Archiwum dla kategorii ‘Chiny’

Hall of Fame

Luty 15th, 2014

Najwyższy czas na podsumowanie pierwszej części naszego wyjazdu: części podróżniczej, w trakcie której przemierzyliśmy blisko 7000 kilometrów odwiedzając 5 państw. Podsumowanie będzie jednak dość nietypowe, opiszemy bowiem tylko jeden, ale najważniejszy element naszej podróży. Naszych przyjaciół, których poznaliśmy w jej trakcie.

Ania i Michał
czyli nasza rodzima para celebrytów ( więcej dowiecie się z onetu! ), z których gościny korzystaliśmy w Szanghaju. To oni wprowadzali nas w kulinarny świat Państwa Środka, to oni przedstawiali nam Chiny, o których wcześniej tylko czytaliśmy i wyjaśniali przeróżne kulturowe różnice, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Dzięki nim skok na głęboką wodę, jakim były pierwsze dni w Chinach nie był niczym strasznym!

Agata
która – zupełnie niespodziewanie – udostępniła nam swoje szanghajskie mieszkanie podczas swojej nieobecności. Było to dla nas bardzo miłe zaskoczenie i kolejny dowód na to, że można, a czasem nawet warto ufać ludziom. To z Agatą przeżyliśmy też najbardziej szaloną przygodę, jaka spotkała nas w pierwszych tygodniach podróży: nie każdą noc spędzamy wszak łapiąc bezpańskie koty na chińskich blokowiskach, niezbyt często wozimy je też taksówką od weterynarza do weterynarza… Jedno jest jednak pewne – takie atrakcje sprawiają, że nieznajomi jakby nie było ludzie, bardzo szybko mogą się zaprzyjaźnić.

Paulina i jej mąż
którzy zaprosili nas do swojego hotelu w małym, 600-tysięcznym miasteczku pod Wuhanem.

Tej przygody z braku czasu również szczegółowo nie opisaliśmy. Paulina poznała Adę kilka lat temu podczas swojej wizyty w Polsce i zostawiła jej swój adres z nadzieją, że kiedyś, w odległej przyszłości, kiedy Ada będzie w Chinach, będzie mogła ją odwiedzić. Okazja nadarzyła się zaskakująco szybko! Jadąc do Yinmeng nie spodziewaliśmy się, że „rodzinny hotel” okaże się najwyższym wieżowcem w mieście i że ugoszczeni zostaniemy iście po królewsku: kolacją z kilkunastu dań i własnym apartamentem hotelowym. Nie spodziewaliśmy się też, że na dworzec w innym mieście zawiezieni zostaniemy limuzyną. Mamy nadzieję, że będziemy mieli okazję się zrewanżować 🙂

Gavin, Stone, Lesley, Doreen, Flora, Cannon i wszyscy inni, których poznaliśmy w Oral English College

Kilkanaście dni, które spędziliśmy w Yangshuo były naprawdę wyjątkowe. Po raz pierwszy mieliśmy okazję sprawdzić się jako nauczyciele angielskiego za granicą, a dzięki fantastycznej atmosferze doświadczenie to było zupełnie bezstresowe i dawało mnóstwo satysfakcji. Zarówno inni nauczyciele jak i wszyscy uczniowie stanowili zgraną paczkę – każda lekcja, każdy wspólny obiad i każde wyjście na miasto było przygodą. Żałowaliśmy, że w tej bajkowej krainie (pamiętacie te malownicze górki i wijącą się między nimi rzekę?) nie mogliśmy zostać dłużej. Niestety – wygasająca wiza zmusiła nas do wyruszenia w kierunku Hong Kongu.

Evan
którego również poznaliśmy w Yangshuo zasłużył sobie na oddzielny rozdział w naszym pamiętniku.

Już opuszczając szkołę czuliśmy, że bardzo fajnie byłoby spotkać się ponownie. I tak też się stało. Parę tygodni później włóczyliśmy się razem po Kambodży, niedługo potem znowu spotkaliśmy się w Tajlandii i razem wyjechaliśmy do Malezji. Zakręcony na punkcie baseballa Nowojorczyk razem z nami odkrywał Azję, a przy okazji pomagał zrozumieć swoją ojczyznę. I tak – strasznie mu zazdroszczę, że był na ostatnim meczu Wayne’a Gretzkyego! Evan po kilku miesiącach w Azji poleciał do Maroko ze swoim przyjacielem Garrym, o którym za chwilę, a teraz zwiedza Hiszpanię. A nasze opowieści o Polsce tak bardzo mu się spodobały, że postanowił skrócić tydzień, który zaplanował na Pragę na końcu swojej podróży i odwiedzić jeszcze Kraków i Oświęcim.

Garry
alias Monkey Man!

Przyjaciel Evana, który wychowywał się na Brooklynie. Garry wspina się na skałkach, jest otwarty, szczery, zawsze uśmiechnięty i niemal automatycznie podrywa każdą dziewczynę z którą rozmawia. Ot – typowy Amerykanin. Ale Chiny to jego drugi dom: spędza tam rokrocznie kilka miesięcy, przy okazji zwiedzając wszystkie okoliczne kraje i… tamtejsze skały. Do tego ma niesamowity talent do nauki języków, więc oprócz chińskiego stara się opanować wietnamski i kambodżański. A jakby tego było mało: na nazwisko ma tak, jak jedna z przygód Jamesa Bonda!

Kenneth i Ben
Kenneth był naszym CouchSurfingowym hostem w Hong Kongu, a Australijczyk Ben był innym jego gościem, który okupował jego kanapę w tym samym czasie, co my. Wspólnie przegadaliśmy kilka wieczorów, dzięki czemu łatwiej nam przyszło zrozumienie tego fascynującego państwa-miasta. Kenneth pokazał nam niezwykłe okolice, które pamięta ze swojego dzieciństwa i zabrał na plażę. A w sobotni wieczór udaliśmy się wszyscy na spotkanie CouchSurferów, gdzie poznaliśmy jeszcze więcej ciekawych osób.

