Archiwum dla kategorii ‘Malezja’

Hall of Fame

Luty 15th, 2014

Najwyższy czas na podsumowanie pierwszej części naszego wyjazdu: części podróżniczej, w trakcie której przemierzyliśmy blisko 7000 kilometrów odwiedzając 5 państw. Podsumowanie będzie jednak dość nietypowe, opiszemy bowiem tylko jeden, ale najważniejszy element naszej podróży. Naszych przyjaciół, których poznaliśmy w jej trakcie.

Ania i Michał
czyli nasza rodzima para celebrytów ( więcej dowiecie się z onetu! ), z których gościny korzystaliśmy w Szanghaju. To oni wprowadzali nas w kulinarny świat Państwa Środka, to oni przedstawiali nam Chiny, o których wcześniej tylko czytaliśmy i wyjaśniali przeróżne kulturowe różnice, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Dzięki nim skok na głęboką wodę, jakim były pierwsze dni w Chinach nie był niczym strasznym!

Agata
która – zupełnie niespodziewanie – udostępniła nam swoje szanghajskie mieszkanie podczas swojej nieobecności. Było to dla nas bardzo miłe zaskoczenie i kolejny dowód na to, że można, a czasem nawet warto ufać ludziom. To z Agatą przeżyliśmy też najbardziej szaloną przygodę, jaka spotkała nas w pierwszych tygodniach podróży: nie każdą noc spędzamy wszak łapiąc bezpańskie koty na chińskich blokowiskach, niezbyt często wozimy je też taksówką od weterynarza do weterynarza… Jedno jest jednak pewne – takie atrakcje sprawiają, że nieznajomi jakby nie było ludzie, bardzo szybko mogą się zaprzyjaźnić.

Paulina i jej mąż
którzy zaprosili nas do swojego hotelu w małym, 600-tysięcznym miasteczku pod Wuhanem.

Tej przygody z braku czasu również szczegółowo nie opisaliśmy. Paulina poznała Adę kilka lat temu podczas swojej wizyty w Polsce i zostawiła jej swój adres z nadzieją, że kiedyś, w odległej przyszłości, kiedy Ada będzie w Chinach, będzie mogła ją odwiedzić. Okazja nadarzyła się zaskakująco szybko! Jadąc do Yinmeng nie spodziewaliśmy się, że „rodzinny hotel” okaże się najwyższym wieżowcem w mieście i że ugoszczeni zostaniemy iście po królewsku: kolacją z kilkunastu dań i własnym apartamentem hotelowym. Nie spodziewaliśmy się też, że na dworzec w innym mieście zawiezieni zostaniemy limuzyną. Mamy nadzieję, że będziemy mieli okazję się zrewanżować 🙂

Gavin, Stone, Lesley, Doreen, Flora, Cannon i wszyscy inni, których poznaliśmy w Oral English College

Kilkanaście dni, które spędziliśmy w Yangshuo były naprawdę wyjątkowe. Po raz pierwszy mieliśmy okazję sprawdzić się jako nauczyciele angielskiego za granicą, a dzięki fantastycznej atmosferze doświadczenie to było zupełnie bezstresowe i dawało mnóstwo satysfakcji. Zarówno inni nauczyciele jak i wszyscy uczniowie stanowili zgraną paczkę – każda lekcja, każdy wspólny obiad i każde wyjście na miasto było przygodą. Żałowaliśmy, że w tej bajkowej krainie (pamiętacie te malownicze górki i wijącą się między nimi rzekę?) nie mogliśmy zostać dłużej. Niestety – wygasająca wiza zmusiła nas do wyruszenia w kierunku Hong Kongu.

Evan
którego również poznaliśmy w Yangshuo zasłużył sobie na oddzielny rozdział w naszym pamiętniku.

