Archiwum dla kategorii ‘Turcja’

Dużo deszczu, trochę dobrej kuchni i daleka droga do Szile

Grudzień 1st, 2012

Ekipa realizująca projekt „Koniec Świata 21/12/2012” chyba trochę się pospieszyła. Odniosłam wrażenie, że ktoś za wcześnie wcisnął guzik odpowiadający za pogodę. Come on, umawialiśmy się jeszcze na 20 dni normalnego życia więcej…! 😉

Dzisiaj nad Stambułem i okolicami zapanował mrok, deszcz, ulewa i błyskawice. Nie wspominałam Wam chyba jeszcze, że wcześniej pogoda też zaskakiwała, ale zdecydowanie bardziej pozytywnie. Od czwartku temperatura waha się koło 20 stopni 🙂 Niestety, nie jest to „letnie” 20 stopni, a zdecydowanie „późnojesienne”, jeżeli nie „zimowe” – Turcy chodzą co prawda na krótki rękaw, mi cały czas trochę wstyd wyjść z domu bez kurtki. W końcu mamy koniec listopada, na Boga…! Kończy się to zawsze tak, że cały dzień noszę ją pod pachą, ale mam chociaż spokojne sumienie, że mama byłaby dumna z mojej odpowiedzialności.

Dzisiaj niestety żarty się skończyły. Kiedy rano wyjrzałam przez okno zobaczyłam rwący potok i smutne twarze otulone hidżabami pod parasolką. Niestety, na zdjęciach które zrobiłam nie widać ani stopnia pochylenia ulicy (a jest co najmniej imponujący), ani rwącego potoku, ani wody do kostek.


Ze względu na naprawdę marną pogodę zrezygnowałyśmy z odwiedzenia znajomych Agaty i obiecanego przez nich spacerku po azjatyckiej stronie miasta. A jako że nie musiałyśmy już nigdzie się speszyć… spędziłyśmy resztę przedpołudnia w łóżku, a raczej na kanapie w salonie naszego wspaniałego Hosta. Potem w strugach deszczu pomagałyśmy mu zapoznać się z nową okolicą (przeprowadził się tu stosunkowo niedawno, jeszcze w wakacje był nauczycielem angielskiego w gruzińskim miasteczku na prowincji). Wyprawa w poszukiwaniu knajpki, gdzie moglibyśmy przekąsić coś w guście późnego śniadania skończyła się sukcesem.

Gotowana fasola, warzywa zapiekane z kurczakiem i serem, warzywa zapiekane w wersji wegetariańskiej, turecka zupa, ryż, ayran. Śniadanie dla 3 osób – koniecznie zakończone turecką herbatą.



Po powrocie do domu nadszedł łzawy moment pożegnania. Jeszcze dzisiaj chciałyśmy znaleźć się w Szile – małym miasteczku nad Morzem Czarnym, do którego zapraszał nas Sinan – przyjaciel Agaty, którego poznałam już pierwszego dnia. Pożegnanie było trudniejsze, niż można byłoby się spodziewać. Bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z Yahiją, czas który spędziliśmy razem był bardzo intensywny i przyjemny, dowiedzieliśmy się o sobie wielu rzeczy, znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Mam ogromną nadzieję, że jeszcze się z nim zobaczę, że niebawem odwiedzi mnie w Polsce – poznał już wielu ludzi z naszego kraju i bardzo chce odwiedzić ich i mnie. Agata może być spokojna – umówili się na spotkanie w Eskiszahir jeszcze w tym miesiącu 😉

Z plecakami ruszyłyśmy w stronę metra – ostro pod górę. Busy do Szile odjeżdżają z azjatyckiej strony Bosforu. Czekała nas jeszcze mini-atrakcje w postaci przeprawy statkiem.