Terrence
czyli nasz kolejny host, tym razem w Bangkoku. Z wielkim zapałem wprowadzał nas w świat tajskiej kuchni – dacie wiarę, że od 3 lat codziennie jada na mieście tworząc interaktywny przewodnik po restauracjach, knajpach i knajpkach stolicy Tajlandii? Gościliśmy u niego dwa razy i… mamy nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy!

Zosia i Jacek
Sytuacja jak z filmu – na tajskiej wyspie Ko Chang zatrzymujemy dzieloną taksówkę, a tam siedzi para Polaków, która na powitanie mówi nam: my się chyba znamy! I faktycznie – szybko się okazało, że poznaliśmy się już gdzieś kiedyś w Warszawie, a na dodatek Ada studiuje z Zosią na tej samej uczelni i ma mnóstwo wspólnych znajomych.

Razem spędziliśmy blisko 2 tygodnie – to w Tajlandii, to w Kambodży. A ploteczki o znajomych gdzieś na drugim końcu świata to fantastyczna sprawa!

Luis, Renato, Marcus i cała brazylijsko-szwedzko-szkocko-grecka ekipa z Siem Reap
Ada lubi organizować, więc zorganizowała świetny dzień dla 10 osób. Żeby zaoszczędzić, a zarazem ciekawiej spędzić czas wynajęliśmy busik i razem jeździliśmy cały dzień po ruinach Angkoru. Oprócz tego spędziliśmy kilka wieczorów wymieniając się doświadczeniami i wrażeniami z dotychczasowych podróży.

Patrycja i Kuba
Kolejna para Polaków poznanych na szlaku, również w Tajlandii. Spotkaliśmy się w trakcie jednodniowej wycieczki i wspólnie spędziliśmy kilka dni narzekając na komercjalizację tego egzotycznego kraju. Mimo tego, że nasi nowi znajomi mieszkają we Wrocławiu i zajmują się czymś zupełnie innym, niż my, to mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów.

Michelle i Piotrek
czyli ci, dzięki (albo przez) których trafiliśmy do Dżakarty.

Piotrek jest Polakiem urodzonym w Indonezji i tu spędził pół życia, a Michelle to jego dziewczyna, która pochodzi z Ameryki, ale zawsze podkreśla, że jej dziadek był Polakiem. Mieszkają w centrum Dżakarty i ich mieszkanie było naszym domem zanim znaleźliśmy i wynajęliśmy swoje własne. Piotrek to stary znajomy Łukasza i to on wpadł na całkiem ciekawy w swoich skutkach pomysł skontaktowania go z indonezyjską firmą start-upową, która tworzy gry na komórki. A żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, dodamy, że pierwszy raz spotkaliśmy się na Penang. Wspólnie poznawaliśmy tam malezyjską kuchnie i sztukę uliczną, ale przede wszystkim rozkoszowaliśmy się eklektyczną i przepyszną kuchnią George Town, która słynie na całą Azję.

Julius
filmowiec z Medanu, z którym spotkaliśmy się już pierwszego dnia po przyjeździe do Kuala Lumpur.

Był tam w krótkiej delegacji, którą postanowił nieznacznie przedłużyć, żeby zobaczyć miasto i spędzić Sylwestra. Nauczył nas bardzo dużo o miejscu, w którym spędzimy najbliższe kilka miesięcy, a my… opowiadaliśmy mu o Polańskim, Kieślowskim i Holland! Razem spędziliśmy Sylwestra ucząc się bahasa i polskiego.

Leonard
Niby łowca głów (dosłownie! pochodzi z plemienia Dajaków z Borneo), ale muchy by nie skrzywdził! Fantastyczny gospodarz, który każdego dnia pokazywał nam jak wygląda życie w Kuala Lumpur. Zwłaszcza: życie nocne! Karaoke z nim to kolejny z tych momentów, które z pamięci nie dadzą się wymazać (choćby bardzo się chciało 😉 Leonard jest zdecydowanie najbardziej szalonym CouchSurferem, jakiego dotąd spotkaliśmy. Przez jego kanapę, a raczej materac na podłodze, przewijają się dziesiątki gości, czasami w tym samym czasie! Leonard jest niebywale gościnny i pomocny. Mam nadzieję, że podczas swoich podróży spotyka się z tak samo gorącym przyjęciem, bo jeżeli nie, to przestanę wierzyć w Karmę.

20-DSC_4694
Ala
Przesympatyczny Jemeńczyk, współlokator Leonarda, na którego pomoc zawsze mogliśmy liczyć. Jego opowieści o Jemenie sprawiły, że znów zatęskniliśmy za bliskim wschodem.


Jessie

Chinka z Szanghaju, dla której praca w Kuala Lumpur to nic innego jak pierwszy krok w wielki świat. Zafascynowana zachodnią kulturą, inteligentna i supersympatyczna gościła nas w swoim mieszkanku z niebywałym widokiem i… fantastycznym basenem na dachu! Razem robiliśmy rajdy się po knajpach zwiedzając wszystkie miejsca, w których panie mogą częstować się alkoholem za darmo.

Kyuhee

Szalona Koreanka, dla której KL jest nowym domem na czas studiów. Wspólnie z Jessie i Adą degustowały sangrie i drinki wszędzie tam, gdzie dostawały je za darmo 😉 Opowiadała nam o Korei zajadając gołąbki zrobione przez Adę i raczyła nas swoim australijskim akcentem wyćwiczonym podczas roku spędzonego w Sydney.

