Archiwum dla kategorii ‘Tajlandia’

Hall of Fame

Luty 15th, 2014

Najwyższy czas na podsumowanie pierwszej części naszego wyjazdu: części podróżniczej, w trakcie której przemierzyliśmy blisko 7000 kilometrów odwiedzając 5 państw. Podsumowanie będzie jednak dość nietypowe, opiszemy bowiem tylko jeden, ale najważniejszy element naszej podróży. Naszych przyjaciół, których poznaliśmy w jej trakcie.

Ania i Michał
czyli nasza rodzima para celebrytów ( więcej dowiecie się z onetu! ), z których gościny korzystaliśmy w Szanghaju. To oni wprowadzali nas w kulinarny świat Państwa Środka, to oni przedstawiali nam Chiny, o których wcześniej tylko czytaliśmy i wyjaśniali przeróżne kulturowe różnice, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Dzięki nim skok na głęboką wodę, jakim były pierwsze dni w Chinach nie był niczym strasznym!

Agata
która – zupełnie niespodziewanie – udostępniła nam swoje szanghajskie mieszkanie podczas swojej nieobecności. Było to dla nas bardzo miłe zaskoczenie i kolejny dowód na to, że można, a czasem nawet warto ufać ludziom. To z Agatą przeżyliśmy też najbardziej szaloną przygodę, jaka spotkała nas w pierwszych tygodniach podróży: nie każdą noc spędzamy wszak łapiąc bezpańskie koty na chińskich blokowiskach, niezbyt często wozimy je też taksówką od weterynarza do weterynarza… Jedno jest jednak pewne – takie atrakcje sprawiają, że nieznajomi jakby nie było ludzie, bardzo szybko mogą się zaprzyjaźnić.

Paulina i jej mąż
którzy zaprosili nas do swojego hotelu w małym, 600-tysięcznym miasteczku pod Wuhanem.

Tej przygody z braku czasu również szczegółowo nie opisaliśmy. Paulina poznała Adę kilka lat temu podczas swojej wizyty w Polsce i zostawiła jej swój adres z nadzieją, że kiedyś, w odległej przyszłości, kiedy Ada będzie w Chinach, będzie mogła ją odwiedzić. Okazja nadarzyła się zaskakująco szybko! Jadąc do Yinmeng nie spodziewaliśmy się, że „rodzinny hotel” okaże się najwyższym wieżowcem w mieście i że ugoszczeni zostaniemy iście po królewsku: kolacją z kilkunastu dań i własnym apartamentem hotelowym. Nie spodziewaliśmy się też, że na dworzec w innym mieście zawiezieni zostaniemy limuzyną. Mamy nadzieję, że będziemy mieli okazję się zrewanżować 🙂

Gavin, Stone, Lesley, Doreen, Flora, Cannon i wszyscy inni, których poznaliśmy w Oral English College

Kilkanaście dni, które spędziliśmy w Yangshuo były naprawdę wyjątkowe. Po raz pierwszy mieliśmy okazję sprawdzić się jako nauczyciele angielskiego za granicą, a dzięki fantastycznej atmosferze doświadczenie to było zupełnie bezstresowe i dawało mnóstwo satysfakcji. Zarówno inni nauczyciele jak i wszyscy uczniowie stanowili zgraną paczkę – każda lekcja, każdy wspólny obiad i każde wyjście na miasto było przygodą. Żałowaliśmy, że w tej bajkowej krainie (pamiętacie te malownicze górki i wijącą się między nimi rzekę?) nie mogliśmy zostać dłużej. Niestety – wygasająca wiza zmusiła nas do wyruszenia w kierunku Hong Kongu.

Evan
którego również poznaliśmy w Yangshuo zasłużył sobie na oddzielny rozdział w naszym pamiętniku.

Już opuszczając szkołę czuliśmy, że bardzo fajnie byłoby spotkać się ponownie. I tak też się stało. Parę tygodni później włóczyliśmy się razem po Kambodży, niedługo potem znowu spotkaliśmy się w Tajlandii i razem wyjechaliśmy do Malezji. Zakręcony na punkcie baseballa Nowojorczyk razem z nami odkrywał Azję, a przy okazji pomagał zrozumieć swoją ojczyznę. I tak – strasznie mu zazdroszczę, że był na ostatnim meczu Wayne’a Gretzkyego! Evan po kilku miesiącach w Azji poleciał do Maroko ze swoim przyjacielem Garrym, o którym za chwilę, a teraz zwiedza Hiszpanię. A nasze opowieści o Polsce tak bardzo mu się spodobały, że postanowił skrócić tydzień, który zaplanował na Pragę na końcu swojej podróży i odwiedzić jeszcze Kraków i Oświęcim.