Już opuszczając szkołę czuliśmy, że bardzo fajnie byłoby spotkać się ponownie. I tak też się stało. Parę tygodni później włóczyliśmy się razem po Kambodży, niedługo potem znowu spotkaliśmy się w Tajlandii i razem wyjechaliśmy do Malezji. Zakręcony na punkcie baseballa Nowojorczyk razem z nami odkrywał Azję, a przy okazji pomagał zrozumieć swoją ojczyznę. I tak – strasznie mu zazdroszczę, że był na ostatnim meczu Wayne’a Gretzkyego! Evan po kilku miesiącach w Azji poleciał do Maroko ze swoim przyjacielem Garrym, o którym za chwilę, a teraz zwiedza Hiszpanię. A nasze opowieści o Polsce tak bardzo mu się spodobały, że postanowił skrócić tydzień, który zaplanował na Pragę na końcu swojej podróży i odwiedzić jeszcze Kraków i Oświęcim.

Garry
alias Monkey Man!

Przyjaciel Evana, który wychowywał się na Brooklynie. Garry wspina się na skałkach, jest otwarty, szczery, zawsze uśmiechnięty i niemal automatycznie podrywa każdą dziewczynę z którą rozmawia. Ot – typowy Amerykanin. Ale Chiny to jego drugi dom: spędza tam rokrocznie kilka miesięcy, przy okazji zwiedzając wszystkie okoliczne kraje i… tamtejsze skały. Do tego ma niesamowity talent do nauki języków, więc oprócz chińskiego stara się opanować wietnamski i kambodżański. A jakby tego było mało: na nazwisko ma tak, jak jedna z przygód Jamesa Bonda!

Kenneth i Ben
Kenneth był naszym CouchSurfingowym hostem w Hong Kongu, a Australijczyk Ben był innym jego gościem, który okupował jego kanapę w tym samym czasie, co my. Wspólnie przegadaliśmy kilka wieczorów, dzięki czemu łatwiej nam przyszło zrozumienie tego fascynującego państwa-miasta. Kenneth pokazał nam niezwykłe okolice, które pamięta ze swojego dzieciństwa i zabrał na plażę. A w sobotni wieczór udaliśmy się wszyscy na spotkanie CouchSurferów, gdzie poznaliśmy jeszcze więcej ciekawych osób.

Terrence
czyli nasz kolejny host, tym razem w Bangkoku. Z wielkim zapałem wprowadzał nas w świat tajskiej kuchni – dacie wiarę, że od 3 lat codziennie jada na mieście tworząc interaktywny przewodnik po restauracjach, knajpach i knajpkach stolicy Tajlandii? Gościliśmy u niego dwa razy i… mamy nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy!

Zosia i Jacek
Sytuacja jak z filmu – na tajskiej wyspie Ko Chang zatrzymujemy dzieloną taksówkę, a tam siedzi para Polaków, która na powitanie mówi nam: my się chyba znamy! I faktycznie – szybko się okazało, że poznaliśmy się już gdzieś kiedyś w Warszawie, a na dodatek Ada studiuje z Zosią na tej samej uczelni i ma mnóstwo wspólnych znajomych.

Razem spędziliśmy blisko 2 tygodnie – to w Tajlandii, to w Kambodży. A ploteczki o znajomych gdzieś na drugim końcu świata to fantastyczna sprawa!

Luis, Renato, Marcus i cała brazylijsko-szwedzko-szkocko-grecka ekipa z Siem Reap
Ada lubi organizować, więc zorganizowała świetny dzień dla 10 osób. Żeby zaoszczędzić, a zarazem ciekawiej spędzić czas wynajęliśmy busik i razem jeździliśmy cały dzień po ruinach Angkoru. Oprócz tego spędziliśmy kilka wieczorów wymieniając się doświadczeniami i wrażeniami z dotychczasowych podróży.