Apel i jej rodzina

Nasza szefowa i gospodyni, u której gościliśmy pod koniec naszej podróży. To ona dała nam możliwość pracy w malezyjskim biurze podróży, codziennie zabierała nas na wyjątkowy obiad, a wieczorami zapraszała do rodzinnego domu. To dzięki niej poznaliśmy prawdziwą, wielokulturową Malezję.

Powyższa lista oczywiście nie jest kompletna. Spędzaliśmy czas z wieloma innymi osobami – każdy hostel, każda impreza to dziesiątki przesympatycznych ludzi, którzy w większy lub mniejszy sposób ułatwiali nam podróż. Pomagało nam również wielu nieznajomych, których imion nigdy nie poznaliśmy. Tu musimy wspomnnieć przesympatycznego pana o głosie Mistrza Yody, który podrzucił nas z Butterworth do autostrady – to postać, z którą spędziliśmy raptem 15 minut, a mimo tego na pewno do końca życia nie zapomnimy, jak pomocni potrafią być ludzie. Nie dość, że podjął się zawiezienia nas na autostradę, chociaż wcale nie wybierał się w tym kierunku, to na pożegnanie dopytywał kilka razy, czy na pewno mamy pieniądze, bo jeżeli nie, to on może nam trochę dać, no bo jak to tak podrózować bez pieniędzy?

To właśnie oni – wymienieni wyżej, lecz także ci „bezimienni” – sprawili, że nasza podróż była udana. Dziękujemy i… do zobaczenia!



Miasto Jerzego

Grudzień 28th, 2013

Na wyspie Penang, a właściwie w największym na niej mieście George Town spędzimy zaledwie trzy i pół dnia. To niewiele, szczególnie w kontekście naszej nowej niepisanej tradycji, że w każdym nowym miejscu zostajemy co najmniej tydzień. Nie nudzimy się i już na samą myśl o wyjeździe robi nam się żal tych wszystkich ciekawych miejsc, których nie zdążymy zobaczyć i tych fantastycznych potraw, których nie spróbujemy. Postanowiliśmy jednak, że czas trochę przyspieszyć naszą podróż, bo jeszcze sporo przed nami.

O tym, że George Town znajduje się na liście UNESCO pisaliśmy już w ostatniej notce. Wspomnieliśmy też, że to dzięki kolonialnej architekturze i niebywałemu klimatowi, który ona tworzy. Szczerze mówiąc ciężko napisać o George Town wiele więcej… Nic nie zastąpi choćby krótkiego spaceru po okolicy, żeby na własne oczy zobaczyć ciekawe detale na fasadach piętrowych domów w ścisłej zabudowie oraz przebijających wszędzie elementów chińskiej tradycji i kultury – czy to w postaci małych kapliczek, powciskanych tu i ówdzie świątyń czy po prostu chińskich napisów nad drzwiami domów. Warto uważnie obserwować mijane budynki bo właśnie te drobne różnice podpowiadają nam czy nadal krążymy po Chinatown, czy dotarliśmy już do Little India. Ta dzielnica rozkwita po zmroku – wczoraj tylko przemknęliśmy między sklepami dudniącymi bollywoodzką muzyką, hinduskimi rodzinami przechadzającymi się swoją reprezentacyjną ulicą a kuszącymi zniewalającymi zapachami restauracjami z naszym ulubionym, hinduskim jedzeniem. Dziś wieczorem musimy tam wrócić na dłużej. I to nie tylko na kolację, ale też…
Ach, hinduska kolacja!!! Ależ się rozmarzyłam! W Warszawie z namaszczeniem traktowaliśmy każdy dzień, kiedy w planach była Tandoori Chicken lub Mutton Masala. Ponieważ w Polsce hinduskie restauracje są drogie (niestety, 70 zł to minimum jakie musimy przeznaczyć na kolację dla dwóch osób) pozwalaliśmy sobie na takie frykasy tylko ze specjalnej okazji – urodzin, rocznicy, gorszego dnia, brzydkiej pogody… 😉 U Hindusa jadaliśmy naprawdę rzadko. Tu, w Malezji, hinduska społeczność jest dość liczna (nie bez powodu mają nawet swoje dzielnice!), więc dostępność ich lokalnych przysmaków jest większa, a i ceny niższe. Nasze „święto lasu” zaczęło się na Langkawi, gdzie znaleźliśmy knajpę serwującą zarówno malajskie jak i hinduskie potrawy, gdzie za dwie miseczki aromatycznego sosu w wersji wege (curry z ziemniakami i curry z jajkiem) płaciliśmy niewiele ponad 10 zł, a w wersji mięsnej powiedzmy 27 zł (12 za curry z baraniną i 15 za ogromną miskę butter chicken masala, czyli hinduskiej klasyki). W Warszawie mając do dyspozycji 30 zł można nieśmiało zacząć zerkać na listę dań głównych, ale tylko pod warunkiem, że przyszliśmy na kolację sami. A do tego rodzaju posiłku zawsze domawia się oddzielnie biały gotowany ryż (ok. 1,5-2 zł) lub pszenny placek Naan wypiekany w piecu Tandoori (2-4 zł w zależności od dodatków. Można zamówić wersję z czosnkiem, masłem, sezamem, serem, kurczakiem itd.).