Garry
alias Monkey Man!

Przyjaciel Evana, który wychowywał się na Brooklynie. Garry wspina się na skałkach, jest otwarty, szczery, zawsze uśmiechnięty i niemal automatycznie podrywa każdą dziewczynę z którą rozmawia. Ot – typowy Amerykanin. Ale Chiny to jego drugi dom: spędza tam rokrocznie kilka miesięcy, przy okazji zwiedzając wszystkie okoliczne kraje i… tamtejsze skały. Do tego ma niesamowity talent do nauki języków, więc oprócz chińskiego stara się opanować wietnamski i kambodżański. A jakby tego było mało: na nazwisko ma tak, jak jedna z przygód Jamesa Bonda!

Kenneth i Ben
Kenneth był naszym CouchSurfingowym hostem w Hong Kongu, a Australijczyk Ben był innym jego gościem, który okupował jego kanapę w tym samym czasie, co my. Wspólnie przegadaliśmy kilka wieczorów, dzięki czemu łatwiej nam przyszło zrozumienie tego fascynującego państwa-miasta. Kenneth pokazał nam niezwykłe okolice, które pamięta ze swojego dzieciństwa i zabrał na plażę. A w sobotni wieczór udaliśmy się wszyscy na spotkanie CouchSurferów, gdzie poznaliśmy jeszcze więcej ciekawych osób.

Terrence
czyli nasz kolejny host, tym razem w Bangkoku. Z wielkim zapałem wprowadzał nas w świat tajskiej kuchni – dacie wiarę, że od 3 lat codziennie jada na mieście tworząc interaktywny przewodnik po restauracjach, knajpach i knajpkach stolicy Tajlandii? Gościliśmy u niego dwa razy i… mamy nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy!

Zosia i Jacek
Sytuacja jak z filmu – na tajskiej wyspie Ko Chang zatrzymujemy dzieloną taksówkę, a tam siedzi para Polaków, która na powitanie mówi nam: my się chyba znamy! I faktycznie – szybko się okazało, że poznaliśmy się już gdzieś kiedyś w Warszawie, a na dodatek Ada studiuje z Zosią na tej samej uczelni i ma mnóstwo wspólnych znajomych.

Razem spędziliśmy blisko 2 tygodnie – to w Tajlandii, to w Kambodży. A ploteczki o znajomych gdzieś na drugim końcu świata to fantastyczna sprawa!

Luis, Renato, Marcus i cała brazylijsko-szwedzko-szkocko-grecka ekipa z Siem Reap
Ada lubi organizować, więc zorganizowała świetny dzień dla 10 osób. Żeby zaoszczędzić, a zarazem ciekawiej spędzić czas wynajęliśmy busik i razem jeździliśmy cały dzień po ruinach Angkoru. Oprócz tego spędziliśmy kilka wieczorów wymieniając się doświadczeniami i wrażeniami z dotychczasowych podróży.

Patrycja i Kuba
Kolejna para Polaków poznanych na szlaku, również w Tajlandii. Spotkaliśmy się w trakcie jednodniowej wycieczki i wspólnie spędziliśmy kilka dni narzekając na komercjalizację tego egzotycznego kraju. Mimo tego, że nasi nowi znajomi mieszkają we Wrocławiu i zajmują się czymś zupełnie innym, niż my, to mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów.

Michelle i Piotrek
czyli ci, dzięki (albo przez) których trafiliśmy do Dżakarty.

Piotrek jest Polakiem urodzonym w Indonezji i tu spędził pół życia, a Michelle to jego dziewczyna, która pochodzi z Ameryki, ale zawsze podkreśla, że jej dziadek był Polakiem. Mieszkają w centrum Dżakarty i ich mieszkanie było naszym domem zanim znaleźliśmy i wynajęliśmy swoje własne. Piotrek to stary znajomy Łukasza i to on wpadł na całkiem ciekawy w swoich skutkach pomysł skontaktowania go z indonezyjską firmą start-upową, która tworzy gry na komórki. A żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, dodamy, że pierwszy raz spotkaliśmy się na Penang. Wspólnie poznawaliśmy tam malezyjską kuchnie i sztukę uliczną, ale przede wszystkim rozkoszowaliśmy się eklektyczną i przepyszną kuchnią George Town, która słynie na całą Azję.