Patrycja i Kuba
Kolejna para Polaków poznanych na szlaku, również w Tajlandii. Spotkaliśmy się w trakcie jednodniowej wycieczki i wspólnie spędziliśmy kilka dni narzekając na komercjalizację tego egzotycznego kraju. Mimo tego, że nasi nowi znajomi mieszkają we Wrocławiu i zajmują się czymś zupełnie innym, niż my, to mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów.

Michelle i Piotrek
czyli ci, dzięki (albo przez) których trafiliśmy do Dżakarty.

Piotrek jest Polakiem urodzonym w Indonezji i tu spędził pół życia, a Michelle to jego dziewczyna, która pochodzi z Ameryki, ale zawsze podkreśla, że jej dziadek był Polakiem. Mieszkają w centrum Dżakarty i ich mieszkanie było naszym domem zanim znaleźliśmy i wynajęliśmy swoje własne. Piotrek to stary znajomy Łukasza i to on wpadł na całkiem ciekawy w swoich skutkach pomysł skontaktowania go z indonezyjską firmą start-upową, która tworzy gry na komórki. A żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, dodamy, że pierwszy raz spotkaliśmy się na Penang. Wspólnie poznawaliśmy tam malezyjską kuchnie i sztukę uliczną, ale przede wszystkim rozkoszowaliśmy się eklektyczną i przepyszną kuchnią George Town, która słynie na całą Azję.

Julius
filmowiec z Medanu, z którym spotkaliśmy się już pierwszego dnia po przyjeździe do Kuala Lumpur.

Był tam w krótkiej delegacji, którą postanowił nieznacznie przedłużyć, żeby zobaczyć miasto i spędzić Sylwestra. Nauczył nas bardzo dużo o miejscu, w którym spędzimy najbliższe kilka miesięcy, a my… opowiadaliśmy mu o Polańskim, Kieślowskim i Holland! Razem spędziliśmy Sylwestra ucząc się bahasa i polskiego.

Leonard
Niby łowca głów (dosłownie! pochodzi z plemienia Dajaków z Borneo), ale muchy by nie skrzywdził! Fantastyczny gospodarz, który każdego dnia pokazywał nam jak wygląda życie w Kuala Lumpur. Zwłaszcza: życie nocne! Karaoke z nim to kolejny z tych momentów, które z pamięci nie dadzą się wymazać (choćby bardzo się chciało 😉 Leonard jest zdecydowanie najbardziej szalonym CouchSurferem, jakiego dotąd spotkaliśmy. Przez jego kanapę, a raczej materac na podłodze, przewijają się dziesiątki gości, czasami w tym samym czasie! Leonard jest niebywale gościnny i pomocny. Mam nadzieję, że podczas swoich podróży spotyka się z tak samo gorącym przyjęciem, bo jeżeli nie, to przestanę wierzyć w Karmę.

20-DSC_4694
Ala
Przesympatyczny Jemeńczyk, współlokator Leonarda, na którego pomoc zawsze mogliśmy liczyć. Jego opowieści o Jemenie sprawiły, że znów zatęskniliśmy za bliskim wschodem.


Jessie

Chinka z Szanghaju, dla której praca w Kuala Lumpur to nic innego jak pierwszy krok w wielki świat. Zafascynowana zachodnią kulturą, inteligentna i supersympatyczna gościła nas w swoim mieszkanku z niebywałym widokiem i… fantastycznym basenem na dachu! Razem robiliśmy rajdy się po knajpach zwiedzając wszystkie miejsca, w których panie mogą częstować się alkoholem za darmo.

Kyuhee

Szalona Koreanka, dla której KL jest nowym domem na czas studiów. Wspólnie z Jessie i Adą degustowały sangrie i drinki wszędzie tam, gdzie dostawały je za darmo 😉 Opowiadała nam o Korei zajadając gołąbki zrobione przez Adę i raczyła nas swoim australijskim akcentem wyćwiczonym podczas roku spędzonego w Sydney.