Po przybyciu na Penang oniemieliśmy! Już nie jedna czy dwie knajpki kusiły dobrym, hinduskim jedzeniem w niskich cenach, ale cała dzielnica pachniała imbirem, cynamonem, klarowanym masłem (niezbędny składnik prawie każdego dania) i przyprawami do tikka masala! Nie tylko ceny onieśmielają! Jedzenie jest też niewyobrażalnie smaczniejsze, pyszniejsze, ciekawiej i intensywniej doprawione, lepiej ugotowane… Nasz zachwyt chyba nie będzie miał końca, ale opisy hinduskiej kuchni przy okazji wizyty w Malezji to chyba nie jest to, czego spodziewają się nasi czytelnicy. Dodam więc tylko że do obiadu warto zamówić mango lassi (koktajl z mango i jogurtu, w Polsce 10-13 zł, w Malezji 3-4 zł) albo masala tea czyli intensywnie doprawioną, czasami nawet lekko pikantną herbatę obowiązkowo z mlekiem i cukrem (u nas 10 zł, tu 2!). Umiejętność gotowania hinduskich dań, które chociaż w połowie byłyby tak cudowne jak te robione przez Hindusów to jedno z moich największych marzeń. Obiecuję sobie (i Wam, moi przyszli goście), że kiedyś na pewno się to stanie, a wtedy moje życie nabierze pełnych kształtów – podobnie jak moja sylwetka 😉

Korzystamy więc w pełni z uroków dostępności kuchni międzynarodowej i tylko od czasu do czasu decydujemy się na malajskie przekąski. Wtedy jest to zazwyczaj Nasi Goreng, z którym jeszcze spotkamy się na pewno w Indonezji, ponieważ to ich potrawa narodowa. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ryż smażony (bo o nim mowa) to sztandarowa potrawa całej Azji. Jedliśmy go już w Chinach, potem równie popularny był w Kambodży i Tajlandii, teraz nasi polscy znajomi z Ko Chang Zosia i Jacek zajadają się nim w Wietnamie, a my w Malezji. Azjatycki ryż smażony niewiele ma wspólnego z tym, co można zamówić w polskim „chińczyku”. Jest o wiele bardziej aromatyczny, zdecydowanie mniej tłusty, zawsze z jajkiem (wbija się je bezpośrednio do woka, w daniu można znaleźć kawałki jajecznicy) i jakąś zieleniną. Nie jest to jednak pietruszka ani szczypiorek, a kawałki sprężystych łodyżek popularnej tu sałaty. Praktycznie wszędzie w Azji porcja takiego ryżu kosztuje ok. 4 zł.

Co jeszcze niebywale nas urzeka to picie w torebkach. Tak, w zwykłych plastikowych woreczkach kupuje się na ulicy świeżo wyciskane soki owocowe lub mrożoną kawę i herbatę. Wbrew wszelkim zasadom logiki ten niepraktyczny pomysł całkiem się sprawdza. O ile nie próbujemy napoju przechowywać lub transportować! Torebka świeżo wyciskanego soku kosztuje 1,8 zł na straganie najbliższym naszego hostelu, a wybierać można spośród owoców i warzyw takich jak mango, melon, marchewka, pomidor, pomarańcza i wiele wiele innych.

Ale koniec o tym jedzeniu, bo jesteśmy niedługo po lunchu (przez ten dar od indyjskich bogów przestawiliśmy się nawet na trzy posiłki dziennie zamiast dwóch, żeby mieć więcej okazji do rozkoszowania się naszymi ulubionymi daniami), a ja znowu robię się głodna i myślę o kurczakach z pieca tandoori! Otóż oprócz spacerów od knajpy do knajpy zdarza nam się też odwiedzać różne ciekawe zabytki.

George Town, podobnie jak inne pobrytyjskie miasta w regionie (np. Singapur i Hong Kong) zarządzane były przez europejskich kolonizatorów, którzy upodobali sobie Chińczyków jako godnych zaufania partnerów przeróżnych biznesów. Dlatego też dziś w tych miastach tradycje i kultura chińska przetrwała o wiele lepiej, niż w Chinach kontynentalnych. Wpływowe klany, rodziny, które zgromadziły ogromne majątki bardzo pielęgnowały kult przodków, który jest najważniejszym elementem chińskiej tożsamości religijnej. Przewrotnie ich bogactwo i status tak biły po oczach ubogi lud, że w komunistycznych Chinach nie ma dziś śladu ani po dawnym splendorze arystokracji i burżuazji, ani po pradawnych wierzeniach. To zadziwiające, że to, czego szukaliśmy w Chinach udało nam się znaleźć dopiero poza granicami Państwa Środka – najpierw w Makau i Hong Kongu, a teraz w malezyjskim George Town.

Odwiedziliśmy dziś muzeum zwane Pinang Perankan Mansion. To zachowany w doskonałym stanie dom (a raczej rezydencja) chińskiego klanu Kwee – wybudowana pod koniec XIX wieku przez Kapitana Chung Keng Kwee. Wystrój zachwyca, a cieszące oko zwiedzających familijne skarby i „błyskotki” onieśmielają. Biżuteria ślubna i ozdobne pasy ze złota to nic w porównaniu ze złotymi klamrami i hakami do zasłon, złotymi wykałaczkami, guzikami, złotą zastawą stołową i misternie rzeźbionymi meblami inkrustowanymi masą perłową, których w rezydencji jest wszędzie pełno. Niemieckie szkła, angielskie i szkockie parkiety i rzeźby. Prywatny warsztat złotniczy. Podobny przepych widzieliśmy tylko w muzeach prezentujących skarby monarchów w Turcji i Persji. Tu – znajdują się w prywatnym domu, tuż obok świątyni poświęconej zmarłym członkom klanu… W George Town rezydencji takich jest kilka – każda należała do innej wpływowej chińskiej rodziny. We właściwych Chinach były ich zapewne tysiące. Kilkadziesiąt lat komunizmu sprawiło jednak, że próżno ich dziś szukać.

George Town warte jest odwiedzenia nie tylko ze względu na swoją przeszłość. Historyczne dzielnice ożywiono dość nowatorskim zabiegiem: oddając je w ręce miłośników sztuki ulicznej. Dokładniej rzecz biorąc – jednego miłośnika. Urodzony w Wilnie, nazywany „Malezyjskim Banksym” 27 letni Ernest Zacharevic zamalował całe miasto! Spacerując ulicami miasta raz po raz natrafia się na niecodzienne prace – ścienne malunki, które uzupełniają trójwymiarowe rowery, motocykle czy krzesła wbudowane w ścianę.