Zmokłyśmy ogromnie, ale brodząc po kostki w wodzie całkiem zgrabnie dotarłyśmy na dworzec 5 minut przed odjazdem autobusu, więc w sam raz tyle, żeby kupić bilet w specjalnym biurze. Taki bilet równoznaczny jest z rezerwacją miejsca siedzącego w autobusie podmiejskim. Zakup biletu u kierowcy też jest możliwy, ale wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że przez całą drogę trzeba będzie stać. I o ile trasa busa nie jest uwarunkowana żadnym rozkładem, tak wszyscy lokalni mieszkańcy wiedzą, że z dworca w Uskudar do Szile jedzie się półtorej-dwie godziny, a samochodem tylko 40 minut, tak my jechałyśmy trzy i pół. Trudno mi nawet porównać, kiedy ostatnio stałam tak długo w korku. Trudno mi też przypomnieć sobie kiedy ostatnio doświadczyłam tak pieskiej pogody. Świat chyba jednak ma się ku końcowi…

Na szczęście dotarłyśmy już do domu Sinana. Zjadłyśmy kolację, ogromną ilość mandarynek z Izmiru i bananów z Antalii, wypiłyśmy butelkę wina. Teraz czas iść spać, bo jutro chcemy zobaczyć to podobno bardzo urokliwe miasteczko, które dzisiaj przywitało nas ciemnością i deszczem. Chcemy też koniecznie wybrać się na plażę. Sinan cały czas dopytuje, czy na pewno chcemy się w nim kąpać, ale przestało nas to już bawić.



Bosfor, Galatasaray i polska wódeczka

Grudzień 1st, 2012

Dzisiaj cudowne, prawie że pocztówkowe momenty przeplatały się ze scenami prosto z thrilleru. Od rana wybrałyśmy się na planowany Bosfor Tour. Kolejnym cudem, który nas to spotkał było to, że udało nam się tam dotrzeć, co więcej na czas i co więcej nawet zjadłyśmy śniadanie w pobliskiej knajpce przed „odjazdem” statku. Myślę, że dużą rolę mógł odebrać w tym „cudzie” przyjaciel Agaty Sinan, który rano zawiózł nas do portu i pokazał miejsce, w którym mamy czekać.

 

 

Na końcu Bosforu stoją ruiny zamku na wzgórzu. Droga na górę była raczej męcząca, ale widoki – zapierające dech w piersiach.

 

 

Koniec Bosforu! Na horyzoncie Morze Czarne.

 

 

Do powrotu zostało nam trochę czasu, więc starym tureckim sposobem wypiłyśmy herbatkę w miejscowej kafejce przy partyjce backgamona.

 

Później zaczęły się schody,  więc pozwolę sobie skrócić opisywanie tych katuszy. W drodze powrotnej okazało się, że statek WYJĄTKOWO nie zatrzymuje się na stacji Besiktas, skąd miałyśmy opracowaną drogę na stadion. Oczywiście okazało się za późno, aby wysiąść na wcześniejszej stacji, skąd również wiedziałyśmy jak tam dojechać. Wylądowałyśmy baaardzo daleko, pytałyśmy wieeeeelu ludzi o pomoc i baaardzo pomieszali nam w głowach. Powiem tylko że wylądowałyśmy w autobusie jadącym w przeciwnym kierunku. Warto wspomnieć, że komunikacja miejska w Stambule zorganizowana jest w stylu azjatyckim – wszystko jedzie nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, nie wiadomo kiedy i nikt nie umie niczego przetłumaczyć. Nie ma rozkładów, nie ma tras, nie ma zasad. Nie będąc miejscowym, nie masz szans się ogarnąć.

 

Na szczęście spotkałyśmy wreszcie człowieka w szaliku Galatasaray mówiącego po angielsku, który dowiózł nas na stadion. Za organizację eventu daję Turcji najwyższą notę.

 

Jak się okazało jest specjalna metra (dla odmiany dobrze oznaczona na rozkładach) dojeżdżająca tylko na stadion. Stacja jest dostosowana specjalnie do przyjęcia tłumów kibiców: zamiast bramek jak wszędzie indziej specjalne kołowrotki skutecznie porcjujące tłum, tunel chroniący tłum od wepchnięcia się nawzajem na tory. Dalej: zamówione i opłacone przez Internet bilety bez kolejek przed meczem odebrać w kasie za okazaniem 5-cyfrowego numeru rezerwacji i dokumentu ze zdjęciem. Kibice byli bardzo kulturalni i grzeczni, acz z charakterem.