Julius
filmowiec z Medanu, z którym spotkaliśmy się już pierwszego dnia po przyjeździe do Kuala Lumpur.

Był tam w krótkiej delegacji, którą postanowił nieznacznie przedłużyć, żeby zobaczyć miasto i spędzić Sylwestra. Nauczył nas bardzo dużo o miejscu, w którym spędzimy najbliższe kilka miesięcy, a my… opowiadaliśmy mu o Polańskim, Kieślowskim i Holland! Razem spędziliśmy Sylwestra ucząc się bahasa i polskiego.

Leonard
Niby łowca głów (dosłownie! pochodzi z plemienia Dajaków z Borneo), ale muchy by nie skrzywdził! Fantastyczny gospodarz, który każdego dnia pokazywał nam jak wygląda życie w Kuala Lumpur. Zwłaszcza: życie nocne! Karaoke z nim to kolejny z tych momentów, które z pamięci nie dadzą się wymazać (choćby bardzo się chciało 😉 Leonard jest zdecydowanie najbardziej szalonym CouchSurferem, jakiego dotąd spotkaliśmy. Przez jego kanapę, a raczej materac na podłodze, przewijają się dziesiątki gości, czasami w tym samym czasie! Leonard jest niebywale gościnny i pomocny. Mam nadzieję, że podczas swoich podróży spotyka się z tak samo gorącym przyjęciem, bo jeżeli nie, to przestanę wierzyć w Karmę.

20-DSC_4694
Ala
Przesympatyczny Jemeńczyk, współlokator Leonarda, na którego pomoc zawsze mogliśmy liczyć. Jego opowieści o Jemenie sprawiły, że znów zatęskniliśmy za bliskim wschodem.


Jessie

Chinka z Szanghaju, dla której praca w Kuala Lumpur to nic innego jak pierwszy krok w wielki świat. Zafascynowana zachodnią kulturą, inteligentna i supersympatyczna gościła nas w swoim mieszkanku z niebywałym widokiem i… fantastycznym basenem na dachu! Razem robiliśmy rajdy się po knajpach zwiedzając wszystkie miejsca, w których panie mogą częstować się alkoholem za darmo.

Kyuhee

Szalona Koreanka, dla której KL jest nowym domem na czas studiów. Wspólnie z Jessie i Adą degustowały sangrie i drinki wszędzie tam, gdzie dostawały je za darmo 😉 Opowiadała nam o Korei zajadając gołąbki zrobione przez Adę i raczyła nas swoim australijskim akcentem wyćwiczonym podczas roku spędzonego w Sydney.

Apel i jej rodzina

Nasza szefowa i gospodyni, u której gościliśmy pod koniec naszej podróży. To ona dała nam możliwość pracy w malezyjskim biurze podróży, codziennie zabierała nas na wyjątkowy obiad, a wieczorami zapraszała do rodzinnego domu. To dzięki niej poznaliśmy prawdziwą, wielokulturową Malezję.

Powyższa lista oczywiście nie jest kompletna. Spędzaliśmy czas z wieloma innymi osobami – każdy hostel, każda impreza to dziesiątki przesympatycznych ludzi, którzy w większy lub mniejszy sposób ułatwiali nam podróż. Pomagało nam również wielu nieznajomych, których imion nigdy nie poznaliśmy. Tu musimy wspomnnieć przesympatycznego pana o głosie Mistrza Yody, który podrzucił nas z Butterworth do autostrady – to postać, z którą spędziliśmy raptem 15 minut, a mimo tego na pewno do końca życia nie zapomnimy, jak pomocni potrafią być ludzie. Nie dość, że podjął się zawiezienia nas na autostradę, chociaż wcale nie wybierał się w tym kierunku, to na pożegnanie dopytywał kilka razy, czy na pewno mamy pieniądze, bo jeżeli nie, to on może nam trochę dać, no bo jak to tak podrózować bez pieniędzy?

To właśnie oni – wymienieni wyżej, lecz także ci „bezimienni” – sprawili, że nasza podróż była udana. Dziękujemy i… do zobaczenia!