Instalacje te okazały się prawdziwym hitem i od dwóch czy trzech lat ściągają do George Town jeszcze więcej turystów. Cykl graffiti w żadnym miejscu nie psuje zabytków ani nie konkuruje z tradycyjną architekturą, a uzupełnia miejski krajobraz i wpisuje się w nudne, szare ściany i tyły kamienic. Zacharevic za swoje murale dostaje od nas 5 z plusem, już nie możemy się doczekać tego co zmalował w Singapurze!

Ostatnie 2 dni spędziliśmy z naszą ulubioną parą dżakartczyków. Piotrek i Michelle zawitali do George Town w ramach swoich świątecznych wakacji: razem błądziliśmy w poszukiwaniu tutejszych kulinarnych specjałów i kulturalnych atrakcji. Już za kilka tygodni widzimy się po drugiej stronie równika 🙂

 
Nasze pranie suszy się tuż obok hostelu.Nasze pranie suszy się tuż obok hostelu.

Nasze pranie suszy się tuż obok hostelu.

 
Faktura murów i fajne kolory zachęcają do eksperymentowania z filtrami. Ale my chyba nie z tych...Faktura murów i fajne kolory zachęcają do eksperymentowania z filtrami. Ale my chyba nie z tych...

Faktura murów i fajne kolory zachęcają do eksperymentowania z filtrami. Ale my chyba nie z tych...

 
 
Różne rusztowania w życiu widzieliśmy, ale to było jednym z bardziej pomysłowych.Różne rusztowania w życiu widzieliśmy, ale to było jednym z bardziej pomysłowych.

Różne rusztowania w życiu widzieliśmy, ale to było jednym z bardziej pomysłowych.

VOC (Vereenigde Oost-Indische Compagnie) czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska to... firma. Firma, która przez ponad 200 lat zarządzała holenderskimi koloniami. Skąd armata VOC w George Town? W 1606 Holendrzy dali ją w prezencie sułtanowi Johore. Ten, stracił ją kilka lat później na rzecz Portugalczyków, którzy zawieźli ją na Jawę. Tam z kolei trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy 1871 roku przewieźli ją na Penang...VOC (Vereenigde Oost-Indische Compagnie) czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska to... firma. Firma, która przez ponad 200 lat zarządzała holenderskimi koloniami. Skąd armata VOC w George Town? W 1606 Holendrzy dali ją w prezencie sułtanowi Johore. Ten, stracił ją kilka lat później na rzecz Portugalczyków, którzy zawieźli ją na Jawę. Tam z kolei trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy 1871 roku przewieźli ją na Penang...

VOC (Vereenigde Oost-Indische Compagnie) czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska to... firma. Firma, która przez ponad 200 lat zarządzała holenderskimi koloniami. Skąd armata VOC w George Town? W 1606 Holendrzy dali ją w prezencie sułtanowi Johore. Ten, stracił ją kilka lat później na rzecz Portugalczyków, którzy zawieźli ją na Jawę. Tam z kolei trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy 1871 roku przewieźli ją na Penang...

 
 
Historia każdej ulicy wytłumaczona jest w bardzo przystępny sposób.Historia każdej ulicy wytłumaczona jest w bardzo przystępny sposób.

Historia każdej ulicy wytłumaczona jest w bardzo przystępny sposób.

Sztuka uliczna na każdym kroku.Sztuka uliczna na każdym kroku.

Sztuka uliczna na każdym kroku.

 
 
 
 
FerduśFerduś

Ferduś

 
 
 
 
Archetypiczny jeżyk.Archetypiczny jeżyk.

Archetypiczny jeżyk.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


Hong Kong! W Chungking Mansions i śladami Bruce’a L.

Listopad 3rd, 2013

W Hong Kongu jesteśmy już od 5 dni. Codziennie zabieraliśmy się do notki, żeby zebrać wszystkie wrażenia i odczucia, zanim staną się dla nas normalne i uciekną. Intensywność i urodzaj przeżyć był jednak tak ogromny, że na pisanie nie starczało czasu i sił. Myślę jednak, że to dobrze – dopiero dziś czuję, że widziałam wystarczająco dużo, żeby wiarygodnie opisać to miejsce, w którym jesteśmy.

Gdyby ktoś miał możliwość zobaczenia jednego tylko miasta na świecie, uważam, że powinien zobaczyć Hong Kong. To miasto zniewala swoim ogromem, tłocznością, bogactwem, wystawnością, różnorodnością, kolorami i światłem. O wielu miastach świata pisano już, że są perfekcyjnym misz-maszem, połączeniem wielu kultur i tradycji, i że odwiedzając je można zobaczyc świat w pigułce. Ja jednak dopiero po zobaczeniu Hong Kongu odsapnęłam i stwierdziłam, że widziałam już cały świat.