 

 

 

 


Turcy na meczu bawili się przednio. Przed zresztą też (video prosto z mojego małego, różowego aparatu!):

Mam nadzieję, że przynajmniej tak samo dobrze bawili się nasi starzy znajomi 12 września 1924:

Galatasaray Konstantynopol – Polonia 2:2

Wściekły wiatr nie zmusił naszego kapitana do obrania boiska z nim; słońce zdecydowało obiór. A był to, jak się okazało, błąd pokaźny, gdyż drużyny tureckie źle naogół trenowane, grają naprawdę 20 minut, a najwyżej do przerwy, „puchnąc” potem zupełnie.
To też Galata wspomagana wiatrem gniotła cały czas, w rezultacie, przy zupełnym braku umiejętności strzału, wygniotła dwie bramki, które ma absolutnie na swoim sumieniu Gross, niezdecydowany i grający nogą przy pierwszej, a zbyt myślący o swej skórze i „dzieciach” przy drugiej. Cała drużyna zresztą grała zupełnie słabo.

Powrót do domu okazał się trochę łaskawszy dla nas. Powiem Wam jedno – polska wódeczka z wspaniałym Couchsurferem syryjskiego pochodzenia, który nas ugościł to lekarstwo na wszystkie niemiłe sytuacje dzisiejszego dnia 😉

 



Pierwszy dzień w Turcji

Listopad 30th, 2012

Alfred Hitchcock powiedział; „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Jeżeli ta zasada ma też tyczyć się mojego wyjazdu, to muszę przyznać, że zaczęło się z kopyta 😉
Jakież było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy w życiu usłyszałam moje nazwisko w komunikacie na lotnisku! Zdziwiona zgłosiłam się we wskazane miejsce – a moje zdziwienie wcale nie zmniejszyło się, gdy dowiedziałam się, że mój bagaż został zwrócony. Że co?!

Muszę przyznać, że był to dość ciekawy sposób poinformowania pasażerów o tym, że ze względu na trudne warunki (uznałam że napisanie „mgła na lotnisku w Zurychu” będzie niepoprawne politycznie ;)) nie zdążą na przesiadkę. Miła pani z obsługi Swissa naprawdę szczerze przepraszała mnie, że zmuszeni byli zamienić z tego powodu mój przesiadkowy na bezpośredni z Warszawy do Stambułu 😉

Jestem słabą Kasią Tusk, bo zapomniałam zrobić zdjęcia ciastka i kawy na lotnisku. Postanowiłam nadrobić fotką w lustrze.

 

Agata czekała na mnie na lotnisku. Przygoda się zaczęła!!!

Najpierw poznałyśmy chłopca, który okazała się być barmanem w klubie Klan przy placu Taxim, w którym nigdy nie byłyśmy, ale aby wyrobić sobie kontakty kupiłyśmy mu świeżo wyciskany sok z pomarańczy w ramach podziękowania za wskazanie drogi 😉

Pół godziny później chodziłyśmy jak wariatki wokół Haga Sofia i Błękitnego Meczetu pytając każdego mówiącego choć trochę po polski, niemiecku, angielsku, turecku lub rosyjsku o pomoc w dotarciu na pokaz Tańczących Derwiszów. Nikt nie potrafił nam pomóc, poznałyśmy za to miłego Rosjanina, który siedział z iPadem samotnie na ławeczce w parku i spontanicznie spędził potem z nami resztę wieczoru 😉

Muszę przyznać, że to, że trafiłyśmy w miejsce, które nie wiedziałyśmy jak się nazywa, gdzie właściwie znajduje ani jak o nie pytać 10 minut przed rozpoczęciem pokazu było kolejnym cudem tego pięknego dnia. Pokaz był poruszający. Zaskoczyła mnie muzyka – nastawiałam się raczej na widowisko wizualne, a okazało się, że najciekawsza i najbardziej zaskakująca była właśnie muzyka na żywo.