1000 wysp

Grudzień 14th, 2013

W turystycznym Ao Nang czas płynie bardzo wolno i leniwie. Chociaż okolica obfituje w atrakcje, to niemal wszystkie wymagają większego lub mniejszego nakładu finansowego: bilety wstępu, przejazdy. Początkowo zdecydowaliśmy się nie nadwyrężać naszego budżetu i czas spędzaliśmy głównie na miejscowej plaży. W końcu jednak daliśmy się skusić – dwa ostatnie dni spędziliśmy zwiedzając nieco dalsze rejony, nieosiągalne na piechotę ani transportem kołowym.

Rai Leh, czyli wyspa bez wyspy

Naszym pierwszym przystankiem była plaża Rai Leh, którą turyści nazywają bardziej z angielska: Railay. Chociaż okolica ta leży zaledwie kilka kilometrów od Ao Nang, to za sprawą ogromnych skał rozdzielających ją od reszty lądu – osiągalna jest tylko drogą morską. Z Ao Nang raz po raz odpływają łodzie, które za zaledwie 150 bathów/15 zł (przy zakupie biletu w 2 strony: tylko 20 zł!) wożą turystów w te i nazad.

Miejsce wszędzie opisywane jest jako największa atrakcja okolicy i… coś w tym chyba jest. W ciągu kilku minut z kurortu a’la Władysławowo można przenieść się w spokojną, cichą (izolacja sprawia, że nie ma tu dróg ani samochodów) i piękną okolicę. Wielkie wapienne skały wytyczają granice kilku plaż, a dodatkowo stają się wyzwaniem dla fanów wspinaczki.

Skoro tak tu cudownie, to czemu nie zatrzymaliśmy się tam od początku? Ot – Railay jest sporo droższe niż dużo większe i bardziej zatłoczone Ao Nang. Za ciszę i spokój się płaci… podobnie jak za dostęp do słodkiej wody (do odizolowanego półwyspu nie dochodzi przecież żaden rurociąg) czy innych dóbr, które na Railay trafiają w łodziach. Głupi naleśnik z ulicznej budki kosztuje nie 4, a 8 złotych…
Zaraz obok, kilka minut od Railay leży kolejna piękna plaża – Phra Nang. Tak jak plażę Railay ograniczają wapienne skały, tak ta jest jeszcze ciekawsza: u jej końca znajduje się ogromna jaskinia. Po wejściu do środka i kilku chwilach spaceru po głazach można zanurzyć się w morzu po drugiej stronie półwyspu. Szkoda tylko, że malutka plaża jest tak strasznie zatłoczona…

Koh Poda, Koh Tub i Chicken Island, czyli wyspy trzy i pół

Wczoraj, idąc za ciosem, postanowiliśmy zapuścić się jeszcze dalej. Za 45 zł od osoby wykupiliśmy półdniową wycieczkę na 4 okoliczne wyspy. Nie mieliśmy zbyt wysokich oczekiwań – czego można się spodziewać po atrakcji za taką cenę? Okazało się, że można spodziewać się bardzo wiele: i pięknych plaż, i dużo czasu na miejscu, i wody, i nurkowania, i obiadu, i owoców w cenie!

Program wycieczki obejmował wizyty na wyspach Poda, Tub, Chicken i… na plaży Phra Nang, gdzie byliśmy dzień wcześniej, więc wiedzieliśmy, że to żadna wyspa, a niedostępny półwysep. Co tu dużo mówić – pomimo tego, że na dobrą sprawę wszystkie te wyspy wyglądają podobnie (plaża, słońce, ocean) to wycieczka była rewelacyjna. Widoki, plaże – bajeczne. Nurkowanie (snorkeling) na rafie – niesamowity. Dopiero tam, na tych malutkich wyspach stwierdziliśmy, że tutejsze plaże jednak mogą konkurować z tymi z Seszeli.

PS: Google poinformował mnie, że automatycznie ulepszył jedno ze zdjęć, które wrzuciliśmy do internetu. Rezultat nas powalił…

DSC05828-SNOW



Plażowanie i ruiny

Grudzień 11th, 2013

Dziś nadajemy do Państwa z okolic miasta Krabi na południu Tajlandii. Po ponad dwóch tygodniach spędzonych na zwiedzaniu ruin w dżungli w Kambodży postanowiliśmy zafundować sobie trochę odpoczynku. Atmosfery relaksu w tym rejonie świata szukać właśnie tu. Wąski pasek lądu między wybrzeżem Morza Andamańskiego na zachodzie i Zatoką Tajlandzką na wschodzie sprawia wrażenie, jakby wody i plaż było tu więcej niż stabilnego gruntu. Obrazu dopełniają setki małych wysepek wyłaniających się z wód morskich w przeróżnych kształtach i pod dziwnymi kątami.