Apel i jej rodzina

Nasza szefowa i gospodyni, u której gościliśmy pod koniec naszej podróży. To ona dała nam możliwość pracy w malezyjskim biurze podróży, codziennie zabierała nas na wyjątkowy obiad, a wieczorami zapraszała do rodzinnego domu. To dzięki niej poznaliśmy prawdziwą, wielokulturową Malezję.

Powyższa lista oczywiście nie jest kompletna. Spędzaliśmy czas z wieloma innymi osobami – każdy hostel, każda impreza to dziesiątki przesympatycznych ludzi, którzy w większy lub mniejszy sposób ułatwiali nam podróż. Pomagało nam również wielu nieznajomych, których imion nigdy nie poznaliśmy. Tu musimy wspomnnieć przesympatycznego pana o głosie Mistrza Yody, który podrzucił nas z Butterworth do autostrady – to postać, z którą spędziliśmy raptem 15 minut, a mimo tego na pewno do końca życia nie zapomnimy, jak pomocni potrafią być ludzie. Nie dość, że podjął się zawiezienia nas na autostradę, chociaż wcale nie wybierał się w tym kierunku, to na pożegnanie dopytywał kilka razy, czy na pewno mamy pieniądze, bo jeżeli nie, to on może nam trochę dać, no bo jak to tak podrózować bez pieniędzy?

To właśnie oni – wymienieni wyżej, lecz także ci „bezimienni” – sprawili, że nasza podróż była udana. Dziękujemy i… do zobaczenia!



Sobota w kuchni i niedziela na wsi

Styczeń 19th, 2014

Weekend minął jak z bicza strzelił. W sobotę Ada pichciła polskie dania dla całej rodziny. Obyło się bez szoku kulturowego: wszystkim smakowało. I krokiety, i barszczyk, i gołąbki, i ciasta wyszły super (chociaż nie obyło się bez przygód: kto mógł przewidzieć, że „sos pomidorowy” z Tesco okaże się tanim keczupem?). W niedzielę – wyjechaliśmy za miasto świętować urodziny nestora rodu.

Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.

Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.

Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.

Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.

 
Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.

Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.

 
 
 
 
Poranne atrakcje w okolicy.Poranne atrakcje w okolicy.

Poranne atrakcje w okolicy.

 
Rodzina WooRodzina Woo

Rodzina Woo

Zupa z małżyZupa z małży

Zupa z małży

 
Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.

Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.

Ada dostała mięsko z policzka!Ada dostała mięsko z policzka!

Ada dostała mięsko z policzka!

 
Rodzinny obiadekRodzinny obiadek

Rodzinny obiadek

 
Prezentacja owoców morza.Prezentacja owoców morza.

Prezentacja owoców morza.

 
Prezentacja owoców morza II.Prezentacja owoców morza II.

Prezentacja owoców morza II.

Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...

Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...

 
WęgorzeWęgorze

Węgorze

 
 
Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...

Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...

 
 
...bo okolica nie poraża uroda....bo okolica nie poraża uroda.

...bo okolica nie poraża uroda.

 
Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).

Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).

Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.

Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.

 
Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.

Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.

A to papajaA to papaja

A to papaja

 
 


Jaskinia Boga Wojny

Styczeń 17th, 2014

Thaipusam (po tamilsku: தைப்பூசம்) to hinduistyczne święto obchodzone podczas pełni księżyca w trakcie tamilskiego miesiąca Thai. W jego trakcie wierni wspominają moment otrzymania włóczni Vel przez boga wojny Murugana.
Dla hinduistycznej społeczności Malezji jest to jedno z najważniejszych świąt – ważnych tak bardzo, że w niektórych stanach uznaje się je za święto publiczne, dzień wolny od pracy. Tak jest w Kuala Lumpur, gdzie tradycyjnie świętuje się w położonych nieopodal miasta jaskiniach Batu.