 

Naszemu nowemu rosyjskiemu koledze też bardzo się podobało 🙂

 

Potem popędziłyśmy już na spotkanie z naszym couchsurferem, na którego sofie właśnie siedzę i przez Internet jego sąsiadów wrzucam tą notkę. Spotkaliśmy się z nim i jego znajomymi w jednej z tysiąca knajpek pod mostem Galaty. Pachniało świeżą rybą, a widok na miasto był zniewalający.
A’propos ryb! Przypomniało mi się, że jestem szalenie głodna. Yahja (tak ma na imię nasz host syryjskiego pochodzenie) zaprowadził nas na „kebab z rybą”.

 

 

 

Świeżo złowiona makrela, delikatnie grillowana, do tego grubo cięta pietruszka, cebula, pomidor, posypane obficie  solą i pieprzem, skropione cytryną i podane w grubej bułce. Nieopisane…!

 

Gorzki koniec tej bajkowej opowieści niech będzie taki, że dopiero dotarliśmy do mieszkania naszego hosta. Cały dzień z 16-kilogramowym plecakiem i niewiele lżejszym bagażem podręcznym 🙁



Turcjo, nadchodzę!

Listopad 28th, 2012

Pomysł pojawił się już dawno temu. Moja bardzo dobra i bardzo stara (oczywiście stażem, a nie wiekiem!) przyjaciółka Agata od kilku lat planowała Erasmusa w Turcji. Od kiedy tylko podzieliła się ze  mną tym cudownym pomysłem zaczęłyśmy planować, czego to nie zrobimy, kiedy ją tam odwiedzę. Długie godziny spędziłyśmy nad niejednym piwem na snuciu wizji wspólnego zwiedzania i poznawania nowej kultury, aż na wiosnę okazało się, że… Tak! A jednak! Udało się! Agata jedzie na Erasmusa, a ja… razem z nią!

Niestety – wcale nie na stałe, tylko w krótkie odwiedziny. Lecę do Stambułu już pojutrze, w czwartek. Spędzę tam odlotowe półtora tygodnia, którego już nie mogę się doczekać! 🙂 W planach mamy oczywiście Stambuł, a oprócz tego: Eskisehir (miasto w którym w tym roku mieszka i studiuje Agata), Izmir, Efez… albo cokolwiek innego, na co będziemy miały czas i ochotę. Chciałabym poznać jej życie tam, jej znajomych, miejsca w których bywa i które ją inspirują.

Jeżeli chodzi o moje plany, to na pewno chcę popłynąć Bosforem aż do Morza Czarnego. Poprzednim razem, kiedy byliśmy w Stambule ze względu na notoryczny niedobór czasu udało nam się tylko zaliczyć krótki, dwugodzinny rejs ze Złotego Rogu za Most Bosforu i z powrotem. Niczego chyba nie żałowałam po tamtej wyprawie tak, jak niewidzianych, a cudownych podobno willi nad Bosforem.

Mój drugi must have to hammam. Znowu – ostatnio nie zdążyliśmy, a ja przecież jako prawdziwa kobieta uwielbiam mycie, balsamowianie, kąpanie, masowanie, wcieranie, plotkowanie, wycieranie… 🙂

Moje ostatnie sprecyzowane „życzenie” to liga turecka i wyjście na mecz. Trochę już przyzwyczaiłam się do smakowania kibicowskiej atmosfery z różnych dziwnych miejsca świata, więc i tym razem nie odpuszczę sobie tej przyjemności.

Jedyne, co mnie smuci tym razem to fakt, że Łukasz zostaje w Warszawie. Niestety, obowiązki wzywają, a nie każdy ma status wzorowego studenta, który bez najmniejszych problemów może pozwolić sobie na półtoratygodniową absencję. Na pocieszenie przywiozę mu na pewno dużo słodyczy! 🙂

– Ada

Dla niecierpliwych nowych widoków i wrażeń wrzucam fotki z naszego zeszłorocznego Stambułu