Zaraz po przylocie na popularne lotnisko w Krabi udaliśmy się do miejscowości nazywającej się tak, jak pobliska plaża – Ao Nang. Lokalizacja ta jest świetna jako punktu wypadowy na jednodniowe wycieczki do okolicznych urokliwych wysepek (najbardziej znana to oczywiście Phi Phi oraz na przykład Hong Island, Chicken Island). Na każdym kroku natknąć się można na stoliki pełniące funkcję mini biur podróży, gdzie można wykupić kursy popularnym „long boat”, czyli tradycyjnymi kutrami rybackimi przystosowanymi do przewodu turystów.

No właśnie – ci turyści… To doprawdy nasza zmora. Liczba ludności na świecie ciągle wzrasta, społeczeństwa się bogacą, na świecie (a przynajmniej w niektórych jego rejonach) staje się coraz bezpieczniej, linie lotnicze dostosowują ceny swoich usług do popytu, a podróżowanie po dalekich regionach nie jest już tak trudne jak kiedyś dzięki dostępności wszelakich informacji w Internecie. Szczerze wierzymy, że w syberyjskiej tajdze lub w spalonym słońcem Burkina Faso można odnaleźć ciszę i ślady zwierząt nie zadeptane jeszcze przez tłumy obcych przybyszów. Aż tak wytrawnymi globtroterami jeszcze nie jesteśmy i na razie chcielibyśmy zobaczyć bardziej „oswojone”, lecz nie mniej ciekawe rejony. Niestety, to, co zazwyczaj udaje nam się ostatnio zobaczyć to nieprzebrana masa pełna rosyjskich, chińskich, amerykańskich, szwedzkich i polskich twarzy. Podobnie jest tu. Ao Nang to miasteczko – chciałoby się powiedzieć – kurortowe, niestety, z kurortem niewiele ma wspólnego. To nie Jurata, to Mielno, a w najlepszym razie Władysławowo.

Siedzimy sobie więc tu, w naszym nowym domku. Pierwszy, który zarezerwowaliśmy przez Internet przed przylotem tu nazywał się Full Moon Resort i – jak się na miejscu okazało – znajdował się ponad 2 km od plaży przy głównej, turystycznej drodze. Był jedyną opcją odpowiadającą naszemu budżetowi, którą udało nam się znaleźć on-line. Kosztował 500 bathów, czyli 50 zł. Był jednak daleko od plaży i średnio nam się podobał. Wyruszyliśmy więc na spacer po centrum, aby poszukać czegoś innego. Okazało się, że lokalne Guesthouse’y i Hostele nie oferują nic poniżej dwukrotności naszej pierwotnej ceny. Dlaczego? Bo skoro turystów jest na pęczki i każdy przyjeżdża na swój wymarzony dwutygodniowy urlop to na pewno nie planuje trzymać się mocno za portfel, a raczej bez krępacji wydawać na prawo i na lewo spore sumy w zamian za królewski serwis. Niestety, to jedna z najprzykrzejszych konsekwencji wzrostu ruchu turystycznego. Dla zarabiającego o wiele więcej od nas, Polaków, Norwega różnica czy zapłaci za piwo na plaży 2 czy 10 zł jest naprawdę żadna. Dlatego też wietrzący oczywisty interes lokalni biznesmeni windują ceny na wszystkim – noclegach, jedzeniu, taksówkach, drobnych usługach. Efekt jest taki, że obsługa recepcji w odpowiedzi na nasze pytanie o dostępne pokoje oferuje nam wypasiony pokój z klimatyzacją nie wspominając nawet, że mają też trochę gorszy w standardzie pokój z wiatrakiem za połowę ceny. A za kilka lat pewnie z dolarów zostawionych przez turystów te pokoje też wyremontują i wyjdzie na to, że w kraju, gdzie obiad na ulicy kosztuje 4 zł nie będzie można dostać pokoju za mniej niż 100.