1. Ogonek Chin
Już sama historia terenów, na których teraz się znajdujemy jest niesamowita. Niechlubny okres kolonizacji przez pyszałkowatych Europejczyków odcisnął straszne piętno na znacznej części świata. Brytyjczykom można jednak pogratulować roztropności – w ramach rozejmu kończącego pierwszą wojnę opiumową wymyślili sobie, że niegłupio byłoby położyć łapę na malutkim obszarze położonym dokładnie w centrum przesiadkowym i przeładunkowym handlu morskiego. Żeby nie wzbudzać za dużo szumu – łaskawie zgodzili się, że osiedlą się tu tylko „na troszkę”. Po 140 latach tereny miały wrócić do przylegającego od północy dawnego właściciela, Chin. I – co chyba najbardziej zaskakujące – naprawdę wróciły! Brytyjczycy zgodnie z dżentelmeńską umową 1 stycznia 1997 roku opuścili swoją flagę, zapakowali się do wcześniej przygotowanych samolotów oraz statków i oddali Chińczykom wszystko, nad czym pracowali przez tyle lat: imponujące wieżowce, początki linii metra, tunele, drogi, port.
A co jeszcze bardziej zaskakujące – przekazanie miasta nie wpłynęło w jakiś szczególnych sposób na to, jak Hong Kong funkcjonuje. Zgodnie z hasłem „Jeden kraj, dwa systemy” miastu zagwarantowano ogromną autonomię jeszcze na 50 lat. Dość powiedzieć, że Chińczycy potrzebują paszportów, by wjechać do miasta, które (przynajmniej w teorii) należy do ich państwa. W Hong Kongu nie obowiązuje cenzura publikacji (!!!) ani Internetu (!!!!). Na ironię zakrawa zaś fakt, że system polityczny dzisiejszego Hong Kongu jest nieco bardziej „lewicowy” niż system komunistycznych Chin! Opieka społeczna, pomoc socjalna – w kontynentalnej części kraju można zapomnieć o takich udogodnieniach.



2. Półwysep Kowloon

Dzisiejszy Hong Kong to chiński „Specjalny Region Administracyjny” składający się z półwyspu Kowloon oraz wyspy o nazwie, od której nazwę wzięło całe miasto-państwo i region. Niegdyś wyspa Hong Kong była siedzibą bogatych Brytyjczyków, a Kowloon niejako „przedmieściami”, gdzie osiedlali się pracujący dla nich Chińczycy oraz marynarze z całego świata szukający szczęścia w tym modnym porcie. Dziś oczywiście poprawność polityczna nie pozwala na tak z góry ustalone podziały, ale pozostałości dawnych czasów widać nadal – w charakterze dzielnic, cenach nieruchomości oraz obserwując ludzi spacerujących na ulicach.
Pierwsi osadnicy na Kowloon byli rybakami i całe ich życie związane było z morzem. Wraz z rozwojem portu wioska zaczęła się rozrastać i dziś okolica ta pochwalić się może mianem najgęściej zaludnionego obszaru na świecie.

Na Półwyspie mocno czuć, że jesteśmy w sercu Azji. Tradycyjne uliczne targi nadal cieszą się ogromną popularnością – jest Targ Kwiatów, Targ Ptaków, Targ Babskich Ciuszków, Giełda Komputerowa (a nawet ze trzy) oraz Targ Jadeitu, nie wspominając o dziesiątkach lokalnych bazarków z jedzeniem. Ulice są gwarne, pełne wbijających się w przestrzeń miejską nachalnych reklam oraz sprzedawców głośno zachwalających oferowane dobra.

Kowloon jest bardzo otwarty w azjatycki sposób – dla każdego znajdzie się miejsce. W poszukiwaniu lepszego życia przywędrowało tu mnóstwo Afrykanów, którzy w azjatyckim otoczeniu wyglądają naprawę egzotycznie, Filipińczyków, Hindusów, Pakistańczyków, muzułmanów różnorakiego pochodzenia, a nawet Żydów. Wielu z nich dopiero zaczyna swoją karierę na obczyźnie – z praktycznych powodów często mieszkają i pracują więc blisko swoich przyjaciół.

Efektem wieloletnich imigracji było powstanie Kowloon Walled City, który został ogłoszony największym dzikim budynkiem na świecie. W swojej wielkości był o tyle imponujący, że nigdy nie został zaprojektowany jako całość. Początkowo był dużym blokiem, gdzie mieszkania były kiepskie, a przez to tanie. Upodobali go sobie najmniej zamożni imigranci. Wraz z wprowadzaniem przez mieszkańców „innowacji” (budową kolejnych przybudówek, korytarzy, wejść i przejść) nie sposób było już powstrzymać rozrastania się budynku, który zaczął żyć swoim własnym życiem. W ciągu kilkunastu lat podwoił swój rozmiar, totalnie przekształcając swoją konstrukcje.
Uznawany był za szalenie niebezpieczną okolicę. Nikt nie wiedział co dokładnie dzieje się w środku, kto gdzie mieszka, kto komu za to mieszkanie płaci oraz kto co tak naprawdę robi w swoim ślepym pokoiku o wielkości kilku metrów kwadratowych.
Zdjęcie oczywiście nie nasze - budynek już nie istnieje.
Poglądowe zdjęcie z Google

Miejsce stało się centrum handlu narkotykami i właściwie wszystkim innym, co trudno było dostać w legalnym obrocie. W wielu lokalach działały przeróżne sklepy i restauracyjki. W końcu, na początku lat 90-tych władzom miasta udało się odzyskać władzę nad tym terenem i finalnie doprowadzić do ostatecznej śmierci potwora – rozebrania budynku. Całą konstrukcję można oglądać dziś tylko na zdjęciach – na miejscu molocha znajduje się upamiętniający go park.

