torebki? Spodziewaliśmy się folkloru – Lichenia. A tu niespodzianka: folklor to raczej turyści-pielgrzymi niż wszystkie te miejsca.

Marudzenie marudzeniem, ale Jerozolima nadal pod wieloma względami nas fascynuje.
Wypad na górę Oliwną kosztował nas 11 szekli (jakieś 9 zł), choć gdybyśmy zgodzili się na stawki taksówkarzy – kosztowałby 80 (czyli złotych 70).

Szaliki Manchesteru United na suku przestały nas dziwić. Co innego kipa/jarmułka z herbem i nazwą tej drużyny. Jedyne 30 szekli.
Vis a vis VIII stacji Drogi Krzyżowej jest kafejka internetowa. Tak jak w Damaszku, Erewaniu i Isfahanie – rządzi Counter Strike.

Dobre 20 minut szukaliśmy miejsca gdzie można napić się piwa, a w końcu to my zostaliśmy znalezieni przez „naganiacza” jednej z knajpek ukrytych w bocznych uliczkach. W samej knajpie stolik obok „wylaszczonych” dam popijających drinki siedział ortodoksyjny Żyd, a zza paska jego kolegi wystawał pistolet. Żeby było ciekawiej – knajpa nazywała się Habibi, więc zapewne prowadzili ją Arabowie…

Na jutro zaplanowaliśmy MNÓSTWO atrakcji, więc najbliższa notka powstanie pojutrze. W sylwestra. Sami jesteśmy ciekawi skąd ją napiszemy :>



Lądowanie we Władysławowie

Grudzień 28th, 2012

Poszło lepiej niż się spodziewaliśmy.

Boeing 737 LOTu wystartował, zamknęliśmy oczy, a po chwili stewardessa oznajmiła, że za chwilę lądujemy. Lotnisko Ben Guriona pod Tel Awiwem robi ogromne wrażenie, chyba nawet większe niż port lotniczy w Dubaju. Ogromne przestrzenie, ściany wyciosane z białego piaskowca – wszystko to „wkręca” w starożytny klimat. Niestety – klimat klimatem, a już po chwili czekała nas dość trywialna procedura, której (jak wiecie) trochę się obawialiśmy. Wybraliśmy tą jedną spośród kilkudziesięciu budek odprawy paszportowej i ustawiliśmy się w krótkiej kolejce. Pani celnik (młoda dziewucha – pewnie ze służby zasadniczej) szybko zorientowała się w materii. Po kilku kurtuazyjnych pytaniach (po co jedziemy? gdzie? na ile? ile mamy pieniędzy? szekle czy złotówki? jaki limit na kartach kredytowych? gdzie będziemy spać? jaki hostel? CO TO JEST COUCHSURFING? Czy znamy naszego couchsurfera? Jak na na imię? Jak będziemy się przemieszczać?) przeszła do konkretów (po co byliśmy w Iranie? jak długo? czemu w paszporcie Łukasza nie ma wizy? czemu wymienił paszport?). Pokonsultowała się z koleżankami z budek obok, kilka razy gdzieś przedzwoniła, poczekała jakieś 2 minutki i… wbiła nam stemple graniczne.

Cóż, wygląda na to że nieprędko przyjdzie nam wrócić do „wrogich krajów”. Tak czy siak – parę minut później czekaliśmy już na pociąg w kierunku Tel Awiwu, a po godzince z haczkiem byliśmy w drodze do pierwszego celu naszej podróży – Jerozolimy.

Garść nieuporządkowanych spostrzeżeń:

– Nigdzie nie widzieliśmy tylu uzbrojonych ludzi. Na dworcu oprócz uzbrojonej ochrony – mnóstwo żołnierzy „w cywilu” z karabinami przewieszonymi przez ramię (M4A1, żadne tam kałasze).
– Rzuca się w oczy różnorodność wśród Żydów: Aszkenazyjczycy (z Europy), Sefardyjczycy (z Afryki) – różni, ale zachowują się i mówią podobnie. Co innego Rosjanie – bez żadnych ogródek mówiący do siebie po rosyjsku i.. emigranici z Somalii/Etiopii. Jak na dłoni widać, że asymilacja przebiega tu bardzo nierównomiernie.
– Ceny są nieco wyższe niż w Polsce (przynajmniej w Jerozolimie), ale taksówki znacznie tańsze.
– Palestyńczycy chcą być i są widoczni. Taksówkarz słucha radia Filistine; arabski słyszy się w Jerozolimie niemal tak samo często jak hebrajski; na targu w muzułmańskiej dzielnicy mnóstwo koszulek o „Wolnej Palestynie”.
– Hebrajski jest podobny w brzmieniu do Niemieckiego. Wg Ady, ale ja jej wierzę.

– Jerozolima jest pięknym miastem. Łukaszowi bardzo przypomina Damaszek – ten był bardziej zielony, ale Jerozolima jest z kolei ciekawiej położona (mnóstwo ulic w górę, w dół, mnóstwo pięknych widoków).
– Tylu pielgrzymek nie widzieliśmy w życiu.

Mieszkamy w ciekawym hostelu. Z jednej strony – pokój jest mały, drogi i raczej nieciekawy. Z drugiej – mieści się w najciekawszym budynku w jakim przyszło nam mieszkać i w doskonałym punkcie wypadowym – na Starym Mieście, minutę od głównej ulicy; 2 minuty od Bramy Jaffy; 7 minut od Ściany Płaczu; 7 minut od Kościoła Grobu Pańskiego. Jakby tego było mało – taras na dachu zapewnia piękny widok w każdą stronę. Cudo.

Właśnie zaczął się Szabas. Nachodziliśmy się dziś za wszystkie czasy (wspominałem o ulicach w górę i w dół? setki stopni.) więc udajemy się na zasłużony odpoczynek.
Jutro… w sumie nie wiemy co jutro. Może przejedziemy się do Betlejem albo wpadniemy na Górę Oliwną? Się zobaczy, a póki co pozdrawiamy!



Zaczynamy

Grudzień 28th, 2012

Przylecieliśmy. Wpuścili nas. Ale o tym wszystkim później. Teraz odsypiamy.