Jak skończyła się nasza historia? Wchodziliśmy w kolejne uliczki odchodzące od głównej ulicy i wreszcie dotarliśmy do Hillock Bungalows usytuowanych niecałe 400 metrów od plaży. Mamy swój własny domek, który ma pewnie ze 40 metrów kwadratowych i – można rzec – dwie łazienki za 500 bathów, ale tylko dlatego, że musieliśmy zdecydować się na wersję z klimatyzacją. Po prostu wszystkie pokoje z wiatrakami (400 bathów) były już zajęte. Standard jest na pewno gorszy, niż w sąsiedzkim Vogue Resort, ale jest czysto i na pewno żaden mazurski właściciel agroturystyki nie powstydziłby się takich pokoi.

Od jutra zaczynamy jednodniowe wycieczki na pobliskie wysepki, a dopóki nie mamy setek nowych, zachwycających zdjęć pozwólcie, że opowiemy Wam jeszcze trochę o naszych ostatnich dniach w Kambodży.

Ostatki Angkor WatOstatki Angkor Wat

Ostatki Angkor Wat

 
Beng Mealea - ruiny światyni z XII wieku.Beng Mealea - ruiny światyni z XII wieku.

Beng Mealea - ruiny światyni z XII wieku.

To najciekawsze chyba miejsce w okolicach Angkoru: jedyne, w którym nie stara się zrekonstruować budowli, przez co pozostaje trudno dostępnea dla turystów.To najciekawsze chyba miejsce w okolicach Angkoru: jedyne, w którym nie stara się zrekonstruować budowli, przez co pozostaje trudno dostępnea dla turystów.

To najciekawsze chyba miejsce w okolicach Angkoru: jedyne, w którym nie stara się zrekonstruować budowli, przez co pozostaje trudno dostępnea dla turystów.

 
Zwiedzanie kupy kamiennych bloków nie jest łatwe, ale tylko tu czuć atmosferę zrujnowanych budowli.Zwiedzanie kupy kamiennych bloków nie jest łatwe, ale tylko tu czuć atmosferę zrujnowanych budowli.

Zwiedzanie kupy kamiennych bloków nie jest łatwe, ale tylko tu czuć atmosferę zrujnowanych budowli.

 
 
 
 
 
 
 
Szczeniaczki - strażnicy Kbal SpeanSzczeniaczki - strażnicy Kbal Spean

Szczeniaczki - strażnicy Kbal Spean

 
Radość ze wspinaczki.Radość ze wspinaczki.

Radość ze wspinaczki.

 
Kbal Spean - rzeźbione dno rzeki z XII wieku odkryte w 1969 roku.Kbal Spean - rzeźbione dno rzeki z XII wieku odkryte w 1969 roku.

Kbal Spean - rzeźbione dno rzeki z XII wieku odkryte w 1969 roku.

 
 
 
 
 
Plaskorzeźby w Banteay Srei.Plaskorzeźby w Banteay Srei.

Plaskorzeźby w Banteay Srei.

Wybudowane w 967 roku miniaturowe budyneczki pokryte sa misternymi plaskorzeźbami.Wybudowane w 967 roku miniaturowe budyneczki pokryte sa misternymi plaskorzeźbami.

Wybudowane w 967 roku miniaturowe budyneczki pokryte sa misternymi plaskorzeźbami.

 
Kala, mityczna istota symbolizujaca Siwę. Chociaż bardziej przypomina jeża.Kala, mityczna istota symbolizujaca Siwę. Chociaż bardziej przypomina jeża.

Kala, mityczna istota symbolizujaca Siwę. Chociaż bardziej przypomina jeża.

 
 
 
 
Ekipa z dżipa, czyli polsko-amerykańsko-szwedzko-szkocko-grecko-brazylijskie towarzystwo, które zebraliśmy coby zwiedzić odległe światynie taniej.Ekipa z dżipa, czyli polsko-amerykańsko-szwedzko-szkocko-grecko-brazylijskie towarzystwo, które zebraliśmy coby zwiedzić odległe światynie taniej.

Ekipa z dżipa, czyli polsko-amerykańsko-szwedzko-szkocko-grecko-brazylijskie towarzystwo, które zebraliśmy coby zwiedzić odległe światynie taniej.