U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

 

Z obchodzeniem Thaipusam wiąże się kilkanaście różnych zwyczajów, którym mieliśmy dziś okazję przyjrzeć się dokładniej. Powiemy szczerze – hinduizm to wciąż religia, z której zaklasyfikowaniem i zrozumieniem mamy największy problem. Mimo to – próbujemy!

Thaipusam kończy okres postu, umartwiania się – wcześniej przez 48 dni wierni śpią tylko na podłodze, myją się tylko w zimnej wodzie, nie jedzą mięsa i wstrzymują się od pokus cielesnych. W dzień święta – udają się do jaskini niosąc ze sobą mleko, czy to w naczyniach (tzw. Pal Kavadi), czy w specjalnych udekorowanych „nosidłach” (tzw. Vel Kavadi). Te ostatnie (bardziej przypominające ołtarze niż narzędzia) dźwigają na własnych plecach. Vel Kavadi to taka „dużo ostrzejsza” wersja zwykłego noszenia mosiężnego garnuszka. Żeby nie było więc za łatwo – wierni konstruują „nosidła” tak, by były jak największe i jak najcięższe (po kilkadziesiąt kilogramów).

Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

 

Po drugie – często wbijają je we własne ciało specjalnymi haczykami bądź zmyślnie skonstruowanym stelażem. Po trzecie – jakby to było za mało – przekłuwają usta i języki symboliczną włócznią.

Tak przygotowani – ruszają z położonej w mieście świątyni do leżącej 15 kilometrów dalej jaskini Batu. Jaskini, której wejście znajduje się na końcu długich, 272 stopniowych, schodów.
Cała ceremonia upamiętnia boga wojny – nie ma więc tu miejsca dla mięczaków. Umęczeni pielgrzymi nie marudzą, a przed decydującą wspinaczką tańczą z całym osprzętem na plecach…

Tyle odnośnie teologii. Od siebie dodamy, że Thaipusam było tak fascynujące jak wygląda w opisie i na zdjęciach. W okolicach jaskiń spędziliśmy kilka godzin – przez cały czas otaczały nas setki tysięcy pielgrzymów. Tłumy większe niż na znanych nam pielgrzymkach, większe niż na meczach na Euro, większe niż na koncertach. Nie musimy chyba dodawać, że umartwiający się przy pomocy włóczni wierni stanowili dużo ciekawszy obrazek niż pielgrzymi na Jasnej Górze, kibice Małysza czy fani Rolling Stonesów (chociaż ci ostatni też są nie w kij dmuchał). Po raz kolejny zobaczyliśmy w Malezji coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy.

Golenie głów - kolejna z form "umartwiania się".Golenie głów - kolejna z form "umartwiania się".

Golenie głów - kolejna z form "umartwiania się".

Na ogoloną głowę nakłada się coś, co... wygląda dziwnie.Na ogoloną głowę nakłada się coś, co... wygląda dziwnie.

Na ogoloną głowę nakłada się coś, co... wygląda dziwnie.

 
U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

U stóp schodów do jaskini. Pomnik Murugana trzymającego włócznię Vel. Podobno - najwyższy na świecie.

 
Polsko-koreańsko-francuska pielgrzymka do jaskiń Batu.Polsko-koreańsko-francuska pielgrzymka do jaskiń Batu.

Polsko-koreańsko-francuska pielgrzymka do jaskiń Batu.

 
Schody do jaskini. W środku - Kavadi.Schody do jaskini. W środku - Kavadi.

Schody do jaskini. W środku - Kavadi.

 
 
Ada gwiazdą telewizji tamilskiej.Ada gwiazdą telewizji tamilskiej.

Ada gwiazdą telewizji tamilskiej.

Kyuhee też.Kyuhee też.

Kyuhee też.

 
Garnuszki z mlekiem tędy.Garnuszki z mlekiem tędy.

Garnuszki z mlekiem tędy.

 
 
 
 
Tłumek o 9:55.Tłumek o 9:55.

Tłumek o 9:55.