Do niedawna, renomę po Kowloon Walled City przejmował podobny, chociaż o wiele spokojniejszy budynek Chunking Mansion. Tak jak w Kowloon Walled City znajduje się tam niezliczona ilość punktów usługowych oraz najtańszych w okolicy mieszkań obleganych przez mniejszości afrykańskie i hinduskie. Cały budynek znajduje się pod nadzorem kamer i ochroniarzy pracujących zmianowo 24 godziny na dobę. Pogląd na wielkość całego kompleksu może dać fakt, że na jego terenie działa ponad 80 (!!!) tanich hoteli i guesthousów. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zatrzymali się w jednym z nich 🙂
Chunking Mansion, podobnie jak Kowloon Walled City stało się legendarne nie tylko dzięki szemranej działalności mieszkańców, ale przede wszystkiej – dzięki hongkońskiej kinematografii. To właśnie świetnie pokazujący życie miasta „Chunking Express” w reżyserii Wong Kar-Waia sprawił, że pierwsze kroki w mieście skierowaliśmy w stronę tego bardzo nietypowego budynku. I faktycznie – już opis dojścia do naszego hostelu daje pogląd na to, jak budynek funkcjonuje:
Po wejściu do budynku od strony Nathan Road należy minąć panów zachwalających drogie zegarki i Hindusów polecających swoje restauracyjki i iść prosto korytarzem między straganami i kantorami. Po minięciu dwóch pierwszych wind i kilku tanich sklepików z hinduskimi specjałami należy ustawić się w kolejce do windy numer 3, dokładnie na przeciwko sklepu z telefonami. Winda numer 3 obsługuje piętra 4, 6, 8, 10, 12, 14 i 16: my jedziemy na piętro dziesiąte. Kolejka do windy to nic dziwnego – w windzie mieści się tylko 7 osób, a na parterze jest mniej więcej co 5 minut. Stoimy więc i czekamy, razem z rozmawiającym przez telefon Nigeryjczykiem, parą chińskich turystów z walizami, Pakistańczykiem z wózeczkiem na towar, ubranymi w długie szaty dżentelmenami z Sudanu tudzież Etiopii i Hinduskim sikhem, którego łatwo rozpoznać po czarnym turbanie… Na przeciwko naszej kolejki: kolejka do windy numer 4 obsługującej piętra nieparzyste. Jej struktura demograficzna bardzo podobna – badania Uniwersytetu Hongkońskiego dowodzą, że w ciągu roku przez budynek przewijają się obywatele ponad 140 państw.
Winda przyjeżdża, więc pakujemy się do środka. Nigeryjczyk wciąż gada, w końcu jednak traci zasięg. „No signal?” pyta Pakistańczyk uśmiechając się od ucha do ucha.
Dojeżdżamy na dziesiąte, idziemy w lewo do klatki B6 i… jesteśmy na miejscu. Sam „hostel” to dwie klatki, około 12 pokoi wielkości pudełka zapałek. Większość bez okien lub, jak nasz, z okienkiem na szyb wentylacyjny szerokości 2 metrów.
Chungking Mansions robi wrażenie. Dziś, z kamerami, ochroną i systemem przeciwpożarowym, stanowi złagodzoną wersję tego, czym był lat temu 20. Zdecydowanie można jednak poczuć tu klimat Hong Kongu sprzed lat.

3. Hong Kong Island
Po drugiej stronie wody ulice wyglądają z goła inaczej. Tu przede wszystkim nikt spacerując nie rozgląda się na boki, tylko w górę. Ograniczony wodą i skałami teren sprawił, że ceny gruntów poszybowały do niebotycznych wartości, a co za tym idzie – jak nigdzie na świecie rozwinęło się budownictwo wzwyż. Budowanie kilkupiętrowych apartamentowców byłoby niczym innym, jak stratą pieniędzy. Planując blok trzeba liczyć się z przedsięwzięciem co najmniej kilkudziesięciu pięter, najlepiej z od razu z basenem. Ta sama zasada tyczy się oczywiście wszelkich biurowców. Przestrzenie między nimi zapełniano tym, na czym da się najlepiej zarobić, czyli centrami handlowymi. Ale kto bawiłby się w budowanie sklepów dla H&M’u czy Zary…? Na każdym rogu natknąć się można na Louis Vitton, Gucci czy Pradę.

W tej części Hong Kong Island, na północy wyspy, jest wielkomiejsko, drogo i bogato. Może to nietypowe, ale przechadzając się ulicą widzi się Porche, Bentleye i BMW, a czuć tylko zapach drogich perfum.

Byłabym w stanie uwierzyć, że cała postkolonialna część miasta wygląda dzisiaj tak, ale – na szczęście – zmuszeni byliśmy wybrać się na południową, dużo mniej popularną stronę wyspy. Tu, w dzielnicy, a właściwie miasteczku zwanym Aberdeen mieszka nasz host, który poprzez Couchsurfing zgodził się ugościć nas u siebie przez kilka dni. Podróż z centrum trwała ok. 40 minut i zaprowadziła nas w zupełnie inny świat. To właśnie tu, w porcie w Aberdeen kręcono pierwsze ujęcia „Wejścia Smoka”.

Południowa strona wyspy zasadniczo przypomina nam Seszele 🙂 Kręte drogi, po których (piętrowe!) autobusy jeżdżą w dopracowany do perfekcji sposób, małe osady skupione zazwyczaj wokół plaż w głębi niewielkich zatok. Zdecydowanie bardziej wakacyjny niż miejski klimat prawie odwrócił naszą uwagę od kilkudziesięciopiętrowych apartamentowców stojących jeden przy drugim przy brzegu morza oraz drogich samochodów, które leniwie przemieszczają się ulicami.



4. Miasto

Urzekło mnie to, że Hong Kong jest tak różnorodnym miastem. Naprawdę nie spodziewałam się zobaczyć tak wiele na tak małym obszarze.

I nawet mimo tego, że widziałam już skrajnie bogate i skrajnie biedne miasta – tutaj wszystko łączy się i przenika w niebywały sposób. Centrum Hong Kong Island wygląda jak Nowy Jork. Chungking Mansions wygląda jak Mumbaj, Karaczi i Dakar jednocześnie. Leżąca 200 metrów dalej promenada oszałamia widokiem, który porównać możemy tylko do Szanghaju, a dzielnica Mong Kok troszkę na północ – jest bardziej „chińska” niż jakiekolwiek miasto, które widzieliśmy w Chinach. Kilka kilometrów dalej, na południu, są już plaże, surfing (sport narodowy: Złoty Medal na Olimpiadzie w 1996 roku!) i klimat rodem z tropikalnych wysp. Wszystko to świetnie ze sobą skomunikowane i, co bardzo ważne, po angielsku!