 


Z indochińskiego gara

Listopad 25th, 2013

Tak, dzień poświęcony na zwiedzanie miejsc pamięci ofiar reżimu Czerwonych Khmerów był jednym z cięższych podczas naszej podróży. Na szczęście nawet po tak długim i wyczerpującym zwiedzaniu śmiało można szukać pocieszenia w jednej z miliona ulicznych knajpek serwujących przepyszne i tanie jedzenie.

Aż mi głupio pisać o tajskim i khmerskim jedzeniu bez długiego i szczegółowego wstępu na temat kuchni chińskiej. Dziś jednak opiszę jak jada się w Indochinach 🙂

Podstawą egzystencji jest tu „street food”, lub bardziej tradycyjnie, z polska – jedzenie uliczne. Cały ambaras to budka stanowiąca kuchnię i spiżarkę w jednym, wok stawiany na przenośnej butli gazowej i zestaw stołeczków i stolików. Całość zazwyczaj zamontowana jest na motorku, co pozwala na dowolność przy wyborze miejsca pracy. Na początku trudno było nam przestawić się na świadomość tego, że restauracja może się „zwinąć” i po prostu odjechać. Z czasem zaczęliśmy dostrzegać użyteczność społeczną tego pomysłu. Koszty założenia biznesu są o wiele niższe, niż wynajęcie lokalu, zakup wyposażenia, zatrudnienie personelu itd. i dzięki temu o wiele więcej osób może zarobić na utrzymanie rodziny. Z drugiej strony chcąc zjeść coś na mieście nie trzeba korzystać z usług drogich restauracji, wystarczy przysiąść na jednym z wielu plastikowych stołeczków rozstawionych na chodniku. Danie obiadowe w takiej przewoźnej garkuchni kosztuje zazwyczaj kilka złotych (i mam na myśli mniej niż 5 zł – zazwyczaj trzy, cztery złote) i podawane są zazwyczaj w formie smażonej w woku potrawki z mięsa i warzyw z ryżem na osobnym talerzyku.

Rozstawiona restauracjaRozstawiona restauracja

Rozstawiona restauracja

 
Mobilna restauracja w drodzeMobilna restauracja w drodze

Mobilna restauracja w drodze

 

Je się łyżką i widelcem. Łyżkę należy trzymać w prawej ręce i to nałożone na nią kęski transportować do ust, a widelca używać tak jak noża – pomagać sobie nim przy nakładaniu jedzenia na łyżkę.

Podróżnik zwiedzający Azję południowo-wschodnią, który nie zna historii regionu może zdziwić się, że w Wietnamie i Kambodży bez problemu dostaniemy przepyszne pszenne bagietki, którymi nie dane będzie nam raczyć się w Tajlandii (ani tym bardziej Chinach). Dlaczego? Otóż Wietnam i Kambodża jeszcze niedawno były koloniami francuskimi, a jak wiadomo Francuzi bez bagietek obejść się nie mogą. Więc oprócz innych, mniej chlubnych, spuścizn kolonializmu to Khmerom i Wietnamczykom Europejczycy zostawili przepis na swój wypiek narodowy 🙂

W Tajlandii najbardziej zajadaliśmy się Pad thai, czyli wstążkowatymi kluskami ryżowymi smażonymi z sosem tamaryndowym, jajkiem, kurczakiem, orzechami ziemnymi i świeżymi kiełkami obowiązkowo serwowanym z limonką, Tom Yum i Tom Kha czyli zupami na bazie mleka kokosowego z dodatkiem trawy cytrynowej, liści kafiru, imbiru, kurczaka lub owoców morza oraz niezliczoną ilością rodzajów smażonych klusek. W Kambodży próbowaliśmy już sztandarowych dań kuchni khmerskiej – Lok lak marynowana wołowina smażona w słodkawym sosie, podawana na liściach sałaty, drobno krojonej cebuli i plasterkach pomidorów oraz Amok oryginalnie rybne danie podawane w sosie kokosowym z mocnym aromatem trawy cytrynowej, które jak dotąd mieliśmy przyjemność jeść tylko w wersji mięsnej. Obie „potrawki” serwowane są oczywiście z wszechobecnym ryżem.

A jeżeli w tym roku ktoś nie ma czasu na krótki wypad do Azji, zawsze można spróbować odtworzyć miłą atmosferę w domowym zaciszu. Na kolacje polecamy tajskie curry lub pad thai, a na deser oryginalną mrożoną herbatę po hongkońsku lub kawę na zimno – poranną specjalność z Bangkoku. Warto ugotować więcej ryżu, żeby rano podać go z ciepłym omletem po tajsku.