 
 
Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

Vel Kavadi wspierani są przez całe zastępy pomocników. Co kilkadziesiąt stopni mogą usiąść (krzesełko podstawia asystent, tak jak to się dzieje w ringu bokserskim między rundami).

 
Pawie pióra to nie przypadek: Wierzchowcem Murugana jest paw.Pawie pióra to nie przypadek: Wierzchowcem Murugana jest paw.

Pawie pióra to nie przypadek: Wierzchowcem Murugana jest paw.

 
Tak, to pomarańcze.Tak, to pomarańcze.

Tak, to pomarańcze.

 
 
 
Wchodzimy do jaskini.Wchodzimy do jaskini.

Wchodzimy do jaskini.

 
W jaskini.W jaskini.

W jaskini.

 
 
Taniec Kavadi.Taniec Kavadi.

Taniec Kavadi.

 
 
Haczyki wyciąga się po wcześniejszym posypaniu ich poświęconym popiołem.Haczyki wyciąga się po wcześniejszym posypaniu ich poświęconym popiołem.

Haczyki wyciąga się po wcześniejszym posypaniu ich poświęconym popiołem.

Vel KavadiVel Kavadi

Vel Kavadi

 
Gliniany garnuszek, pomarańcze, włócznia.Gliniany garnuszek, pomarańcze, włócznia.

Gliniany garnuszek, pomarańcze, włócznia.

 
 
 
 
 
 
 
 
Ciasto miesza się tak!Ciasto miesza się tak!

Ciasto miesza się tak!

 
A tatuaże robi tak!A tatuaże robi tak!

A tatuaże robi tak!

 
Ada, jej tatuaż i wagon tylko dla pań.Ada, jej tatuaż i wagon tylko dla pań.

Ada, jej tatuaż i wagon tylko dla pań.

 


Kuala Lumpur – Skrzyżowanie Kultur

Styczeń 15th, 2014

Lubimy oprowadzać po Warszawie. Ile razy kogoś gościmy – mamy możliwość spacerowania po ulubionych okolicach i dzielenia się anegdotami. Opowiadamy o Powstaniu, o Warszawie przedwojennej, o sporcie (a jakże!) i tym co najbardziej się w Warszawie zmieniło – ludziach. O mieście, którego nie ma: pełnym Polaków, ale i polskich żydów, Rosjan, rodzin o korzeniach niemieckich, czeskich, węgierskich i tatarskich. Pełnym też kupców z Anglii i Francji. Opowiadamy i tęsknimy.

Czemu zebrało nam się na wspomnienia? Ano Malezja daje jakiś odległy smak tego, jak Polska mogła wyglądać 80 lat temu.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że nasza homogeniczna, w 95% zamieszkana przez rodaków ojczyzna jest w swojej homogeniczności bardzo wyjątkowa. Wbrew pozorom – niewiele jest państw zamieszkanych przez jeden, jedyny naród. Wystarczy z resztą spojrzeć na mapę. Im kolor bardziej czerwony – tym bardziej jednolite jest państwo.



Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Malezja, chociaż różnorodna, nie różni się tak bardzo od, np. Tajlandii czy Iranu. Nic bardziej mylnego. W tych dwóch ostatnich państwach społeczeństwo jest różnorodne, ale różne narody zamieszkują różne części kraju. Innymi słowy: ogromny Iran to tak naprawdę kilka „państw w państwie”. 90% mieszkańców np. Tabrizu to Azerowie, 90% mieszkańców Teheranu to Persowie. W Malezji, a zwłaszcza w okolicach Kuala Lumpur jest inaczej. Tu mieszkają WSZYSCY NA RAZ.
Na pierwszy rzut oka – wszystko jest ok.
44% Malajczyków, 43% Chińczyków, 10% Hindusów i kilka innych nacji.
Schody zaczynają się w momencie, gdy uświadomimy sobie, że ci „Chińczycy” to przecież kilka różnych grup etnicznych (w Chinach najwięcej jest narodowości Han – tu grup Hoklo i Hakka). Każda z grup posiada własne tradycje, własną kuchnie, własny język. Ba – przez setki lat obecności powstały tu zupełnie nowe narody, jak Baba Nyonya – Chińczycy, którzy przyjęli malajskie obyczaje, tradycje. Tak samo jest z Hindusami i… Malajczykami! Tak, nawet rdzenni mieszkańcy kraju mówią w kilkunastu (!!!) różnych językach, mają własne obyczaje i potrawy. Mają też różne religie, chociaż oficjalna wykładnia nazywa „Malajczykami” tylko tych, którzy wyznają islam. [Nasz niedawny gospodarz, pochodzący z Sarawaku na Borneo Leonard jest Dajakiem czyli „łowcą głów”. Nie wyznaje islamu, więc… nie jest Malajczykiem, chociaż oczywiście tu się urodził, wychował, mówi po Malajsku itp itd.]
Każda grupa ma swoje media – dzienniki, kanały TV i radiowe. Każda mówi w kilku różnych językach i… stołuje się w różnych restauracjach.

Ostatnie kilka dni spędzamy pracując. Za pomocą stronki help-x.net wynaleźliśmy fajną propozycję: w zamian za wikt i opierunek pomagamy w pracy biura podróży. I owszem – brzmi to tak samo interesująco, jak jest naprawdę!
Nasze biuro to tak na prawdę dwie firmy należące do jednej rodziny – wspomniane biuro podróży zajmuje te same pomieszczenia co hurtownia śrub, tłoków i wszelkich metalowych części. Właściciele, podobnie jak większość pracowników, to chińscy Malezyjczycy. Prócz nich przy biurkach siedzą też Malezyjczycy (a właściwie Malezyjki) właściwi i jedna Hinduska. Co chwila dzwoni telefon, co chwila ktoś go więc odbiera i rozmawia. Najczęściej słychać chyba mandaryński. Często też kantoński i malezyjski. Raz na jakiś czas – angielski, tamilski i hokien. Cóż poradzić – przynajmniej bez krępacji rozmawiamy po polsku.
Szaleństwo zaczyna się jednak dopiero podczas przerwy na lunch. O 13 wychodzimy z biura, jedziemy do knajpy (wcześniej wybranej przez współpracowników) i jemy „miejscowe” specjały, np. Bak Kut Teh (zupę typową dla ludów Taochew i Hokien) czy Hokkien Mee (kluchy ludu Hokien). Jednak zanim zjemy – trza jedzenie zamówić. A to, chociaż niby proste, nie jest tu takie oczywiste. Kelner, do którego ktoś mówił po kantońsku albo w hokien odpowiada po mandaryńsku, ktoś dorzuca trzy grosze po malajsku i pyta nas (po angielsku) czego się napijemy. Gdy już (po polsku) ustalimy i (po angielsku) odpowiemy, ktoś przekazuje to kelnerowi (po mandaryńsku).

Chociaż taka koegzystencja wygląda kolorowo i sympatycznie – zdajemy sobie sprawę, że to tylko połowa prawdy. Malezyjczycy jako naród, czują się strasznie zagrożeni dużą ilością „obcych” (i to obcych, którzy żyją tu od wieków, a wciąż zachowują swoje tradycje i język). Nie ma się co czarować – rząd Malezji robi wszystko, by utrudnić życie obcym (wyższe podatki, ceny mieszkań, brak szkół), a ułatwić „prawowitym mieszkańcom” (przeróżne ulgi). W efekcie od utworzenia Malezji rok rocznie przybywa „prawdziwych Malezyjczyków”. A Chińczycy i Hindusi? Żyją w przeświadczeniu, że kraj chce z nich zrobić obywateli drugiej kategorii… Szkoda. Nasze biuro bardzo nam się podoba.