Hong Kong jest drogi, ale nie bardzo drogi. Tak wielka różnorodność sprawia, że bez problemu znajdziemy knajpki z daniami po 10 złotych, jak i po 150 złotych. Zestaw, za który w warszawskim MacDonaldzie płaci się 18 zł, tutaj można dostać za złotych 13 (30 HK$). Puszka piwa 0.33 litra – 6HK$ czyli 2.5 zł. Jedynym problemem są ceny w hotelach – za coś lepszego niż klitka w Chungking Mansion musielibyśmy zapłacić dużo więcej niż 70 zł za noc. Ceny są więc normalne – warszawskie (no, może z wyjątkiem tych droższych restauracji i knajp – u nas też są miejsca z piwem po 20 zł za butelkę, ale tu jest ich dużo więcej).

A ciastka z fasolą nadal są niedobre…

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


Makau (port.)

Październik 30th, 2013

Pacholęciem będąc całe dnie spędzałem przeglądając atlas geograficzny dla dzieci. Każdemu kontynentowi poświęcono w nim cztery strony: dwie na mapę fizyczną; kolejne dwie na polityczną. To właśnie na politycznej mapie Azji zobaczyłem dwie kropeczki – ostatnie europejskie kolonie w Azji: Makau (port.) i Hong Kong (bryt.).
Kilkuletniemu szkrabowi niewiele to mówiło, ale gdy kilka lat później nauczyłem się rozszyfrowywać tajemny szyfr „Made in…” okazało się, że wiedza z atlasu nie poszła na marne. Metalowe samochodziki „Matchbox” nie były (jak 90% zabawek) „Made in China”. One były właśnie „Made in Macau”!
Wiedza zdobyta w wieku dziesięciu lat musiała mi wystarczyć na jakiś czas.
Niby w 1999 roku portugalczycy oddali Makau Chinom, ale w Polsce było o tym wyjątkowo cicho (w porównaniu z chociażby z powrotem HK do macieży…).

Skąd portugalczycy w Chinach? Jak wygląda matchboxowa ojczyzna? Planując wypad do Hong Kongu nie mogliśmy odpuścić kilkugodzinnej wizyty w tym mieście.

Historia Makau sięga czasów przed naszą erą, ale na dobrą sprawę o rozkwicie miasta można mówić od XVI wieku, kiedy to do miasta przybyli pierwsi marynarze z Portugalii. Z czasem, wraz z kolejnymi umowami miasto stawało się coraz bardziej europejskim portem, by w 1887 roku ostatecznie stać się wieczystą własnością europejskiego królestwa.
Dopiero po przejęciu władzy w Chinach przez Mao (i ogólnej zmianie w tendencji „kolonizowania świata”) Portugalczycy zaczęli rozmowy na temat opuszczenia niegdysiejszego symbolu ich morskiej potęgi.
W 1999 roku – przekazali miasto Chińczykom, w taki sam sposób jak dwa lata wcześniej zrobili to Brytyjczycy z Hong Kongiem.
Co to oznacza? W największym skrócie – Chiny obiecały przez kilkadziesiąt lat zostawić wszystko po staremu. Prawo w Makau wygląda więc trochę inaczej, obowiązuje tu inna waluta, a obywatele Chin potrzebują paszportów by odwiedzić miasto. Wciąż również portugalski jest, obok chińskiego (kantońskiego), językiem urzędowym.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. A jakie jest miasto?
Makau jest piękne. To śliczne, śródziemnomorskie miasteczko jakby żywcem wycięte gdzieś z Hiszpanii, Włoch, Grecji lub… Portugalii. No – prawie żywcem, bo oczywiście to wciąż Azja, i wciąż Chiny. Jednak są to Chiny zupełnie inne od tych kontynentalnych – dużo bardziej „nasze”.

Po pierwsze – Makau jest małe. 30 km² to tyle co warszawskie Bielany.
Po drugie – mieszka w nim raptem 500 tyś ludzi! W „malutkim” Yinmeng, godzinę jazdy od Wuhanu, gdzie byliśmy na początku naszej podróży mieszka ich 600 tysięcy…

Po trzecie – w odróżnieniu od Chin kontynentalnych – Makau nie doświadczyło tragedii ostatnich 50 lat rządów komunistów. Zabytki Makau to zabytki w tym sensie, jaki znamy z Europy. Stare świątynie, stare kościoły, stare budynki, a nie kolorowa cepelia wybudowana kilka lat temu.

Po czwarte, a z trzeciego płynące – Makau jest pełne wierzeń, ołtarzy, składanych ofiar. Przy każdym domu, w każdym sklepie – wszędzie pełno jest małych ołtarzy i ołtarzyków, przy których palą się kadzidła. To te Chiny, o których myśleliśmy, że już ich nie ma – mistyczne, orientalne.

Reasumując: podobało nam się chyba wszystko. Ada mogła poczuć się jak w Barcelonie i odkryć, że całkiem dobrze rozumie portugalski; Ja – przejechać się autobusem po torze, który za parę dni stanie się areną zmagań kierowców w 60. Grand Prix Macau.
Wjeżdżając obawialiśmy się drożyzny, kapiących złotem kasyn i nudy. Wyjeżdżaliśmy ciesząc się, że ceny nie powalały, gdzieniegdzie kapiące złoto zupełnie nie przeszkadzało, a o nudzie nie mogło być mowy. Może nie jest to miasto, w którym chcielibyśmy spędzić resztę życia, ale kilkanaście godzin wystarczyło, by Makau polubić.