Herbata po hongkońsku
Przygotuj mocny napar z czarnej herbaty (jeżeli ktoś lubi warto poeksperymentować z odmianami oolung, Chińczycy je uwielbiają). Do szklanki wlej niesłodzone mleko skondensowane do wysokości ok. 2 cm, uzupełnij ostudzona herbatą. Dodaj lód, słódź syropem cukrowym.
– użycie mleka skondensowanego zamiast zwykłego sprawia, ze nasz napój nie traci na intensywności (w przeciwieństwie do rodzimej lurowatej bawarki).
– napój powinien wyjść bardzo gorzki. Ponieważ podajemy go na zimno posłodzenie zwykłym cukrem będzie niemożliwe. Aby przygotować porcje syropu cukrowego na zapas wsyp do dzbanka 1 kg białego cukru i powoli zalewaj wrzątkiem cały czas mieszając aż uzyskasz roztwór nasycony, czyli cukier w całości się roztopi. Dodawaj wodę powoli, bo potrzeba jej naprawdę niewiele. Tak przygotowany syrop jest słodszy od cukru, możesz dodawać go do wszelkich zimnych napojów, drinków oraz herbaty i kawy na ciepło.
– chińska herbatę z mlekiem można też pić na ciepło. Przygotowuje sie ja tak samo, pomijamy tylko proces studzenia herbaty i oczywiście nie dodajemy lodu
– mrożona herbata przygotowywana w ten sposób można kupić m. in. w McDonaldsie za ok. 13 HKD, czyli 6 zł lub sieciówce sklepów spożywczych z mini-barkami 7-11 za 11 HKD (5zl) na zimno i 9 HKD (4zl) na gorąco.

Mrożona kawa z bangkockich ulic
Do malej filiżanki nasyp po 2 czubate łyżeczki kawy rozpuszczalnej dobrej jakości, cukru i śmietanki w proszku. Zalej wrzątkiem, wymieszaj, rozpuść. Do dużej szklanki (ok. 0.5l) wlej podobna ilość niesłodzonego mleka skondensowanego, jak w poprzednim przepisie. Możesz uzupełnić całą szklankę lodem i wlać gorąca kawę lub poczekać, aż kawa ostygnie i podać ją z mniejszą ilością lodu. Ilość esencji kawowej to 1 filiżanka, napój tworzy sie ze zmieszania jej z woda z rozpuszczającego sie lodu.
Przed podaniem polej mlekiem skondensowanym do dekoracji. Smakuje identycznie jak cukierki Kopiko.
– na prawie każdym rogu w mieście przed południem stoi straganik na kółkach, gdzie można kupić taki magiczny napój dla ochłody i porannego kopa.
– wszystkie kawy jakie piliśmy w ten sposób kosztowały 15-30 BHT (1.5-3 zl) za kubek nie ustępujący wielkością Starbucksowi

Tajski omlet – idealny na śniadanie
Jeżeli w lodówce została nam przypadkiem miseczka ryżu z wczorajszego obiadu to odpada nam połowa roboty. Ryż włóż do miseczki, podgrzej jeżeli jest taka potrzeba i nałóż na talerz sposobem zapamiętanym z dzieciństwa z zabawy w robienie babek z piasku 😉 Jajka pomieszaj do połączenia żółtka z białkiem, dopraw solą i pieprzem, usmaż omlet. Warto wrzucić do środka coś dla urozmaicenia – Tajowie zazwyczaj serwują omlet z cienkimi plasterkami pomidora i cebulą. Omlet smaż na obficie polanej tłuszczem i rozgrzanej patelni. Gotowe jajka z dodatkami ułóż na szczycie ryżowej kupki. Serwuj z ketchupem oraz sosem słodko-kwaśnym lub słodko-ostrym (sosy na bazie chilli można kupić w sklepach z azjatyckim jedzeniem i w większości dobrze zaopatrzonych sklepów spożywczych).
– danie urzeka swoją prostotą i oczywistością i zachwyca harmonią smaku. Jest syte, szybkie i smaczne, czyli idealne na śniadanie. Warto skorzystać z doświadczeń milionów ludzi, którzy nie jadają pieczywa, a za to ryż podają do każdego dania 😉

Tajski omletTajski omlet

Tajski omlet